Bring in 'Da Noise, Bring in 'Da Funk poster by Paula Scher
via behance
RMH
Misplaced Lens Cap
trying on a metaphor

izzy's playlists!
NASA
h

JBB: An Artblog!
"I'm Dorothy Gale from Kansas"

Andulka
hello vonnie
Show & Tell


YOU ARE THE REASON

祝日 / Permanent Vacation
Alisa U Zemlji Chuda

⁂
noise dept.
Sade Olutola

Discoholic 🪩

seen from Malaysia
seen from United States
seen from Germany
seen from Singapore
seen from India
seen from United States
seen from United States
seen from Venezuela

seen from Germany

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United Kingdom
seen from Australia
seen from United States
seen from United States

seen from India

seen from United Kingdom
seen from Hong Kong SAR China

seen from Australia
@percepta
Bring in 'Da Noise, Bring in 'Da Funk poster by Paula Scher
via behance

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Anok Yai for Vogue, photos by Mario Sorrenti
Władysław Wołkowski
via muzea.malopolska
Madonna – Rain
VIA PINTEREST
Cabaret (1972)
PHOTOS VIA FILMWEB

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Cathedral grillz / Masahiro LaMarsh
Dead Man | Jim Jarmusch (1995)
PHOTO VIA GUTEK FILM
Oczarowani skandalem – sensacje wokół Fleetwood Mac
Spowity gęstą mgłą Londyn lat 60. obfitował w niecodzienne, głodne szumu osobowości. Mury klubów i pubów Soho wypełniały dźwięki basu oraz głosy dobijające się o swoje miejsce na świecie. Stolica Anglii niezaprzeczalnie była kulturalnym tyglem tych, którzy dopiero rozkręcali się w podbijaniu serc na całym świecie.
W tych okolicznościach, niczym dzieci-kwiaty po drugiej stronie oceanu, legendarne dziś zespoły zaczęły puszczać pędy w sowicie nawożonej ziemi brytyjskiej kultury muzycznej. The Who, The Rolling Stones i, wreszcie, Fleetwood mac.
Gorejące miłością lato
Promienie słońca w środku roku 1967 stały się podwaliną dla Summer of love – fenomenu z rodowodem w San Francisco, które ukształtowało okraszoną psychodelą kontrkulturę. Krzyczące o wolność głosy były na tyle wyraźne, aby przedostać się również w objęte letnią lepkością Wyspy Brytyjskie. “[...] to był zespół bluesowy i w dużej mierze był to zespół pubowy, który podróżował po kraju i zarabiał stosunkowo mało pieniędzy” – wspomina Christine McVie, późniejsza członkini tegoż wytworu.
Na fali wskrzeszenia bluesa powstał zespół, który zdążył zapisać się w pamięci melomanów jako istny kameleon. Dlaczego zasługuje na to miano? Początkowy skład Fleetwood Mac podczas całego swojego istnienia – od pierwszych podrygów w angielskich pubach po ikoniczny powrót na scenę w późniejszych latach – przeszedł nawet kilkanaście faz transformacji. A wraz z każdą wkraczającą do studia twarzą oraz zmieniającymi się tendencjami odbieranych w radiowych słuchowiskach to również tworzona przez nich muzyka ulegała procesom ewolucji. Dziś okazjonalne audytorium bujające się w sympatyczny rytm Landslide przejęłoby się zdumieniem faktem, że ta niekiedy wręcz popowa formacja zaczynała od duszącego bluesa, którego nieodłącznym towarzyszem sceny był rock.
Kurtyny w dół
Zanim ukształtował się ostateczny i dziś wszystkim doskonale znany obraz Fleetwood Mac, grupa przeszła przez malowane dramatem doświadczenia. Ustąpienie w sekciarskie szeregi jednego z członków czy świadoma rezygnacja z muzyki na rzecz poprawy zdrowia to był dopiero wschód burzliwej ich historii. To wstąpienie nierozerwalnego duetu – Stevie Nicks oraz Lindsaya Buckinghama – z dzisiejszej perspektywy traktujemy jako inaugurację najbardziej zapamiętywalnych i burzliwych czasów zespołu. Para muzyków, która pokornie performowała w przerwach od zupełnie przeciętnie życiowych zajęć, uplotła w grupie nowe pasma twórczości.
