Danxia Mountain, China

seen from Chile

seen from Russia
seen from United States

seen from France
seen from Canada

seen from Türkiye

seen from Singapore

seen from Singapore
seen from Venezuela
seen from Türkiye
seen from Guatemala

seen from United States

seen from China
seen from Chile
seen from Philippines
seen from Brazil

seen from Malaysia

seen from South Korea
seen from United States

seen from Chile
Danxia Mountain, China

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
The Danxia Mountains or Rainbow mountain is a unique type of geomorphology found in China. "consist of a red bed with steep cliffs".
Danxia Shan, część ostatnia + Przesądy chińskie
Wracamy do naszego chińskiego ogrodu. Oprócz przepięknego stawu, była tam również fontanna ale nie byle jaka, bo pełna mini zdobień, czyli figurek z chińskimi mędrcami i wojownikami, zwierzętami no i świątyniami. Na jednym ze zdjęć, widać nawet mini mostek na tej fontannie. Gosi najbardziej natomiast podobały się głodne rybo-smoki tuż nad bramą wejściową.
Skoro już poruszyliśmy temat przesądów. Dlaczego w tylu miejscach, szczególnie przy wejściach są te figurki przypominające mieszanki smoków z innymi zwierzętami (lwy, ryby, żółwie; a ta hybryda nosi nazwę Kylin i w wielu regionach uważany jest za gwarancję potomka płci męskiej)?
Chińczycy generalnie wierzą, że są potomkami smoków i w przeciwieństwie do tego jak smoki kojarzą się w naszej kulturze, u Chińczyków to symbol godności i siły czynienia dobra. No dobra, tylko dlaczego te figurki są tak wszędzie? Otóż, związane jest to z legendą o „Dziewięciu synach smoka”. Smok miał dziewięciu synów, a niektóre bardzo różniły się od ojca wyglądem (jemu to nie przeszkadzało), a każdy obecnie pełni w kulturze jakąś funkcję: 1. Żółw – dotknięcie skorupy żółwia przynosi szczęście. W Chinach figurki żółwi wręcza się przede wszystkim starszym ludziom, a to dlatego, że są symbolem długowieczności i bogactwa. A jeszcze jak postąpimy zgodnie z zasadami Feng Shui i w miejscu z odpowiednimi wibracjami będzie rozmnażać nasze żółwie, no to wzbogacenie mamy jak w banku. 2. Tygrys – wspiera działania w zakresie praworządności i sprawiedliwości, 3. jaszczur bez ogona – połykacz ognia, więc ludzie umieszczają figurki przed wejściem, jako taka ochrona przed pożarami, 4. żółty smok na tradycyjnym chińskim instrumencie muzycznym – on lubił muzykę, 5. mini-wersja ojca – z tą różnicą, że panicznie bał się delfinów i innych wielorybów, a jak je zobaczył to krzyczał w niebogłosy. Ludzie umieszczają go na zegarkach, a także w zegarkach by obwieszczanie godziny było donośniejsze, 6. Coś jakby niedźwiedź z pancerzem/skorupą na plecach – ten pancerz symbolizuje bezpieczeństwo, więc ludzie umieszczają tego niedźwiadka na drzwiach, gdy drzwi są zamknięte, to on chroni tych wewnątrz, 7. Wilk – ten to był zachłanny, no i ludzie którzy też są zachłanni, są nazywani jego imieniem (Tao Tie) 8. Lew – ten, to sobie upodobał chińskie kadzidełka i lubił przesiadywać w ich pobliżu, rozkoszując się zapachem. Teraz, w wielu świątyniach buddyjskich, służy jako taka podstawka na kadzidełka, 9. Pixiu, czyli kolejna kombinacja (głowa smoka, ciało konia, stopy Kylina, do tego skrzydła i długą brodę, ale uwaga uwaga, nie miał odbytu) – a sam oznaczał możliwość szybkiego zgromadzenia bogactwa, oprócz kwestii finansowych dobrze mu szło w usuwaniu niepożądanych wpływów innych ludzi. No i teraz jeszcze zagadka z Feng Shui w tle.
