As Night, #wop #favoritepainting #asnightfalls #historyofthemundane https://www.instagram.com/p/CM3BoUeF6x-/?igshid=3y119v3o9oxc

seen from United States
seen from China

seen from United States
seen from Germany

seen from United States
seen from Brazil
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from China
seen from Kenya
seen from China
seen from United States
seen from Brazil
seen from Yemen
seen from China

seen from Australia
seen from China

seen from United States

seen from T1
As Night, #wop #favoritepainting #asnightfalls #historyofthemundane https://www.instagram.com/p/CM3BoUeF6x-/?igshid=3y119v3o9oxc

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
#asnightfalls #dusk thanks #northcamp #thatwasfun #northcoastlife #homeiswheretheheartis #augustvibes #98daysofsummer (at Smith River National Recreation Area)
Siwa muzyka- część 2
Druga część rozmowy z Łukaszem Siwy - klawiszowcem zespołu As Night Falls, prawnukiem Alojzego Siwy - byłego dyrygenta orkiestry dętej KWK Murcki
AM: 40-749 jest dość zaskakujący swoim pozytywnym przekazem. Może to dlatego, że w Murckach jak wspomniałeś nie było stania po klatkach bo nie było blokowisk, nie było już wielkiego przemysłu i jakiejś szczególnej tęsknoty za nim właściwej raczej dla starszego pokolenia, nie było wielkomiejskiego syfu. Dlaczego w takim razie hip-hop, który tym wszystkim się żywi?
ŁS: Ponieważ możesz go nagrać samemu składając po nocach bity i pisząc tekst. Kawałek 40-749 powstał podczas kolejnego przestoju w graniu zespołowym spowodowanego rozpadem rockowej kapeli. Zostałem sam z muzyką w głowie, a ponieważ jak już wspominałem nie umiem śpiewać to postanowiłem znów zarapować.
Do tego Katowice są w pewnym sensie kolebką polskiego hip-hopu, który w tamtym czasie przeżywał renesans. Wciągnąłem też brata we współpracę przy stworzeniu teledysku i wkrótce on też zaczął działać w hip-hopie na własną rękę. Nie wiem, czy w jego przypadku to się zaczęło właśnie od tego, ale kiedy kiedyś zapytałem go “dlaczego właściwie poszedłeś w hip hop? Może dlatego, że za wcześnie wyszedłem z domu i nie zdążyłeś odebrać od starszego brata lekcji rocka i metalu”. Odpowiedział, że to właściwie ja pokazałem mu najpierw dubstep, później elektronikę i potem poszło już samo. Brat robi dziś niesamowite rzeczy. Pisze swoje teksty, komponuje swoją muzykę, szybko nawija, Wow! Strasznie się rozkręcił. Do tego Rafał świetnie opanował wszystkie współczesne narzędzia do produkcji i składani muzyki. Teraz kiedy ja chcę coś nagrać idę do niego i mówię jakiego efektu potrzebuje, a on to po prostu błyskawicznie robi i efekt jest super. Jest w tym dobry i myślę, że w tym kierunku powinien się rozwijać.
Do tego wszedł we współpracę z ziomkami z Tychów, dla których już komercyjnie produkuje kawałki, a nawet ma już na koncie miks całej płyty. Oczywiście w wolnym czasie nagrywa też własne kawałki. Martwi mnie jedynie, że nie nagrywa własnych bitów, tylko korzysta z bazy, z której je pobiera później dogrywając swój rap. Kiedyś robił je sam, ale teraz szkoda mu czasu, woli się skupiać na tekście i nawijce.