Nicks, z efemeryczną chrypką w głosie i tekstami, które pociągały za najbardziej wrażliwe struny podświadomości, oraz Buckingham z wirtuozowskim zaparciem, zabarwili tożsamość Fleetwood Mac o unoszącą się w koncertowym powietrzu i tak pożądaną przez tłumy ulotność. Za scenicznym sukcesem stoi album Rumours wydany w 1977 roku, a powstały w atmosferze złamanych serc oraz oparach całego wachlarzu substancji.
“Zawsze byłem głęboko przekonany, że wiele z magii Rumours wykraczało poza samą muzykę. [...] Ludzie naprawdę byli w stanie zainwestować w nas jako ludzi, ponieważ mogli to zobaczyć, a wszystko było bardzo dobrze udokumentowane... Była inwestycja nie tylko w muzykę, ale także w ludzi, którzy tę muzykę tworzyli” – mówi naznaczony czasem Lindsay w wywiadzie dla AXS TV. Ponad 40 milionów sprzedanych kopii oraz uplasowanie się w czołówce ówczesnych list przebojów to efekt wielkich emocjonalnych targnięć, które grupa poddała alchemicznej transmutacji, tworząc kompletne dzieła sztuki. Innowatorskie improwizacje Buckinghama ścielą się na warstwy instrumentalne, podkręcone przez bas i klawisze w posiadaniu rozpadającego się wtedy małżeństwa Christine i Johna McVie. Pazura z kolei piłuje szaleństwo perkusyjne w wykonaniu Fleetwoda oraz Nicks, której wokal wzburzony jest gasnącym związkiem z Lindsayem. Wysoce zaaranżowana architektura muzyczna spotyka się ze szczerością i autentycznością doświadczeń. Ten niemal biograficzny, osobisty charakter to składnik X, który wyjątkowo odsłaniał się podczas scenicznego performansu.
Zbuntowane serca
To właśnie występy przed widownią wyciągały z nagranych w studiu folkowych ballad prawdziwego i znamienitego na tamte czasy rock'n'rolla. Spokojne pociągnięcia za struny pod naporem tłumu rozpędzają się, wszystko zaczyna się wytrząsać, a w wokalach słychać bunt. Stevie Nicks wpada w konwulsje przy mikrofonie, jakby wstąpił w nią sam duch Rhiannon (tytułowej walijskiej boginki, która staje się bohaterką jednego z ich największych hitów), a Fleetwood zatraca się w muzycznej ekstazie, nie wystukując, a grzmiąc w rytmicznym tempie o płótno bębnów. Wypływają na powierzchnię miłosne niesnaski, rażone punktowym światłem reflektorów, gdy wokaliści stają w wokalne szranki. Kogo boli mocniej?
W tym samym czasie pod sceną gorąco skandują fani, pośród których zobaczyć można wiele podobizn samej frontmenki. Sięgające za łydkę falujące suknie i otulające narzutki to znak rozpoznawczy słuchaczek Fleetwood Mac, które na wzór Nicks łączyły się w grupy przypominające sabaty czarownic. Wizerunek członków to bezsprzeczna macierz tkanki zespołu. Nie był on przypadkowy, a pieczołowicie zbudowany na tym, co noszono i kochano na ulicach. Tam glamrockowa ekstrawagancja splatała się z frędzlami reprezentatów gasnącej już kontrkultury. Jane Birkin, której imieniem ochrzczono najbardziej elitarną torebkę świata, nosiła rozkloszowane u dołu spodnie dzwony oraz niebosko długie spódnice w kolorach matki ziemi. Stevie Nicks była archetypem “kobiet, które zawsze w swoich torebkach miały, wiesz, talię tarota [...]. Może jakieś bibułki do papierosów. Było ich sporo [...]” – mówi Chris Salewicz w dokumencie Stevie Nicks: Wild at Heart (2022).