Jak sprawić, żebym kanalizacja w naszym mieszkaniu działała lepiej? Odpowiedź na końcu notki.
Chińczycy to bardzo przesądni ludzie, każdego dnia dowiadujemy się co i jak powinno się robić, ale raczej, czego nie powinno się robić, żeby było dobrze.
A teraz wracając do Danxia Mountain, wyszliśmy już poza ten piękny park i udaliśmy się w stronę przystanku autobusowego. Oczywiście, na zewnątrz stały kolejne symbole chińskie przesiąknięte zakorzenionymi w kulturze przesądami, czyli maski (kolor maski symbolizuje jakąś cechę, np. czerwień oznacza dobry charakter człowieka, a także lojalność, gotowość do poświęceń, heroiczność a także inteligencję. Co ciekawe, kolor biały oznacza zło i hipokryzję, a czarny to kolor neutralny, który oznacza bezstronność i uczciwość. Zielony to agresywność i brak zahamowań. Inna kultura, inne postrzeganie kolorów).
Po drodze zostaliśmy zaczepieni przez kierowcę taksówki, którego Helen, swoimi zdolnościami negocjatora tak zrobiła, że w sumie za 60RMB podwiózł nas na stację kolejową, oddaloną o 2h od Danxia Mountain. Pod koniec Helen sama aż nie mogła uwierzyć, czego właśnie dokonała. Kierowca również nie był chyba do końca świadom umowy na jaką się zgodził i po zapłacie rozeszliśmy się nieco skonfundowani.
Później już tylko powrót mega szybkim pociągiem. Dworzec kolejowy, Guangzhou South, wygląda jak lotnisko.
ODP: Przymocuj głowę smoka w losowych miejscach, ale tuż przy podłodze, ale nad nią. System od razu zacznie działać duuuużo lepiej.
Danxia Mountain, dzień 3 + przesądy Chińczyków, cz. 1/2
Trzeci dzień rozpoczął się niemiłą niespodzianką. Niespodzianką jak niespodzianką w sumie, w duszy wiedzieliśmy, że nasza próba wejścia do parku będzie skazana na porażkę. W tym roku zmieniły się zasady wchodzenia do parku, mianowicie bilety były ważne dobę a nie dwie, czego na swojej anglojęzycznej stronce nie raczyli zaktualizować. Na naszych biletach informacja o tym że są ważne 2 doby była natomiast pieczołowicie wydrapana :). Oczywiście, Helen użyła mocy ‘biali ludzie zza granicy’, więc poradzili nam, że możemy jedynie pojechać jeszcze raz na Elder’s Peak, wziąć cable car na szczyt i może nikt się nie kapnie. Nam nie chciało się już aż tak kombinować, więc zostało nam pozwiedzać okolicę tuż przed parkiem.
Był to najładniejszy dzień naszego pobytu w Danxia Mountain, zrobiło się całkiem ciepło, słoneczko wyszło no i deszczu ani widu ani słuchu (wiadomo, przecież wyjeżdżaliśmy). A co za tym idzie, wesołe wycieczki Chińczyków nadciągnęły wręcz hordami. W ogóle to, po czym rozpoznać wycieczkę zorganizowaną przez biuro podróży w Chinach? Otóż, sprawa jest banalna. Każdy Chińczyk będący na takiej wycieczce otrzymuje czapeczkę z daszkiem, zawsze w rażącym kolorze, żeby się czasem nie zgubić. Naturalnie je zakładają. Przewodnik posiada dopasowaną kolorystycznie