Przed chwilą mnie tak tknęło, żeby wymyślić taki licznik. Zrobić takie urządzenie, które za pomocą wymyślnego API połączonego z LinkedIn-em i Facebookiem usunie wszystkich zliczonych i zablokuje im możliwość klikania łapek w górę i wpisywania czegokolwiek w formularze.
No i później zobaczyłem, że ktoś to już wymyślił i była to Pani Needa z HR-ów jakiejś tam firmy. W trzech liniach tekstu, nie żadnego kodu, w trzech linijkach tekstu była w stanie stworzyć licznik idiotów w sieci społecznościowej profesjonalistów.
To jest dobry sposób... ciekawe kiedy zobaczę to na Facebooku.
Nawet mi już nie do śmiechu.
Zło samo.
Zło.
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality✓ Free Actions
Free to watch • No registration required • HD streaming
W biznesie przyjęło się udzielać feedbacku. Zgodnie z najnowszymi trendami mówimy: “kołczowanie”, często w kontekście “kołczowania risorsa”. Prawda jest jednak taka, że wszystko to zaczęło się dawno dawno temu, za czasów Państwa Piastów. Wtedy to Lestek syn Siemowita opierdolił swojego syna Siemomysła, a ten w ramach rewanżu wcale się nie obraził, nie popędził też poskarżyć się do HR-ów, nie zadzwonił też do ludzi od etyki biznesu, tylko wziął się srogo z tej złości do roboty i tak oto narodziła się uzdrawiająca zjeba.
Zjeba, która niesie za sobą serię uzdrawiających działań, automagiczne usunięcie trudności, rozwiązanie problemów. Zjeba, która niczym krynicka szczawa wodorowęglanowo-wapniowa z dużą zawartością bezwodnika kwasu węglowego leczy schorzenia przewodu myślowego, niektóre choroby braku motywacji, anemie działań, krzywice charakterów, niedokrwistość planów oraz zatwardzenia w komunikacji.
W ciszy oczekuję na konkretne działania będące rezultatem uzdrawiającym.
Wstałem rano, podrapałem się po głowie, a ponieważ nie nawiedziła mnie żadna myśl, postanowiłem napisać komentarz. Komentarz do komentarzy, czyli taki meta-komentarz. Może nawet bardziej niż meta, ale w zasadzie do sedna, bo za własnym strumieniem świadomości to sam już nie nadążam.
Pomyśl człowieku drogi zanim rozepniesz rozporek braku intelektu i nalejesz na innych uryną swoich emocji. Emocje są dobre i potrzebne, dobry jest też mocz, nawet czasami leczy, ale przecież nie chodzisz w olanych spodniach.
Pomyśl człowieku drogi zanim ściągniesz spodnie braku zastanowienia się i nasrasz na innych tekstem spowodowanym chwilowo podniesionym ciśnieniem. Przecież nie chodzisz z kupą w majtkach.
Pozwój człowieku drogi się ludzim mylić, błądzić i zastanawiać.
Wychodząc kiedyś z osiedlowej stokrotki, czy innej koniczynki wpadłem na menela, albo on na mnie. Wpasliśmy na siebie. Oczywiście rozpoczęło się standardowe przekonywanie do własnej racji, sytuacji i niezrealizowanych potrzeb, którego preludium stanowiło sztandarowe już “Kierowniku!”.
Jako, że drobnych brak, bo zbliżeniowo, to powiedziałem Kierownikowi, że sorry, ale mogę dać mu kawałek kiełbasy ewentualnie, bo grill miał być. Myślałem oczywiście, że nie weźmie, ale on, że chętnie, bo Bestia lubi. Nie wiem dlaczego pomyślałem o jego żonie, więc urwałem spory kawałek i wyszedłem jakiś taki uśmiechnięty. Bestia jednak czekała z uśmiechem widocznym powyżej, a zdjęcie jej z notatką “Pies Menela” zaległo w telefonie aż do dzisiaj.
Do dzisiaj, bo dzisiaj sobie pomyślałem, że warto do tego psa Pana Kierownika wrócić, bo nawet w chwili porannego suszu i niemocy życiowej, w momencie poprzedzajcym jakiekolwiek wciągnięcie magicznej mikstury wprowadzającej go na kolejne poziomy kosmicznych prędkości pamiętał o Bestii swojej uśmiechniętej.
Jak ja nią zerkam, to ciągle się uśmiecham, bo mi się wydaje, że ona jest po prostu szczęśliwa.
PS. Panią Kierownika żonę, serdecznie za mą myśl przepraszam.
Jadę samochodem. Radio trzecie w kolejności powstawania mówi mi że Prezydent. W sensie, że stary out, nowy in. Zastanawiam się w korku do Kleparza - po co? Przecież już był, to niech będzie dalej. Po co ma mówić dzisiaj - Papa, a jutro - Akuku. Po co ta szopka?