AM: a propos brata. Przeglądając jego profil, informacje na temat jego kooperacji i projektów, w których uczestniczy zauważyłem ciekawą rzecz. Mianowicie, że większość gości, z którymi nagrywa pochodzi albo z południa Katowic, albo z Tychów, albo Mysłowic , a nie z Załęża, Chorzowa czy śródmieścia Katowic. Zupełnie jakby mentalnie działała tu dawna granica Księstwa Pszczyńskiego…
ŁS: Nie mam pojęcia skąd się to wzięło. W ekipę tyską wskoczył chyba dzięki szkole, w której poznał bodajże kogoś z Tych. Też mnie to zdziwiło, ale brat twierdzi, że w jego przypadku rap zaczął się od Miuosha. Nie mniej jednak związał się z sceną tyską i dobrze bo w Katowicach środowisko jest duże, a w Tychach jest jeszcze przestrzeń do zagospodarowania, niedosyt. Dzięki temu Rafał zyskał w tamtym środowisku, szczególnie młodych muzyków, jakąś pozycję, zagrał trochę koncertów. Ale może faktycznie nie jest to przypadek. Pamiętamy o Księstwie Pszczyńskim, o przynależności do Tychów, z którymi łączy nas też hokej - zresztą mój dziadek od strony mamy stał na bramce w drużynie murckowskiej, która awansowała do pierwszej ligi przekształcając się potem w GKS Tychy. Ludzie, którzy pamiętają tamte czasy wciąż jeżdżą na mecze do Tychów, co się nie podoba na przykład fanom GKSu Katowice, który oficjalnie rządzi w Murckach. Więc może coś jest w tym, co mówisz…
AM: Wracając do Twojego rapowania - w 40-749 rozwiązałeś po swojemu tajemnicę znaczenia nazwy Murcki. “M” jak…
ŁS: Magiczny południowy zakątek. Jest tu jakaś magia - choć jesteśmy na południu Polski, na południu Katowic to nawiązania do Norwegii, w której jest zimno i ciemno są. Może przez ten las, może przez ogólny klimat. Kiedyś odwiedził mnie znajomy spoza Śląska. Popatrzył i mówi: “kurcze, ale tu jest klimat. Jak nad morzem”. W sumie się zgadza. Mamy specyficzny mikroklimat, a fakt, że istniało tu kiedyś prewentorium, oferowano różne zabiegi medyczne dodaje sprawie sensu. “U” jak urobku wielki początek bo Kopalnia Murcki była jedną z najstarszych w Europie. To miejsce, które jest kolebką górnictwa również wiąże się z wspomnianą magią choć z tego akurat niewiele zostało. “R” jak robotni nasi ojcowie. Praca na kopalni była niezwykle ciężka, a na Murckach praktycznie wszyscy pracowali w kopalni. Chociaż przychodzili do domów zmęczeni to nie mogli przestać robić i po godzinnej drzemce znowu wstawali i szli pracować na przykład na ogródek. Widziałem to w domu - nie było tak, że ojciec wrócił z pracy i już go nie było do końca dnia. Miał jeszcze siłę coś zrobić, pobawić się ze mną, pograć w piłkę ze mną i moimi kolegami, wyjść na spacer, rower... Na tym właśnie polega ta śląska pracowitość. Na kopalni zresztą pracował nie tylko ojciec. Również obaj dziadkowie, pradziadek, wujkowie, teściu, praktycznie wszyscy. “C” jak czarne złoto i wszystko jasne. “K” jak katowicka leśna dzielnica. Murcki są największą dzielnicą Katowic, ale wyłącznie dzięki rozległym lasom, bo jeżeli chodzi o teren zabudowany to nie ma szału. Poza tym jakby się nie wjeżdżało czy nie wyjeżdżało z Murcek, trzeba przejechać przynajmniej przez kawałek lasu. “I” - inna dzielnica mnie tak nie zachwyca. Nigdy nie myślałem, żeby stąd wyjeżdżać choć przez jakiś czas mieszkaliśmy w Kostuchnie. Wujkowie wyjechali do Niemiec i zostawili dom, którego trzeba było przypilnować, ogrzewać, skorzystaliśmy z okazji i mieszkaliśmy tam trochę. Było nawet fajnie ale nie tak, jak w Murckach. Nie było parku, ulice Kostuchny wydawały mi się jakieś długie, ciągnące się, nie wiadomo dokąd, jak przez całą wieś, podczas gdy na Murckach wszystko zamykało się w taki kwadrat z rynkiem w środku. Było do tego kąpielisko „Dolinka” gdzie wszyscy chodzili całymi rodzinami, a nawet inni ludzie przyjeżdżali z okolic . No i oczywiście bacie, dziadkowie dookoła, cała najbliższa familia więc kojarzyło się wszystko przyjemniej. Teraz częściej zdarza mi się myśleć o wyjazdach, do czegoś innego, do lepszej pogody. Denerwuje mnie stagnacja - co dzień praca, wciąż to samo, „dzień świstaka”, codzienne powroty, życie od weekendu do weekendu, ostatnimi czasy dość kiepska pogoda przez cały rok, zima bez śniegu, kiepskie lato - nie jest tak jak to było za bajtla…. Może to po prostu tak zwana monotonia życia daje mi się we znaki. Tak naprawdę muzyka daje mi odskocznię. Gdyby nie ona to było by momentami ciężko, nie wiedziałbym gdzie się podziać. Teraz mam też córkę wiec jest co robić, może pojawi się kiedyś kolejne dziecko, otacza mnie rodzina więc na pewno bym się stąd nie wyprowadził, a na pewno nie gdzieś w Polskę. Ewentualnie do innego bardziej słonecznego kraju ale raczej też nie na długo bo po czasie serducho, które bije do Murcek powiedziałoby “wracaj!”.
AM: A skąd według Ciebie bierze się specyficzna potrzeba ludzi uprawiających na Murckach muzykę, żeby tak często artykułować swoje murckowskie pochodzenie. Mam wrażenie, że tu jest to o wiele intensywniejsze niż w innych dzielnicach, ba, nawet miastach.
Ludzie z lasu - orkiestra dęta KWK Murcki, 1936r. Na czele Alojzy Siwy.
ŁS: Może bierze się to właśnie z tego poczucia odrębności. Jesteśmy w środku lasu, trochę było Pszczyny, trochę Tychów, są Katowice, a my cały czas trzymamy się po prostu razem. To rodzaj autonomii. Choć jesteśmy dzielnicą dużego miasta to naprawdę jesteśmy osobnym małym miasteczkiem. Otaczają Cię historie, ludzie. Do tego jest tu inaczej niż na przykład na Ligocie, w Piotrowicach czy Ochojcu, gdzie na dobrą sprawę nawet nie do końca wiadomo, gdzie się te dzielnice zaczynają, a gdzie kończą, jedno się płynnie łączy z drugim. My z kolei siedzimy „zamknięci” w lesie, jak jakaś wioska na końcu świata. Kiedyś nauczyciel mojej żony podczas rozpoczynającej się pierwszej lekcji w pierwszej klasie liceum, kazał wstać kilku osobom, które są z Murcek i powiedział : „ tak wyglądają ludzie lasu” ;-) ha ha ha
AM: Dużo mówisz o rodzinie i odnoszę wrażenie, że w Twoim życiu muzyka nierozerwalnie łączy się z najważniejszymi wydarzeniami i osobami, które zaważyły na Twoim życiu rodzinnym.
ŁS: No tak to jest kiedy obracasz się w grupach skupionych wokół pewnych zainteresowań. Poznajesz ludzi, oni poznają cię z kolejnymi itd. Dzięki temu, że na Murckach wiele osób słuchało właśnie takiej, a nie innej muzyki powstało wiele związków. Ja na przykład grałem w kapeli, w której wokalistką była Monika. Na nasze próby zaczęła przychodzić jej siostra, która wkrótce związała się z perkusistą. Perkusista po czasie stwierdził, że woli jednak bardziej skupić się na graniu niż chodzić na randki i siostrą zająłem się ja (śmiech). Przychodziła nas posłuchać, patrzyła jak gram na klawiszach, ja puszczałem oczko, uśmiech za uśmiechem i jakoś nam się wszystko skleiło. Było to też zasługa Mateusza (Kroczka, przyp. AM), który zachęcał mnie żebym startował do Agi bo ja byłem akurat po jakimś nieudanym związku i nie bardzo byłem w nastroju chociaż dziewczyna mi się podobała i świetnie nam się ze sobą gadało. Po czym Mateusz z jeszcze jednym kolegą Mariuszem zorganizowali wyjazd nad Jezioro Żywieckie, na którym była też Aga i ja. Była fajna zabawa, jakieś wino, ognisko i zaskoczyło. Zaraz potem pojechaliśmy już wspólnie na nasz pierwszy Woodstock. A szwagierkę, która dalej ładnie śpiewa i gra na gitarze, werbuje czasem na jakiś jam session żeby razem pośpiewać jakieś covery.