chorągiewkę. Nasze zwiedzanie terenu rozpoczęliśmy od sklepu z regionalnymi przekąskami, które w większości stanowiły najróżniejsze grzyby podane w jeszcze różniejszych formach, wszystko w horrendalnych cenach. W samym sklepie było około 20 pracowników, klientów natomiast sztuk 3 (my). Nawet spróbowaliśmy herbaty z grzyba i to nie byle jakiego… na jednym ze zdjęć, Gosia i Helen stoją przy gablotce z czymś co wygląda jak tarcza, ale tarczą oczywiście nie jest. Jest to grzyb, nie sztuczny, ale prawdziwy, jeszcze nawet można go zjeść. Gosia na zdjęciu chyba dalej nie może uwierzyć… taka wielka pieczara, tyle możliwości!!!
Później udaliśmy się na spacer wzdłuż rzeki ścieżką, która miała coś ze słoniem w nazwie. Miły spacer, ale naszą uwagę przykuł ogród, tak bardzo chiński, że nie mogliśmy przejść obojętnie. Ogród opiszemy w kolejnej notce, ale tutaj tylko napomkniemy o stawie, przez które przechodziło się przez chiński mostek. Chińczycy nie przeoczą chyba żadnej szansy, jeżeli chodzi o zbiorniki wodne. Nie mogą sobie stać, ot tak. Muszą wrzucić do nich kilka żółwi, a jeszcze lepiej jak będą to ryby. Oczywiście zawsze są to te tłuste ryby, a najlepiej jeszcze złote. Wtedy są bardzo feng szui. Co do samych rybek. Niedaleko naszego mieszkania w Jiangmen mamy całą ulicę poświęconą złotym rybkom, no i akcesoriom do ich pielęgnacji i hodowli. Pytanie, dlaczego aż tak je lubią?! Otóż Chińczycy to ludzie bardzo przesądni. Złota rybka po Chińsku to ‘金鱼’, (jin yu), gdzie jin oznacza złoto, a yu ryba. Yu wypowiedziane w innym tonie oznacza też nadmiar, czyli jak masz złotą rybkę to masz złota w nadmiarze. A jak już planujemy zakup złotych ryb, to nie możemy zapomnieć o zasadach feng shui. A więc tak, rybek (oczywiście złotych) ma być 8* + KONIECZNIE 1 czarna. Ta czarna będzie pełnić funkcję takiego kozła ofiarnego, czyli przejmować wszystkie złe energie i odpędzać niepowodzenia.
Ostatnie zdjęcie to wesoła grupka Chińczyków w drodze do pracy. My natomiast byliśmy w drodze na autobus.
*8 to najszczęśliwsza liczba w kulturze chińskiej, a to, jak i wiele innych przesądów opiera się na wymowie. 8 po Chińsku to ba, które brzmi podobnie do fa, oznaczającego zamożność i fortunę. Zdarza się czasami, że po chińskich świętach pracownicy wracają właśnie 8 do pracy (Złoty tydzień w październiku trwał od 1-7 października, czyli powrót do pracy 8. Interesujące, czy podobnie będzie z Chińskim Nowym Rokiem). Ciekawa sprawa ma się z liczbą 4, która jest takim naszym odpowiednikiem pechowej 13. Cztery wymawiamy jako si, a si oznacza również śmierć – tylko wypowiedziane z innym tonem. W szpitalach nie ma pokojów nr 4, czasami w budynkach omija się piętro nr 4, w hotelach czasami za darmochę można przespać się „pod czwórką”, a ludzie wybierając numery telefonów czy rejestracji samochodu, starają wybierać się te bez czwórki.
Dzień drugi, deszczowy, Danxia Mountain, cz. 2/2
No to ruszyliśmy do góry, a wiatr i deszcz wzmogły się. Do tego powolutku, powolutku mgła robiła się coraz gęstsza, a my mieliśmy tylko nadzieję, że uda nam się coś zobaczyć ze szczytu.