Nicks, spowita w lejące się szyfony przypominające skrzydła, podnosiła ramiona na scenie niczym folkrockowa kapłanka, wznosząc publiczność w wymiar duchowy. Jej wizerunek wpisywał się w ówczesne poszukiwania oświecenia – podobnie jak fascynacja Beatlesów wschodnim mistycyzmem czy flirty rocka z okultyzmem. Jimmy Page stał się właścicielem księgarni i wydawnictwa The Equinox Booksellers w Kensington, poświęconego tajemnym naukom. W kinach wyświetlano Dziecko Rosemary Polańskiego, a w głośnikach rozbrzmiewało Season of the Witch Donovana. Pociągało to, co ukryte między wierszami, wyłaniające się spod warstw codzienności. Jednak w przypadku wokalistki Fleetwood Mac było to nic innego jak pieczołowicie wypracowana persona. Zjawisko efemeryczności nie przeminęło. Dziś podobną aurę roztacza chociażby głos Florence Welch, która w swoich pełnych emocji performansach dodaje szczyptę magii, odziana w projekty nieistniejącego już brandu Susie Cave – The Vampire’s Wife.
Rewolucja czy ewolucja?
Rock‘n’roll płynący hardością na scenie oraz skandali przedostającymi się do koryt prasy nie wykluczał muzycznego rozwoju. Wręcz przeciwnie. Fleetwood Mac wraz ze swoją bolesną autentycznością wypisaną w zwrotkach prowadziło ekspansywną strategię wprost na szczyt mainstreamowych mediów.
Dyskografia zespołu rozpoczyna się od bluesa pod dowództwem Petera Greena, aby w późniejszych latach stworzyć prawdziwie eksplodującą, mozaikową mieszankę czerpiącą z całego wachlarzu gatunków muzycznych. Na łamach kilku dekad zespół meandrował od folkrocka, przez eksperymentalny Tusk, po nawet pop w Tango in the Night. Każdy wydawany krążek był (często zakończoną sukcesem) próbą odnalezienia się w nowych, dotąd niepróbowanych brzmieniach. Tak skomplikowana ścieżka kariery mogłaby wydawać się zabójstwem dla tożsamości zespołu. Okazało się jednak inaczej – nadała mu ona unikalną, nieuchwytną tożsamość, której nie poddaje się jednoznacznym definicjom. To właśnie ta cecha stanowi o sile Fleetwood Mac, pozwalając im trwać w kulturze do dziś.
Wciąż rezonuje
Od oficjalnego ustanowienia zespołu minęło już prawie 6 dekad, a jego ostatni akt wyznaczyła śmierć Christine McVie. Mimo to, pierwsze akordy Dreams nadal rozbrzmiewają w radiach, filmach czy przestrzeniach social mediowych.
Wraz z nową falą duchowości samozwańcze, TikTokowe baby witches wzorują się, tak jak dawniej, na magnetycznej sylwetce Stevie. Tę popkultura wielbi i stale trzyma dla niej miejsce w pierwszym rzędzie. Słyszymy sample Edge of Seventeen w jednym z najbardziej głośnych hitów Destiny’s Child. Bujamy się w rytm solowych tracków stworzonych na potrzeby filmu Practical magic z Nicole Kidman i Sandrą Bullock w rolach głównych. Oglądamy Nicks w gościnnym występie w American Horror Story: Coven jako czarowniczą heroskę dla serialowego sabatu.
Aura skandalu nie tylko poruszała serca swoich czasów, ale dziś służy za podwaliny współczesnych tekstów kultury. Nowela oraz późniejsza jej ekranizacja – Daisy Jones & The Six – to fabularna kuzynka historii Fleetwood Mac. Podobnie rzecz ma się z Stereophonic autorstwa Davida Adjmi, sztuką graną na deskach nowojorskiego Broadwayu, której główną osią dramatów jest proces tworzenia nowego albumu przerywanego miłosnymi kłótniami kochanków.
Fleetwood Mac, oprócz pokaźnego wkładu w dziedzictwo światowej muzyki, kusiło (i robi to nadal) wybuchową mieszanką ambicji, bolesnej szczerości oraz niewypowiedzianej mistyki. To solidny kawał muzycznej historii, bez daty ważności.
TEXT BY ME | PHOTO VIA IMDB
Martyna Borowiecka | Scarlett and her lazy deep shadows (2021)
Nights of Cabiria (Le notti di Cabiria), Mexican lobby card. 1957

