Odkąd przestaliśmy rozmawiać uczęszczam regularnie na terapie raz w tygodniu. Potrzebowałem pomocy, ale przede wszystkim obiektywnego spojrzenia na to wszystko z boku. Rozmawiam z moją terapeutką o wszystkim, niczego nie ukrywam i bardzo się otworzyłem. Zaufałem jej i czuje się bezpiecznie. Jestem zadowolony. Bardzo dużo wynoszę z tych spotkań. Dochodzę do pewnych wniosków, za każdym razem uświadamiam sobie coś nowego. Zdecydowałem się na tą terapie przez to rozstanie, które źle na mnie wpłynęło. Zrozumiałem, że mam prawo być zły, zrozumiałem, że moje potrzeby (nie oczekiwania), nie zostały zaspokojone. Zrozumiałem, że wyniosłem z innych relacji, nie tylko tych o charakterze romantycznym, że boje się odrzucenia, po tym, co mnie spotkało wcześniej i zachowuje się zapobiegawczo. Generalnie zrozumiałem, że bardzo się różniliśmy i nie ma w tym niczego złego. Mówiłem Ci wielokrotnie, że nie bierzesz na poważnie tego, co chce Ci przekazać, ale to wynikało chyba z tych różnic, inaczej postrzegałeś to wszystko. Mam w sobie dużo żalu i złości, ale nawet nie o to, że rozstałeś się ze mną w taki sposób, tylko o coś, co wydarzyło się wcześniej i nie jest powodem rozstania. Na ostatnim spotkaniu wróciłem do tego, co wydarzyło się na openerze i wydaje mi się, że nie zrozumiałeś, co przeżyłem. Mówiłem Ci o tym. Mówiłem Ci o tym, przed openerem, w trakcie. Chcę abyś wiedział, że czułem się strasznie źle. Boli mnie to, bo starałeś się zignorować moje cierpienie. Czuje, że wygodniej było Ci tego nie zauważać. Pojechałem tam dobrze się bawić i byłem w towrzystwie osób, które chyba mnie lubią, ale czułem się samotny, bo choć byłeś Ty, to tak jakby Cie nie było. Bardzo się staralem dopasować. Przeżywałem to okropnie i nie wiedziałem jak powinienem się zachować, bo czułem się sam. Czy byłem na balkonie, czy później leżałem odtrętwiały w łóżku. Wtedy tam u pokoju u dziewczyn czułem się najgorzej. Nie wiem czy kiedykolwiek czułem się gorzej. Nie mogłem fizycznie funkcjonować, widziałeś to. Samo rozstanie nie zabolało mnie tak, jak to co wydarzyło się na openerze. Nigdy poźniej nie czułem się bezpiecznie ani zrozumiany. Prosiłeś mnie kiedyś abym Ciebie nie skreślał i nie skreśliłem Ciebie. Zawalczyłem o to wszystko i odstawiłem swoje potrzeby na bok. Chciałem to naprawić, niezależnie od tego, czy mam racje i jak się czuje. Przyjechali moi przyjaciele z Krakowa i zobaczyli mnie w najgorszym stanie w jakim mogli. Dzisiaj to do mnie wróciło. Wszystkie te emocje. Złość, smutek, wstyd, bezsilność. Byłem wtedy sobą zażenowany. W mojej głowie już pogodziłem się z tym, że to koniec, bo wiem, że z mojej strony nie mógłbym pójść dalej i zignorować, co się stało. Później przyjechałeś i dałem z SIEBIE wszystko. Byłem taki, jak kiedyś, ale Ty już nie byłeś taki sam. Bo po tym wszystkim jeszcze miałeś do mnie pretensje, że nie potrafię się zachować tak jak należy. Próbowałem, podałem rękę i zamieniłem dwa słowa. Uciekłem, bo nie dałem rady. Nie poszedłeś za mną. Czy mogę mieć o to pretensje? Nie. Czy zrobiłbym to samo na Twoim miejscu? Nie. Byłem tam sam, dla Ciebie. Ustaliliśmy, że nie będziesz się z nim umawiał. Zrobiłeś to zapominając, co wydarzyło się chwile wcześniej. Przeraża mnie ten brak empatii wobec najbliżej osoby. Nigdy nie spytałeś się mnie, co robiłem, kiedy Wy spaliście każdego dnia na openerze, gdzie wtedy byłem? Jak wróciłem do Węgorzewa? Rozumiem, że to wszystko jest przeszłością, która wydarzyła się przede mną. Niestety, nie mam na to żadnego argumentu. To nie jest przeszłość, jeśli się umawiacie? Tak, jak mówie, nie mam na to argumentów. To nawet nie jest brak zaufania. Boli mnie, że on jest dla Ciebie był ważniejszy niż ja. Boli mnie, że dla Ciebie zdecydowałem się brać leki i chciałem iść na terapie (dopiero teraz mogę sobie na to pozwolić jak mam mniej wydatków związanych z wyjazdami do Ciebie). Starałem się dopasować na wszystkie sposoby, stawiałem Nas ponad siebie. Bezwarunkowo byłem dla Ciebie. Byłem lojalny. Stawiałem




