W ogóle, żeby jeszcze nie było za łatwo, to cała Danxia Mountain była bardzo śliska (bardziej niż skórka od banana w bajkach), a szczególnie czerwone elementy, które były praktycznie wszędzie (oczywiście te czerwone elementy mają swoją profesjonalne nazwę). Dlatego połowę drogi patrzyliśmy pod nogi i stąpaliśmy jak po lodzie. I tak sobie szliśmy, oszczędnie robiąc zdjęcia w obawie przed możliwymi szkodami dla obiektywu. W drodze na szczyt musieliśmy pokonać bardzo strome i śliskie schody, a każdy schodek był niestety przystosowany do wielkości stopy małej Chinki. My chociaż mieliśmy adidasy na nogach, to i tak mieliśmy trochę trudności (przynajmniej Gosia i Helen). Ale wyobraźcie sobie jakie niektóre panie Chinki muszą być wytrenowane, bo śmigają po takich wejściach w szpileczkach czy po prostu w butach na obcasie. Tak, tak, zasada, że tuż obok Ciebie znajduje się przynajmniej jeden Azjata lepszy jak zawsze się sprawdza.
Jakbyśmy mieli wybrać piosenkę towarzyszącą naszej sytuacji, to na pewno śpiewalibyśmy Akurat: ‘A droga długa jest, nie wiadomo czy ma kres… A droga kręta jest, co dalej za zakrętem jest….’
Co dalej za zakrętem? Hmmm, bardzo dobre pytanie. Gdy dotarliśmy na szczyt, mgła była już zbyt gęsta by coś zobaczyć. Trochę szkoda, ale widoki w trakcie już i tak zaspokoiły nasze pragnienie gór. A gdyby była piękna pogoda, nie udało by nam się doświadczyć tej podróży przez setki schodów w ‘niewiadome’, bo widoczność w pewnym momencie się urywała i nie wiadomo było co nas czeka – wiedzieliśmy tylko, że pod nam na pewno jest przepaść.
Gosia ze swoją bujną wyobraźnią co chwilkę zwracała nam uwagę, że ‘hej, patrzcie na te liście na ziemi albo na drzewie, wyglądają jak serca!’ Helen i Marcin w sumie przytaknęli, no skoro tak mówisz… a później na jednym z kierunkowskazów okazało się, że przechodziliśmy przez las dla zakochanych. Pewnie już się domyślacie od czego wziął swoją nazwę?
Po pokonaniu wszystkich schodów, zrobiliśmy ostatnie zdjęcie ‘od dołu’ i postanowiliśmy, że wrócimy łódką. Cena za szybką i za wolną była taka sama: 25RMB. Mimo tego, że było nam zimno, wybraliśmy rejs wolną. Czekając na naszą wolną łódkę, 2 szybkie zdążyły już odpłynąć. Pani sprzedająca bilety rozgrzewała się obok nas, a rozgrzewała się skacząc na skakance. W końcu nadciągnęła wolna łódka. Podróż trwała 15 minut i była warta pomarznięcia jeszcze chwilkę. Profit? Brak tłumów (tylko my) i łódź napędzana wiosłami zamiast silnikiem (cisza…). Po drodze, minęliśmy rodzinę kaczek, które po chwili zawróciły i postanowiły płynąć razem z nami już do końca. Wyczuły dobrych ludzi. My natomiast wyczuliśmy smaczne kaczuszki (北京烤鸭).
Po powrocie do hostelu przyszedł czas na relaks, oczywiście po kąpieli w gorącej wodzie. Okazało się, że na samej górze jest taras na który wynieśliśmy sobie czajnik z wrzątkiem, przekąski i graliśmy w Chińską wojnę – coś jak nasze skoczki, tylko więcej osób może grać. Gdy już zaczęło być zimno, wróciliśmy do pokoju i wzięliśmy się za przywracanie naszych rzeczy do używalności, m.in. suszenie butów szuszarkami.
Zbliżał się kolejny dzień, a to oznaczało kolejne wyzwania. Może właśnie tego dnia uda nam się W KOŃCU wstać na wschód słońca?