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
The Brutalist: dzieło totalne
Chaos, wrzynająca się w obolałe i zmęczone ciało zimna powierzchnia imigranckiego statku oraz obietnica lepszego jutra. Jeden z faworytów tegorocznej gali Oscarów wita nas w środku gorzko-czułej przeprawie przez Ocean, której meta ma stać się początkiem. Reżyser Brady Corbet wprowadza nas w znany już imigrancki mit, który następnie będziemy stopniowo, kawałek po kawałku, obdzierać z romantyczności, nawlekając kolejne rozczarowujące doświadczenia na osiedleńczą szpulę życia.
László Toth (Adrien Brody) napiętnowany okrucieństwami wojny i przeszyty niepewnością o losy swojej miłości Erzsébet (Felicity Jones) wchodzi w nowy etap w płynącym amerykańskim snem miasteczku Doylestown. Sprzedawane o pięknym życiu deklaracje okazują się ciasną kanciapą w tylnej części sklepu meblowego swojego kuzyna. Marazm przerywa mężczyzna z wyższych sfer, o którym bohater jeszcze nie wie, że stanie się zaczynem projektu życia i śmierci, a dla widzów – ośrodkiem narracyjnym.
Architektura dojrzewania
Codzienne przygnębiające oczekiwanie na kawałek chleba ustępuje bogackim przestrzeniom, w których László dojrzewa jako architekt z pokaźnym brutalistycznym dorobkiem pozostawionym w spustoszonej wojną Europie. Już kilkadziesiąt minut wcześniej bohater poznaje się jako ten nieoglądający na dyktat wizjoner. Teraz rozsiada się w gruboskórnym fotelu i odsłania swoją akademicką nonszalancję w dialogu z amerykańskim milionerem oraz swoim rychłym pracodawcą (Guy Pearce).
Wraz z postępującą narracją stajemy się bliskimi świadkami powstawania architektonicznego dzieła mającego odmienić byt nie tylko mieszkańców miasteczka, ale jego kreatorów. Reżyser żeni proces fizycznego wzrostu budowli z postępującą asymilacją László oraz jego żony. I czyni to bardzo zręcznie. Posuwamy się w wielowątkowej historii, którą spajają konduktorskie gwizdy na zatłoczonych stacjach, Lynchowskie spoglądanie na wysuwającą się przed spojrzeniem ulicę oraz iskrzący od pracy plac budowy. Te szczegóły fragmentują oraz stanowią symbol przestrzeni, w których się poruszamy.
They do not want us here
Poczucie dumy i niezależności architekta zaczyna proporcjonalnie rosnąć. Na oczach widzów zmywa z siebie zaznane traumy, całkowicie oddając się powierzonemu projektowi. Przyświeca mu jasno określony cel – wzniesienie murów, które przechodzą najbardziej wizjonerskie oczekiwania, nawet swoje własne. Dąży do niego z uporem, często okraszonym agresją, autodestrukcją i niezgodą na narzucane mu reguły. Transformacja odbywa się dwupoziomowo – nie tylko ze strony przybyłych. Wysunięta pomocna ręka lokalnej elity zaczyna podgryzać i drapać w skryte głęboko świerzbiące miejsca. Wcześniejszy, wydawałoby się, altruizm maskuje pyszne panoszenie się w pozycji przewagi. Zauważamy pierwszą wiązkę, która spaja obie grupy – to gorzko zobrazowane ludzkie słabości. A te dotykają każdego, niezależnie od maski, którą o poranku zakłada na twarz, aby zmierzyć się z rzeczywistością.