Myślę, więc. Dalej jadę. W radio muzyka. Otwieram szybę i macham palcem w dół, żeby współstacz też otworzył swoją i pytam:
- Kto wygrał wybory prezydenckie?
- Telewizji nie masz? Duda!
- Dziękuję - powiedziałem cichutko, jakby sam do siebie i jakby dochodzący do przekonania, że mój nieogar rzeczywistości osiągną poziom milion, albo zero.
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality✓ Free Actions
Free to watch • No registration required • HD streaming
Weekendowa myśl autentyczna: Im organizacja większa tym bardziej chroni swoich klientów przed autentyczną kreatywnością zatrudnionych w niej twórców, wymyślaczy, projektantów i rozwiązywaczy problemów.
Jeśli ktoś stoi tuż obok kogoś kto akurat tworzy (np. muzykę) jesteś jedynie kilka milisekund od tworzenia i niemal natychmiast doceniasz kunszt, kreatywaność i przekaz doceniając również pomyłki i niedoskonałości, które potwierdzają autentyczność.
Im organizacja większa tym pomiędzy klientem, a osobą tworzącą coś, np. bliskie mi szkolenia (ale nie tylko) pojawia się szereg norm, regulacji, przetworników. Obraz docierający do końcowego klienta jest już tak przefiltrowany, że nie jest tym, co zostało stworzone.
Jeśli generalnie masz dzień, który nie jest najlepszy ani najgorszy, po prostu jest. Trochę Cię wkurza. Ale nie do końca. Ludzie jacyś tacy dziwni, podejrzanie mili, ale jakoś tak zerkają spode łbów. Jeśli pogoda sprawiła, że nie chciało Ci się wstać, zabrakło kawy, a herbata była tylko owocowa, mleko w kuchni tylko 0% (BTW czy to w ogóle jest mleko?), obiad niby fit ale smażony, lody na poprawę humoru niby ok, ale czekolada pokruszona i jakieś takie za zimne… Jeśli generalnie cała Twoja psychika kurczy się w przedwymiotnych konwulsjach to zrób tak.
NAJPIERW IDŹ DO DENTYSTY
On oczywiście powie Ci, że u nich to jest tak super, pachnąco i słodko, że wcale nie boli, że technologia poszła tak do przodu, że wwiercanie się w kość, drapanie po nerwach i wbijanie metalowych prętów nie boli.
(suspens pierwszy)
Kłamie chuj ewidentnie - technologia może i poszła do przodu, ale mój organizm jakoś kurwa nie nadążył i boli. I pół głowy krzyczy: Jebać technologię przeciwbólową!
PÓŹNIEJ IDŹ NA POCZTĘ
Oczywiście idź z bolącym ryjem, inaczej to nie ma najmniejszego sensu. Tam w przeciwieństwie do gabinetu dentystycznego nikt nie obiecuje, że ma technologię jakąkolwiek, nie wspominając już o takiej która sprawia, że obsługa klienta nie boli. Otóż boli i to wszystkich, po równo, bez wyjątku i bardziej niż ząb.
- Bez awizo nie wydam. - uparła się przy swoim i broni go jak lwica młodych. Dyskusję więc prowadzę stosując wszystkie zabiegi erystyczne, które odbijają się od szybki, aż do momentu kiedy... (znowu suspens)
...zmotywowana uzewnętrznionym mym wkurwem i pąsem świętego oburzu zapytała koleżanki obok, która to potwierdziła:
- Możesz przecież!
Wywalczyłem więc swoje. Dumny jak sam nie wiem kto, po nie wiem czym, ale dumny czekam na tę zdobycz jak na nowego Wiedźmina, a tu nagle jeb! Dojrzałem przez okienko pieczątke w górnym rogu koperty. Szydziło tam ze mnie logo ZUS.
Kurwa! Ja pierdolę! Walczyłem o list z ZUS-u.
DOSTAŃ LIST Z ZUS-U
Koniecznie taki, z którego nic nie wynika, ale musisz się stawić pomiedzy godziną 8:30, a 14:30 w miejscu, w którym nie ma jak zaparkować, w celu złożenia wyjaśnień w sprawie zalegania 3,42 zł wysłane listem za 2,60 w kopercie za 40gr.
W taki oto sposób, lżejszy o 170zł, z bolącym ryjem i listem pożaliłem się i wcale mi nie jest lepiej.
PS. Podobieństwo do osób zdarzeń i miejsc wcale nie jest przypadkowe, a pieczarki usmażone w bułce wcale nie są fit.
Jeśli chociaż raz uśmiech zagościł na Twej twarzy, to wisisz mi lajk na Facabooku. -> Wracaj tu i klikaj.