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Dzień drugi, deszczowy, Danxia Mountain, cz. 2 i ½
Rano standardowo zaspaliśmy na wschód słońca, nawet obecność Helen nie pomogła, która też słodko kimała. Rano wzięliśmy się ostro za przygotowania prowiantu na naszą trasę. Punktem kulminacyjnym menu były kanapki Marcina z majonezem, tuńczykiem i fasolką w sosie pomidorowym. Gosia w tym czasie zajmowała się chłodzeniem nudli dla Marcina. Oczywiście jak przeglądaliśmy te zdjęcia później i Marcin zobaczył to, na którym dmucham na nudle krzyknął: „To Ty tak zachłannie jadłaś?!?!” No i staraj się tutaj… takie podziękowanie.
Zazwyczaj w cenie biletu są tzw. eco-friendly busiki, które zabierają turystów od jednego punktu do drugiego. Inaczej, trzeba by było chyba rozbijać namioty w drodze do samego wejścia na górę, nie wspominając już o zdobywanie szczytów. Takie busiki to też jeden ze sposobów by się ogrzać, chyba, że trafią się takie otwarte meleksiki, na które my cały czas trafialiśmy. Tyle przegrać. Na meleksika czekaliśmy prawie 30 minut, z czego 20 minut Helen gadała z kierowcą, który próbował ją przekonać, że powinniśmy gdzie indziej pojechać na wycieczkę. Oczywiście, on za przywiezienie turystów zgarnąłby coś dla siebie. Po 18 minutach Gosia się zdenerwowała, wtrąciła do rozmowy i wytłumaczyła kierowcy, gdzie chcemy jechać i, że niczym innym nie jesteśmy zainteresowani. W końcu odpuścił. A nam się zachciało ubikacji. Więc pognaliśmy wszyscy, jak się okazało do muzeum Danxia Mountain, w którym mogliśmy dowiedzieć się coś więcej o różnych skałach, a także o tym jak kształtowała się ziemia. Każda okazja jest dobra, żeby się uczyć, więc my nie poświęciliśmy ani minuty, żeby cokolwiek poczytać, ale oglądaliśmy obrazki jak przystało na turystów z krwi i kości. Najzabawniejszym punktem w muzeum były różne karteczki od profesorów związanych z geografią, geologią i takimi tam pokrewnymi naukami… gdzie trafiliśmy na kartkę profesora Piotra Migonia z Polski. Jak się okazało, był tutaj dosłownie kilka dni przed nami. Zrobiliśmy zdjęcie kartki i jeszcze tego samego wieczoru wysłaliśmy mu pozdrowienia. Zawsze to miło zobaczyć gdzieś polski akcent. W odpowiedzi dostaliśmy również pozdrowienia, ale już z Australii oraz rekomendacje innych, wartych zobaczenia gór w Chinach.
Po muzeum, w końcu przyszła pora na przejażdżkę meleksikiem. Piździło jak w kieleckim.
Same góry we mgle niesamowite. Na deszcz nie zwracaliśmy uwagi, wszystko wyglądało magicznie. Ciężko nawet to opisać, a najgorsze jest to, że zdjęcia nie oddają tego, co tam czuliśmy, ani atmosfery tego miejsca.
Po górach chodziło się od jednego punktu widokowego do drugiego, od jednej atrakcji do drugiej. Oczywiście każda jakaś większa skała musi mieć jakąś swoją nazwę: a tutaj satynowa tkanina, a tam skała śpiącego lwa. Najlepsze były kierunkowskazy w stylu: „Best photo shoot area there.” Do 13:00, zwiedziliśmy wszystko co było do zobaczenia do połowy góry. Na koniec spotkaliśmy mnicha buddyjskiego, który dołączył do nas by też zjeść lunch. Mnisi wyglądają tutaj jak w filmach. A propos mnichów, jednym z zajęć, którego się podejmują jest uprawa tych owoców na drzewach - pomelo (柚子, yóuzǐ - tutaj w płaszczykach przeciwdeszczowych z reklamówek). To są generalnie bardzo popularne owoce w południowych Chinach, a w smaku przypominają po trochu grejpfruta, po trochu pomarańczę. Z tą różnicą, że jak już pozbędziesz się skóry zewnętrznej, to tej białej w środku też się nie je, tylko trzeba dobrać się do samego miąższu (tych malutkich w pomarańczy i mandarynce wodnistych łezek, tu trochę większych ich odpowiedników).
Po 13 wyruszyliśmy do góry, żeby zdobyć najwyższy punkt – Elder’s Peak.
CDN
Kierunek --> Danxia Mountain, 11-13 listopada, cz. 1
Pomysł na odwiedzenie góry Danxia (od tej pory jako: Danxia Mountain) narodził się w momencie, gdy zobaczyliśmy nasz harmonogram pracy. Znowu oboje mamy po 4 dni wolnego, więc szkoda by było tak po prostu je przesiedzieć. Tym razem chcieliśmy zobaczyć coś w naszej prowincji. Na szczęście, okazało się, że nie będą to musiały być lamerskie wieże z Kaiping (http://edition.cnn.com/2013/08/12/travel/china-watchtowers-kaiping-diaolou/), tak bardzo zachwalane dookoła. Nasza chęć odwiedzenia tego miejsca była daleko w tyle za potrzebą pooglądania wszystkich odcinków „Klanu”, nie wspominając już o bilecie wstępu 180RMB. Skąd taka cena? Te piekielnie interesujące wieże wdarły się na listę UNESCO, ot co.
W każdym razie zostaliśmy uratowani przez fakt, że 300km od naszego miasta znajduje się Red Stone Park of China, przedstawiciel tzw. krajobrazu Danxia (słowo oznacza „czerwone promienie słońca”). W całych Chinach jest ich 6 (grupowo na liście UNESCO), porozrzucanych po różnych prowincjach (Ha! tyle wygrać ]:->). Co to jest ten cały krajobraz Danxia? No więc tak: mamy sobie warstwowo ułożone piaskowce, które są kolorowe. Barwy zależą od składu chemicznego i stopnia w jakim się utleniły, a winnym utleniania się piaskowców są erozje i ruchy tektoniczne. Dlaczego warto odwiedzić je teraz? No cóż, za jakieś 20 lat Chińczycy wyciągną z tych gór co tylko się da i już nie będą takie kolorowe.
Najbardziej ucieszyło nas to, że Helen też postanowiła z nami jechać. Towarzystwo jest zawsze mile widziane. Helen to prawdziwa mistrzyni targowania się i generalnie wszystko musi mieć zapięte na ostatni guzik. Dlatego też postanowiła zająć się organizacją hostelu, jedzeniem i dojazdami. A jej mottem było tłumacząc na nasze: po taniości, ale z ciepłą wodą. My mieliśmy kupić chleb, owoce i stawić się pod szkołą, skąd jej tato miał nas podwieźć na dworzec kolejowy (spóźniliśmy się). Tak wygląda gościnność chińska – za wszystko płacą i wręcz zaczynają biec jak chce im się oddać pieniądze.
To była nasza pierwsza podróż CRH, czyli mega szybkimi pociągami (czasami przekraczaliśmy nawet 300km/h). Było super i na tyle szybko, że nawet nie zdążyliśmy się rozgościć w pociągu, a tu już wysiadać trzeba. Z ciekawych rzeczy, jeżeli nie podróżuje się CRH, a zwykłymi pociągami to… wspomina się nasze PKP, z opóźnieniami na czele. Tylko z niewychowanymi (wg naszych standardów, więc w pewnym momencie ma się ochotę wyskoczyć przez okno) Chińczykami jako kompanami długiej i nużącej podróży.
Nasz hostel ‘Czerwona Fasolka’ znajdował się w Red Stone Park, a sama wejściówka do parku to 100RMB i upoważnia nas do wejścia do różnych atrakcji (sztuk 3 + autobusy po parku), ale tylko raz. Z tyłu karty kiedyś znajdowała się informacja, że wejście jest ważne jest 48h, jednak coś się zmieniło i ktoś spędził porządne kilka dni wydrapując tę informację, dosłownie. Ciekawe jakie były wymagania, żeby dostać tę fuszkę!
Danxia Mountain słynie z fikuśnie wyrzeźbionych, boską ręką oczywiście, skał. Pierwsza fikuśna skała to Yangyuan, a druga to Yinyuan (tak, tak, sławne: yin i yang). Dlaczego fikuśne? No cóż, yangyuan wygląda jak penis (a wielu ludzi przyjeżdża tutaj w celu wymodlenia sobie syna- poważnie), który dzięki yinyuan, dziurze przypominającej żeński organ rozrodczy, nie czuje się samotny. Do tego mamy również ‘the Breast Stones’, czyli cycuszki do kompletu. Mimo szczerych chęci, nie udało nam się ich dostrzec w miejscu w którym niby miały się znajdować. Chiny…
W pierwszy dzień mieliśmy tylko 4 godziny przed zmrokiem na zwiedzanie, ale już tego dnia wiedzieliśmy, że to była świetna decyzja. Jednak dopiero drugiego dnia, mimo deszczu, te góry we mgle całkowicie podbiły nasze serca.
A teraz krótki komentarz do zdjęć:
1) My jako Power Rangers. Marcin nie mógł się zdecydować czy chce być niebieskim czy żółtym wojownikiem.
2) Gosia przejęła od pana młot, by ubić lokalny przysmak – miód + orzechy/sezam/słonecznik. Pan był pod wrażeniem siły. Na drugi dzień kupiliśmy 6 opakowań, Helen wynegocjowała dodatkowe opakowanie cukierków imbirowych.
3) TeaTalk – urocza, ale nieistniejąca już knajpka na wolnym powietrzu. Z tymi światełkami i lampionikami wyglądała magicznie. Za ladą znajdowały się nawet butelki po piwach i napojach wypełnione dla picu wodą.
Danxia National Park
Including a rock shaped suspiciously like something else, other stunning examples of red sandstone landscapes (or petrographic geomorphology if we're getting technical) and some very steep steps.