Z wyraźnie rysującym się węgierskim akcentem bohater w przypływie emocji mówi dawno wyczuwalny w sercu komunikat – they do not want us here. Małżeństwo staje przed obliczem wykluczenia i zależności, które jest im serwowane między wierszami. Asymilacja staje się ułudą skrytą za półuśmiechami i prowokującymi dyskomfort gestami. Obserwujemy to w wymownym bólu w oczach Adriena Brody’ego, który na zmianę wznieca się i gaśnie niczym szlifowany beton. Poczucie obcości podkręca surowość Bauhausowych środków wyrazu oraz materac położony na zimnej posadzce. To imigranckie łoże, nigdy własne, w którym szeptana jest bolesna prawda.
Brutalna szkatułka życia
The Brutalist to głęboko splątana układanka, którą rządzi dualizm. Europejski i amerykański. Tutejszy i obcy. Teatralny i hołdujący dziedzictwo kina. Sacrum i profanum. Ostatnie minuty filmu brutalnie oddalają nas od przed chwilą tak bliskich nam historii. Klasyczna muzyka filmowa zostaje zastąpiona rytmem disco lat 80. Jesteśmy znów w Europie, a z intymnych przeżyć zostaje nam tylko szkatułkowy obraz życia przełomowego architekta László Totha, którego powstały na emigracji projekt stał się jednym z największych dzieł nie tylko osobistych, ale i kompletnej sztuki, jaką jest architektura. Na podobieństwo pamięci o tym filmie.
𝖳𝖤𝖷𝖳 BY ME | 𝖯𝖧𝖮𝖳𝖮𝖲 VIA KINOTEKA & THE NEW YORKER
Zapiski ze Szkocji | 26-27.04.2024
Poranek rozbłysł kwiatami w żółto-pomarańczowych kolorach. Głęboki wdech, silnie orzeźwiający zapach jałowca przedostaje się nozdrzy. Przed nami przestrzeń – błękitne niebo upstrzone szarymi chmurami okala most Queensferry. Mijamy przystrzyżone do milimetra ogródki przy murowanych domach przyozdobionych w zamkowe krużganki. Szkocjo, porwałaś moje serce.
𝖳𝖤𝖷𝖳 & 𝖯𝖧𝖮𝖳𝖮𝖲 𝖡𝖸 𝖬𝖤
PHOTO 𝖡𝖸 𝖬𝖤
BAISE LA POLICE
Jak współtworzy się współczesną scenę hardcore? Terror Heaven w zderzeniu z historią
Od pierwszych samowystarczalnych dźwięków skomponowanych przez Johna Cage!a minęło ponad 80 lat. W tym czasie rozwój muzyki elektronicznej podążył w najśmielsze kierunki, stwarzając pole dla nowych inspiracji, przeżyć i subkultur. Jak toczy się historia sceny hardcore? Terror Heaven dostarcza momentów, aby przekonać się o tym na własnej skórze.
Lata 90. – czas narodzin
Popkulturę ostatniej dekady ubiegłego wieku w Polsce śmiało można określić jako rewolucyjną. Wznosząca się fala z Zachodu obrodziła w zamiłowanie do grunge'u, niekończących się sitcomach oraz kasetach video.
To również czas eksploracji w obrębie gatunków muzycznych, kreatywności i poszukiwania nowych form wyrazu. Podczas gdy na polskich listach przebojów królowało Guns N'Roses, holenderska scena podziemia wrzała od narastających BPM. Z dobrze znanego już w amerykańskim Detroit w latach 80. gatunku techno wyodrębnił się świeży i zdecydowanie cięższy gatunek.
Kolebka hardcore'u
Wysmakowany w szybszym rytmie i intensywnym uderzeniu hardcore szybko opanował eksperymentalną scenę w Belgii, a następnie Holandii. W 1990 roku przyszłej społeczności Mescalinum United przedstawia utwór We Have Arrived. Zaledwie 2 lata później Holendrzy usłyszą po raz pierwszy Rotterdam Termination Source autorstwa Poing.
180 uderzeń na minutę. Fuzja surowego, industrialnego klimatu i komputerowo napędzanych prędkości. Oto narodził się hardcore.