AM: Rodzinę zaangażowałeś też do nagrania płyty, którą mam przed sobą czyli “Domowych piosenek”. Skąd pomysł żeby członków rodziny w taki sposób zatrzymać w czasie? Nie wystarczą Ci zdjęcia i obrazy?
ŁS: Wiele osób śpiewa dzieciom. Tą osobą dla mnie była moja babcia, która śpiewała mi jako dziecku różne piosenki, śpiewała je też mojemu bratu, a teraz śpiewa je swojej prawnuczce czyli mojej córce. Pomyślałem, że to bardzo fajne i warto to nagrać. Ponieważ radzę sobie z pianinem, saksofonem, troszkę gitarą, a czasem też coś pobębnię to pomyślałem, że może tym razem znów nagram muzykę sam, nie klejąc tego na komputerze, ale na żywych instrumentach, bez sztucznych beatów czy sampli. Zacząłem sobie przygrywać na pianinie wszystkie te piosenki, które śpiewała babcia, ale doszedłem do wniosku, że ją zamęczę jak każę jej wszystkie wykonać na płycie, i że warto by było w związku z tym kogoś jeszcze zaangażować. Myślę: “żona potrafi śpiewać, szwagierka śpiewa , teściowa należy do chóru więc też potrafi, rodzice grali na gitarach i śpiewali kiedyś razem w oazach, więc też pomogą, brat jest dobry w obróbce dźwięku więc mam wszystko pod ręką tylko muszę to jakoś zebrać”. Więc dwa lata temu, w okresie jesienno-zimowym, kiedy zrobiło się znów szaro-buro, nudno i smutno postanowiłem, że zrobimy płytę akustyczną. Przyznam , że trochę zainspirowały mnie wtedy Domowe Melodie, które udowodniły, że w warunkach domowych można nagrać całkiem fajne rzeczy. Zacząłem więc z bratem nagrywać wszystkie instrumenty, gitary, klawisze, saksofon, cajon, harmonijkę, dzwonki, różne przeszkadzajki, kolejne ścieżki dźwiękowe, a potem zapraszać ludzi żeby dośpiewali wokale. Ja nie umiem śpiewać, co wielokrotnie podkreślałem, brat raczej rapuje, więc zaangażowaliśmy wszystkich, którzy potrafią wydobyć z siebie melodię. Przede wszystkim babcię, bo to z myślą o niej powstawała ta płyta, która docelowo miała też być prezentem ode mnie dla mojej córki pod choinkę. Babcia ma już nieco ponad 70 lat i nie chciałem żeby ten głos i pioseneczki, który mi śpiewał, a teraz śpiewa córce przepadł. Zrobiła się z tego rodzinna pamiątka. Do tego włączyliśmy w nagrania również nasze dzieci - moją córkę Alicję i córkę szwagierki - Zosię, żeby podkreślić nieco dziecięcy charakter tego projektu. Miałem z tym trochę roboty, bo musiałem z każdym chodzić do Rafała na nagrania, żeby przy tym być, mówić jak zaśpiewać, jako że trochę pozmieniałem tempa i aranże w stosunku do oryginałów. Trwało to z przerwami niecałe pół roku bo nagrywaliśmy w wolnym czasie, większość z nas pracuje i ma swoje obowiązki też po pracy. Część moich wizji wyszła lepiej, część gorzej, ale jakoś się udało. Dodaliśmy okładkę i uruchomiliśmy produkcję.
