BRUEGEL W KARPATACH. "BOIKO" JANA BRYKCZYŃSKIEGO W GALERII LEICA.
Wyrazistość form wiąże się natomiast z efektem zamrożenia postaci w bardzo krótkim ruchu. W ten sposób bohaterowie wydają się być oderwani od rzeczywistości.
Do niedawna myślałam, iż język tradycyjnego malarstwa sprzed rewolucji impresjonistów przeszedł już do lamusa. Boiko Jana Brykczyńskiego to wystawa (kolejna, np. po Rysie Jakuba Karwowskiego), która udowadnia, jak bardzo tkwiłam w błędzie. Od pewnego czasu po ten język sięga na powrót, z ciekawymi rezultatami, fotografia.
Brykczyński jeździł w ukraińskie Karpaty Wschodnie przez trzy lata, gdzie kompletował materiał o Bojkach – grupie etnicznej zamieszkującej tamtejsze tereny. Zdjęcia, które stamtąd przywiózł to nie tyle klasycznie rozumiany dokument, a jego subiektywna interpretacja. Sposób ukazania Bojków, pełny szacunku i wolny od wartościowania, odwołuje się do niderlandzkiego malarstwa z XVI wieku, a dokładniej do twórczości Pietera Bruegela Starszego, zarówno w treści, jak i formie.
Pierwszą z analogii jest podkreślenie jedności ludzi i świata, w którym żyją. Człowiek nie stanowi dominanty sceny, Bojkowie na zdjęciach funkcjonują na takich samych zasadach jak zwierzęta i rośliny. Bez sztafażu w ich postaci, fotografie mogłyby być samodzielnymi pejzażami. Element figuralny wyłącznie dopełnia pełnię i harmonię świata. Świata, trzeba dodać, w którym panują nadal pierwotne zasady: silniejszy dominuje nad słabszym, człowiek nad zwierzęciem, a śmierć jest oczywistym końcem życia. Współistnienie życia i przemijania, radości i okrucieństwa to wspólny refren fotografii Brykczyńskiego i obrazów Bruegela. Najdobitniej pokazuje tę złożoność fotografia ukazująca trzech mężczyzn stojących w potoku.
W białoszarej, zimowej scenerii wyróżnia się żółtoróżowe cielsko prosiaka, które leży nieruchomo przed uśmiechniętymi ludźmi. Nawet jeśli prosię jeszcze żyje, to jego chwile są policzone - sugerują to noże, które każdy z mężczyzn trzyma w dłoni. Scenie kaźni przygląda się grupa psów z kotem, nienaturalnie zastygła . Okrucieństwo tego zdjęcia jest tak klarowne, że każe myśleć nie o inspiracji Bruegelem, a obrazem Halali Gustava Courbeta, gdzie sfora psów wyczekuje śmierci bezbronnego jelenia. Jednak Brykczyński nigdy nie posuwa się tak daleko jak Realista, nie skupia się wyłącznie na zewnętrznej obserwacji; wchodzi zawsze głębiej i stara się pokazać istotę życia Bojków w całej jej złożoności. Nie interesuje go pusta brutalność, a raczej zasugerowanie pewnych zdarzeń.
Głównym wrażeniem, jakie niesie jego cykl, jest harmonia świata Bojków. U Bruegela myśliwi wychodzą polować, podczas gdy tłum bawi się na ślizgawce - u Brykczyńskiego krew plami ten sam śnieg, po którym przejdą zaraz wtapiające się w tło gęsi. Pionowe rytmy smukłych drzew pozostają równie nieruchome przy pogrzebie, jak przy powrocie z cerkwi.
Drzewa to kolejny element wspólny dla Bruegela i Brykczyńskiego. Podobnie jak w obrazach Flamanda flankują one większość scen, tak i u Brykczyńskiego są niemymi świadkami codzienności Bojków. Piony pni znaczą większość pejzaży, a w jednym przypadku to koronkowe korony stają się tematem zdjęcia. Jest to ujęcie niemal abstrakcyjne i trzeba przyznać, że uroda otoczenia Bojków ma w sobie coś z bajecznej niesamowitości.
Spostrzeżenie to zwraca uwagę na podobieństwa formalne między zdjęciami Brykczyńskiego a obrazami Bruegela. Wszystkie zabiegi, jakie stosował malarz w swoich obrazach, dają się odnaleźć w fotografiach Brykczyńskiego. Mam tu na myśli przede wszystkim niezwykle intensywny koloryt, wyrazistość kształtów oraz nieruchomość postaci.
Zima skrzy się intensywną bielą i szarością z akcentem błękitnego nieba. Morska zieleń wnętrz konkuruje z różem elementów wyposażenia, zaś noc to czas granatowych, nigdy sczerniałych ciemności. Fotografie emanują tak wyrazistymi barwami, niejednokrotnie zbyt przejaskrawionymi, w bardzo konkretnym celu: aby w codzienności Bojków podkreślić element magii i surrealizmu wynikający z życia wedle praw natury. Wyrazistość form wiąże się natomiast z efektem zamrożenia postaci w bardzo krótkim ruchu. W ten sposób bohaterowie wydają się być oderwani od rzeczywistości. Grupka idąca przez zaśnieżoną drogę będzie na zawsze dreptać w tym samym miejscu, na rozwidleniu dróg, bez szansy na przejście dalej…
W wywiadach Brykczyński podkreślał, iż ustalony od pokoleń rytm życia jest bezpieczną przystanią, ale też i więzieniem dla Bojków. Autor zagląda do wnętrz ich domów, podchodzi blisko ludzi i poetyzuje ich los, równocześnie nie upiększając biedy i nędzy życia niektórych ludzi. W uniwersum Bojków mieszczą się półnagi chłopak z kosą stojący nieruchomo na tle księżyca niczym bóstwo oraz chłop z ziemniakami pod łóżkiem. Co ciekawe i nietypowe – kilka portretów pokazuje ludzi siedzących właśnie na skraju swoich łóżek, nie dotykających nogami ziemi. Czy można lepiej zaznaczyć swoje przywiązanie do domu, do tradycji?
Summa summarum, w fotograficznej interpretacji Brykczyńskiego Bojkowie nie mają szans na ucieczkę ze swojego onirycznego świata. Jak postaci w obrazach Bruegela, tak samo na wieczność będą pracować w polu, towarzyszyć w ostatniej chwili umierającym lub chować się przed zimnem. Zresztą – może wcale nie chcą tego zmieniać?
Jolanta Bobala
