Równolegle intensyfikujący się gatunek w Wielkiej Brytanii czy Niemczech wybrzmiewał w dusznych przestrzeniach klubów wypełnionych ludźmi o spragnionych szybkości sercach. Kultywowany był przez takich twórców, jak DJ Paul Elstak, Dark Raver czy należąca do BSE DJ Team Lisy Eliaz – „królowa terroru”. Pod koniec dekady uległ on komercjalizacji i spowolnił tempo, oddając głos soczyście mocnym kickom. Wyodrębnił się skoczny, przesterowany w brzmieniu gabber.
Gabber stał się mekką dla młodych i wychylił nad powierzchnię podziemia. Popędliwie rosnące zamiłowanie wśród publiczności musiało doprowadzić do erupcji. Gatunek zaczął przyciągać ludzi określanych jako fanatyków piłki nożnej, nierzadko niebezpiecznych i stojących na granicy prawa. Redaktorzy ówczesnej pracy publikowali sensacje z gabberem w roli głównej, w których zaczytywało się społeczeństwo i kreowało nieprzychylną opinię wokół subkultury. Przejście do mainstreamu jednocześnie wiązało się z utratą różnorodności, tak cenionej i kultywowanej wcześniej. Od sceny wymagało to zrobienia kroku wstecz. Po to, aby dzisiaj ponownie wrócić.
Gabberowy czarodziej
W 1992 roku jedno z niepozornych lodowisk w Holandii stało się pamiętnym miejscem dla zyskującej uznanie sceny hardcore. Irfan van Ewijk, Duncan Stutterheim i Theo Lelie tworzą koncept mianowany Thunderdome. Skupiający w sobie najcięższe odmiany muzyki elektronicznej pojawił się pod postacią ikonicznego już czarodzieja.
Początkowo kameralne imprezy zaczęły nabierać na znaczeniu w hardcore’owym środowisku. Z każdym kolejnym wydarzeniem kolejki do wejścia wydłużały się, a ilość stałych bywalców zwiększała się. Thunderdome z niszowej imprezy stał się festiwalem. Jego popularność to rezultat zaangażowanej aktywności DJ-ów i producentów, którzy przyczynili się do wydania aż 25 albumów. Do dziś w internecie użytkownicy wymieniają się słynnym wideo prezentującym uczestników Thunderdome – nieustępliwych w energii, z ciemnymi okularami na twarzy i gumą do żucia w ustach.
Dzisiaj Thunderdome śmiało można określić jako największą w historii imprezę hardcore. Zapoczątkowany przez przyjaciół dzielących zainteresowanie do szybszych beatów kolektyw wzniósł istniejącą już kulturę rave na wyższy poziom. Thunderdome okazał się początkiem kariery dla wielu DJ-ów, a wyprodukowane pod coraz częściej omawianym kolektywem płyty CD pozwoliły upowszechnić gatunek na cztery strony świata. A przede wszystkim stał się źródłem kuszącej dzisiaj wielu społeczności gabber.
2012 rok odbił się szerokim echem – ogłoszono oficjalne zakończenie cyklu imprez hardcore. Musiało minąć całe ćwierćwiecze, aby ojcowie kolektywu złożyli spektakularnie obiecującą wiadomość powietrzną: „25 lat Thunderdome – do zobaczenia w 2017 roku!”.
Emblemat: ortalion
Wielki powrót okazał się prawdziwą gwiazdką z nieba i przyciągnął równie pokaźne liczby. Na symboliczną rocznicę przybyło ponad 40 tysięcy ludzi z ponad 50 krajów. Wśród nich zajawieni nostalgiczną sceną lat 90. młodzi, jak i Ci noszący tatuaż czarodzieja na znaczonej latami skórze. Nie ma w tym dzieła przypadku.
Kolektyw Thunderdome od początku istnienia sukcesywnie zbierał wokół siebie coraz więcej, a – przede wszystkim – coraz silniej oddanych ludzi. Wkręceni tak intensywnie jak uwielbiana muzyka. Na początku lat 90. DJ K.C. the Funkaholic określił publiczność, a ściślej mówiąc, kumpli ześwirowanych na punkcie muzyki – gabberami.