Content Marketing dla opornych, czyli jak zrobić z siebie debila na Facebooku?
Często zdarza się, że w towarzystwie znajomych wyjdziemy na “debila”. Dzięki tej poradzie dowiesz się, jak to zrobić 5x szybciej, z większym zasięgiem, naprawdę efektownie i przede wszystkim wyjść poza bezpieczną strefę znajomych. Zacznijmy jednak od tego, że ten artykuł będzie miał charakter szkoleniowy więc określmy cel: Po przeczytaniu tego tekstu będziesz potrafił/a zrobić z siebie debila w sposób epicki. Teraz określmy korzyści. Mówiąc prosto i po polsku: Co da Ci takie zachowanie? Przede wszystkim wyróżnisz się z tłumu, społeczeństwo na pewno Cię zauważy, a co za tym idzie – będziesz bardziej rozpoznawany.
Rozpoznawalność będziemy mierzyć we wzroście KLOUT-score, a więc debila będziemy robić z siebie online, a w szczególności via Facebook, aczkolwiek metoda może być ekstrapolowana na rzeczywistość za pomocą urządzeń drukujących. Problemem jest niestety to, że utrwalenie debilizmu grozi nabyciu tej cechy na stałe, a wtedy nawet habilitacja nie pomoże.
JAK TO ZROBIĆ?
KROK1:
Znajdujemy w internecie nie swoją treść, udajemy, że jest nasza i czekamy, aż inni ją zobaczą i klikną, że lubią chociaż tak faktycznie mają gdzieś.
Zrobiłeś to kiedyś? Niemożliwe!
No to jakby pół szkolenia masz z głowy. Szybko poszło. Jest jednak mały szczegół, nad którym musimy jeszcze popracować. Bo jak na razie nie zrobiłeś z siebie jeszcze debila. Na razie po prostu srasz ludziom na ścianę, a oni się z tego cieszą. Taki fenomen internetu, który w rzeczywistym świecie wywołuje niezadowolenie właściciela ściany i społecznego unsuba.
KROK 1 W WERSJI DEBIL:
Znajdujesz treść idiotyczną, oszołomską, nieprawdziwą, z kotkiem, z umierającym pieskiem, z niepełnosprawną świnką morską, głodującym dzieckiem, ewentualnie o tym, że ADHD nie istnieje (like a pro), kompletnie nie sprawdzasz tego, czy treść jest prawdziwa, w wersji extreme nawet nie czytasz o co chodzi, tylko Enter, Enter, Enter i partyzancka przyczaja na lajki.
Niestety krok 1 w wersji debil kończy się tym, że ktoś kto dopiero włączył Facebooka uświadomi Cię w długim komentarzu, w którym nie użyje słów obraźliwych, że nie masz racji, a informacja, którą podajesz jest nieprawdziwa. I co? Już czujesz się jak debil? Jeśli tak, to się przyzwyczajaj, bo to dopiero początek, jeśli nie to przejdź do kroku drugiego.
KROK 2 – UPOKORZENIE MAKSYMALNE:
Jeśli jeszcze mało Ci upokorzenia możesz próbować polemiki i obrony swojego stanowiska. Robi się to tak, że otwiera się artykuł i zaczyna go czytać, a następnie sprawdza na Wikipedii, czy ktoś o tym napisał. Jeśli tak się stało i jeszcze są pokrewne linki no to uber-debil murowany i można się już przygotować do tego, żeby się obrazić, usunąć konto i powiedzieć, że Facebook przestał być modny.
KROK 3 – KATASTROFA TOTALNA :
Trwanie w pozycji uber-debila nie ma sensu, ale znam takich, którzy się tym nie przejmują, bo przecież klout, a internet i tak zapomni. No więc, żeby w tej pozycji się utrzymać należy wciągnąć do dyskusji swoich znajomych w formie: Pacz co ten debil napisał, weź mnie broń. Spowoduje to zwiększenie ilości komentarzy, a przez to Twój debilizm zobaczy więcej osób. To się nazywa sława.
KROK 3 – KATASTROFA TOTALNA, A HAJS SIĘ ZGADZA:
jak wyżej, tylko zamiast zapraszania znajomych promujemy wpis. W końcu 20zł za zrobienie z siebie uber-debila w wersji pro to niewiele.
Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tego poradnika za zdrowy rozsądek i wskazanie mi właściwego miejsca w stadzie oraz o konieczności mówienia sobie i innym: “Sprawdzam!”.
Budzik standardowo zadzwonił o 6:30, bo przecież wstajesz do pracy, ale na szczęście możesz włączyć drzemkę, bo nie ma najmniejszego sensu wstawać tak wcześnie, przecież nie musisz brać prysznica, pracować, prasować, ani się ubierać, przecież pracujesz z domu.
Organizm wytrenowany w nieświadomym drzemkowaniu telefonu pozwala Ci więc pospać do 9:00, kiedy to w lekkiej panice zrywasz się z łóżka, z lekkim bólem głowy, ale spoko, spoko. Nie ma się gdzie spieszysz, przecież pracujesz z domu.
Wstajesz więc po swojego służbowego laptopa, łączysz się z WiFi sąsiada (w Krakowie tak się robi w ramach oszczędności), logujesz się do VPN-a i... włączasz telewizor, może akurat stało się coś ciekawego. Nie ma co przesadzać, na openspejsie też przecież zawsze jest szum. Po za tym możesz sobie pozwolić na trochę luksusu, przecież pracujesz z domu.
Nie wiadomo w jaki sposób i jakim magicznym trafem wskazówka na zegarku wędruje w kierunku 11-stki i zaczynasz odczuwać głód. Niestety zakładowy pan od kanapek nie zawita do mieszkania, więc wypada znaleźć coś w lodówce. Tam głównie rzeczy pleśniowe, lub pleśnią pokryte więc zadowolić się trzeba zeschniętą kromką z masłem orzechowym i rozpuszczalną bez mleka, ale co tam taka niedogodność, przecież pracujesz z domu.
Jakieś pół godziny później odzywa się telefon. Zrywasz się na równe nogi, żeby szybko udzielić najlepszej z możliwich odpowiedzi: Właśnie nad tym pracuję. Okazuje się, że to konkubent, współżyciowy mieszkaniec, albo inna przywra, która wie, że masz sporo wolnego czasu i postanawia Ci go zapełnić, praniem, wieszaniem, suszeniem, odbieraniem, przywożeniem, pójściem, obraniem, nastawieniem, zapytaniem, zadzwonieniem, wypełnieniem, zaproszeniem, odwiezieniem, napełnieniem, opróżnieniem i w ostateczności zapamiętaniem i spisaniem, przecież pracujesz z domu.
Mając alternatywę w postaci pracy i konkretne wyjaśnienie, że będąc w pracy wszystko to i tak by się nie stało siadasz do pracy. Następuje więc sprawdzenie maili i oznaczenie ich jako ważne, czyli takie mogące zaczekać do jutra. A tu nagle wskazówka koło 14-stki, ale stołówki zakładowej tutaj nie ma, dla jednej osoby też mało kto będzie miał ochotę coś przywieźć, suchy chleb się skończył, w lodówce to samo co wcześniej, więc wypadałoby wyjść, ale jakoś tak nie wypada, przecież pracujesz z domu.
Hiperzmotywowany alternatywnymi zadaniami, własnym głodem i tym, że już niewiele do zrobienia zostało bierzesz się za jakąś najprostszą pracę, którą da się zrobić w 2 godziny, bo przecież, w biurze zawsze marnuje się trochę czasu na to, żeby z kimś pogadać wypełniasz, tworzysz, komentujesz, akceptujesz, odrzucasz, klikasz i modlisz się, żeby wskazówka na zegarze poruszała się z tą samą prędkością co kiedyś. Niestety ona jakby uparcie w drugą stronę. Pewnie robi to specjalnie, przecież pracujesz z domu.
I wtedy dzieje się to, co stać się musiało. Dzwoni szef, albo szef szefa, który akurat przypadkiem spotkał się z Twoim klientem i natychmiast musi powiedzieć Ci coś niesamowicie ważnego i dzwoni do Ciebie za pomocą jakiegoś najnowszego oprogramowania, które średnio działa w ogóle, a przez WiFi sąsiada sparowane z cudownym wynalazkiem (VPN) w ratującym racjonalność egzystencji działu IT działa jeszcze gorzej. Za to wyposażone jest w niewyłączalny obraz video. Szybko więc zaklejasz kamerę gumą do żucia, która stała się substytutem pasty do zębów (przecież pracujesz z domu) i z wspaniałym uśmiechem witasz szefa w panice szukając ubrania, bo rzeczony oczywiście dopytuje o brak video, szarpiące audio i jakieś dziwne echo w tle, kiedy Ty akurat się czeszesz, przecież pracujesz z domu.
Tym sposobem docierasz zestresowany, niedomyty, niedoczesany, głodny i z poczuciem niespełnienia do godziny 17-stej, kiedy to w pośpiechu ścielisz łóżko, w którm zjadłeś suchy chleb, koniecznie obracając kołdrę na stronę, która nie prezentuje plamy z rozpuszczalnej, zbierasz opierdziel za nie załatwienie hiperwielkiej listy rzeczy od współżyciowego mieszkańca, ale awanturujesz się mocno, bo przecież pracujesz z domu.