Zawsze jak patrzę w grafik i widzę, że będziemy mieć grupę z Azji, to już wiem, że będzie się coś działo. Nie, żebym był rasistą, ludzie z innych krajów też potrafią odwalić coś tak dziwnego, że choć bym myślał nad tym 100 lat i tak bym na to nie wpadł.
Azjaci jednak są w tym mistrzami. Na bufecie mamy kawę, bo jak to tak, śniadanie bez kawy? Nalewamy ją ze specjalnego ekspresu, do którego wkłada się termos, tylko nie taki zwykły mały, a taki 5-litrowy. Można wybrać albo "Full", albo "Half" i kawa leci, dopóki nie skończy się program. Do ekspresu wbudowany jest również kranik z wrzątkiem, dlatego też stoi on na bufecie, bo wygodniej. Ludzie mają łatwy dostęp do gorącej wody, a my nie musimy latać z termosami. Niestety tutaj wchodzą Azjaci. Tak jak mówiłem, kawa leci, dopóki program się nie skończy, więc trochę tego jest, a to wszystko po wciśnięciu jednego przycisku. Nie, nie jest on wielki ani nawet czerwony, więc nie mogę pojąć, dlaczego w sezonie co najmniej raz w miesiącu jakiś Azjata musi go wcisnąć.
Próbowaliśmy wszystkiego, zakleiliśmy go karteczką z napisem "NO" tak, żeby nie wyglądał, jak przycisk, nic to nie dało. Zakryliśmy więc cały panel karteczką z napisem "Hot Water" i strzałką, bo obok jest kranik, dalej nic. Stwierdziliśmy, że kartka na ścianie, która wyjaśnia, żeby używać tylko kranik, napisana w 5 językach może pomóc, niestety znowu byliśmy w błędzie...
A najzabawniejszy w tym wszystkim jest uśmiech Azjatki, która jest z siebie dumna, bo odkryła, skąd leci kawa, to, że będzie leciało jeszcze pozostałe 4.8 litra to już nieważne.