Tak powstała kultura gabber. Szeleszczące w chodzie komplety z ortalionu, wygolone ze spodu włosy i charakterystyczny styl tańca – hakken. To znaki rozpoznawcze gabberów, jak i prowadzonego stylu życia. Otwarci na indywidualizm zbierali i nadal zbierają się po to, aby wyrażać siebie i dawać upust energii w tanecznej improwizacji przy rytmach, takich klasyków jak It!s Delicious od 3 Steps Ahead.
Terror Heaven w erze post-techno
Dzisiaj imprezy rave przeżywają swój renesans. Scena techno ożywa pod lawiną nowych twórców i miejsc. Wraz z tym powróciły mocniejsze hardcore oraz gabber, na nowo tworząc kulturę tęsknie nawiązującą do czasów jej świetności – lat 90. Zajawkowicze przemierzają second handy w poszukiwaniu odblaskowych dresów oraz udowadniają, że to zjawisko nadal żyje i ma się dobrze.
Coraz to nowsze kolektywy próbują swoich sił na polskiej scenie muzycznej. Wśród nich w siłę rosną te, które zajęły swoje miejsce w propagowaniu ciężkiego, szybkiego brzmienia. Jednym z nich jest krakowskie Terror Heaven.
Od projektu jednorazowej imprezy w Tarnowie do godnego reprezentanta hardcore z Małopolski. Idea zapoczątkowana przez Maćka Gurgula w czasie zebrała kolejnych współautorów: Bartka Papieża, Mateusza Liśkiewicza i Michała Kolata. Chęć wykreowa- nia miejsca pełnego wolności, zajawka mocnym uderzeniem i industrialnym klimatem, a także czerpanie z inspirującej historii gatunków wyznaczyły dzisiejszy kształt kolektywu.
Po przekroczeniu bramek silnie wyczuwalna jest gabberowa atmosfera. Wśród tłumu widoczne są wygolone głowy czy przewieszone przez szyje szaliki sygnowane Terror Heaven, niektóre z nich pochodzące nawet sprzed 5 lat – czasów pierwszych imprez. To również tatuaże z logotypem kolektywu, co było i, okazuje się, nadal jest praktyką społeczności skupionych wokół hardcore!owych gatunków.
Uhonorowaniem historii hardcore są DJ sety legendarnych dla sceny nazwisk, jak Ruff- neck, Furyan czy Cryogenic. Coroczny Hakken Contest, organizowany w ramach urodzin kolektywu, motywuje przybyłych do praktyki swoich tanecznych improwizacji. Zwycięzcę wybiera publiczność, a za największe owacje otrzymuje wyjazd na Thunderdome.
Terror Heaven kolejne urodziny – już 5. – świętuje 29 września. I to, jak przystało na kolektyw związany z hardcore, mocno. Booking wieczoru to jedna z najważniejszych postaci współtworzących legendarne Thunderdome – Drokz. Pojawią się również stoły tatuatorskie, na których chętnych przyjmować będą Angelika Siejka z Grzechy Tattoo oraz Trapyn Ink. Nie zabraknie również merchu będącego stałym już elementem społeczności oraz Hakken Contest – urodzinowy crème de la crème. Równe 5 lat istnienia to stale rosnąca społeczność, powstałe przyjaźnie oraz przede wszystkim muzyka, którą Terror Heaven planuje z tej okazji utrwalić. Jedno jest pewne: Terror Heaven porusza, i to nie tylko serca.
𝖳𝖤𝖷𝖳 𝖡𝖸 𝖬𝖤 | 𝖯𝖧𝖮𝖳𝖮𝖲 𝖵𝖨𝖠 𝖳𝖤𝖱𝖱𝖮𝖱 𝖧𝖤𝖠𝖵𝖤𝖭 | 𝖥𝖮𝖱 𝖳𝖤𝖱𝖱𝖮𝖱 𝖧𝖤𝖠𝖵𝖤𝖭 & 𝖮𝖥𝖥 𝖱𝖠𝖣𝖨𝖮 𝖪𝖱𝖠𝖪Ó𝖶

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Rosewood Case Sofa by Milo Baughman (1968)
the cracking taste of ocean under the tongue ⋅ the juicy scent of greenery ⋅ the quiet click of wood
feel the composition of the senses at @enhotel.zakopane
ᴛᴇxᴛ ʙʏ ᴍᴇ | ᴘʜᴏᴛᴏꜱ ʙʏ @ᴍᴀᴊᴀʙᴜʟᴋᴏᴡꜱᴋᴀꜰᴏᴛᴏɢʀᴀꜰɪᴀ