AM: czyli domowy band, który powstał z litości dla babci żeby babci nie zamęczyć (śmiech)?
ŁS: Ha ha ha– nie to nie do końca tak ,że z litości… trzeba było pomóc babci, żeby nie zostawiać jej samej z tymi wszystkimi kawałkami , a skoro najbliżsi też potrafią śpiewać i byli chętni to pomyślałem, - będzie ciekawiej, w sumie czemu nie? Każdy dostał płytę na pamiątkę, rozdaliśmy też najbliższym znajomym w prezencie, możną ją jeszcze u mnie zakupić – zostało tego dość sporo…
AM: Zazdroszczę Ci bo żadnego z moich dziadków i babć nie ma już na świecie, a ja nawet nie mam zarejestrowanego fragmentu żadnego z ich głosów. Tymczasem wróćmy z krainy dzieciństwa do świata metalu i porozmawiajmy o Twoim powrocie do korzeni -w tym do saksofonu. Co mnie jeszcze uderza w Twojej aktualnej aktywności muzycznej, to straszna rozpiętość gatunkowa. Z jednej strony symfoniczny gotycki metal z As Night Falls, z drugiej joby z weselnym DJem, a do tego saksofonowe covery popowych kawałków, w których brzmisz jak śląski Kenny G! Odnoszę wrażenie, że ty po prostu musisz sobie wypełnić życie jakakolwiek muzyką…
ŁS: (śmiech) Nawet chyba basista z kapeli również mnie ostatnio do Kennego porównał z tym saksofonem;-) Odpowiedziałem, że na razie w tym raczkuje, cały czas się uczę (choć brakuje mi na to czasu) i jak kiedyś będę lepszy to wtedy pozwolę sobie na większe szaleństwo i może jakieś jazzowe improwizacje. Odnośnie rozpiętości -nie mam już klapek na oczach. Kiedyś wszystko musiało być czarne, liczył się tylko metal i koniec, teraz gram i słucham to co chcę, nie muszę iść jednym torem. W As Night Falls gram na klawiszach i rzeczywiście mam tam, co grać, ale jest jeszcze dużo innej muzyki.
Mogę i lubię czasem pograć rocka, bluesa, reggae, ska, coś poimprowizować. Granie z DJem zaproponował mi kolega Grzegorz Dziubek - Dj Dybicz, który dowiedział się i usłyszał, że gram na saksofonie. Dybicz wcześniej kooperował już z innymi saksofonistami, uważa ,że jest to fajna sprawa i często podoba się ludziom jako dodatkowa atrakcja. Na początku się opierałem, bałem się, że nie dam rady bo dopiero zaczynam przygodę z saksofonem ale naciskał żeby spróbować obiecując, że będę mógł trochę poimprowizować do granych przez niego tanecznych kawałków. Dziś granie na imprezach czy weselach i w kapeli metalowej jednocześnie nie jest już dla mnie obciachem. Kiedyś za młodego była inna mentalność, ludzie stale dorastają do pewnych rzeczy i każdy (w przypadku muzyki )słucha czego tak naprawdę chce, co akurat go cieszy i przestaje się przejmować czymkolwiek. Natomiast są rzeczy, których nigdy nie będę chciał zagrać. Nigdy nie zagram na klawiszach czy saksofonie disco polo czy innych kawałków, które przede wszystkim ja uważam za kiczowate i obciachowe.
#asnightfalls #vaillancourtfountain #quebeclibre #circa1971 #watersflowing again #alliswellintheworld #justinhermanplaza #ferrybuilding #pinkskyatnight #dusk over #sanfrancisco #letsadventure #weekendvibes #summerinthecity #100daysofsummer (at Justin Herman Plaza)
#takingmeback #sanfranciscobay #goldengateferry #sunset #dusk #asnightfalls #letsadventure #summerinthecity #sundayvibes #100daysofsummer (at San Francisco, California)

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming