Typ: Smutty trochę, ale jednak nie
Czas akcji: Kilka miesięcy po starciu z Ultronem
Opis: ,,Coś mówiłem? Bo zgubiłem wątek, gdy ktoś ze mnie zdarł marynarkę”
Ode mnie: na swoją obronę skończyłam to w tym roku
Pierdolona Pepper.
Zawsze każe mi łazić na spotkania, gale czy pokazy, które szczerze to boleśnie latają mi koło chuja. Ci ludzie na ślepo myślą, że ja naprawdę interesuję się tym, co się dzieje dookoła, a nie przyłażę tylko na szkocką i ewentualną laskę, która może skończyć bardzo dobrze, bo aż w łóżku Tony’ego Starka z jego penisem w sobie. Czyż to nie los godny księżniczki? Okej. Może trochę przesadziłem, a może nie, ale tak czy siak; nieważne. Ech, wróć. O czym ja mówiłem?
Sama Pepper już właściwie nie powinna się mną interesować, bo ma własną robotę; bycie prezesem Stark Industries jest chyba pracochłonną posadą, prawda. Nauczyłem się tego na własym przykładzie, mimo że większość roboty i tak wykonywała ona. To znaczy, Pepper przejmowała się ludźmi i firmą, gdy ja przejmowałem się jej ulepszaniem. I dalej to robi. To jakieś hobby? Układanie mojego życia? Jej jest przecież wystarczająco ciekawe.
Nie jesteśmy parą już… hm, trochę? Od pożegnania się z Ultronem minęły trzy miesiące, a zerwaliśmy kilka dni po incydencie w Nowym Jorku. Nie widzieliśmy przyszłości: właściwie to Pepper nie widziała. Miała dość zamartwiania się o mnie na każdym kroku i bycia moją niańką, płakanie po nocach i myślenie – wróci on czy nie? Przywiozą go żywego, w kawałkach albo w ogóle? Sama mi to mówiła. Dla mnie to nie byłby taki wielki problem.
Chciała się ode mnie odseparować, a dalej mi matkuje. Cholera, nie po to się zestarzałem, by teraz odzyskać matkę. Nie, źle dobrane słowa. Nie jestem stary. Tak naprawdę to jestem w odpowiednim wieku do robienia…
Rzeczy.
Wywracam oczami i zakładam okulary przeciwsłoneczne, gdy słyszę krzyki, które dochodzą zza bezpiecznej strefy mojej limuzyny. Przez przyciemnianą szybę dalej widać jasne kropeczki, które będą oślepiać każdego, kto stanie obok. Zrobią tysiące zdjęć, a wybiorą to najbardziej żenujące. Raz zrobili mi zdjęcie, gdy kicham. Dwa tygodnie strony plotkarskie nie mogły przeboleć tego, że to zrobiłem.
Chociaż mam własnego mema.
Patrzę na Pepper, która siedzi naprzeciwko mnie i nakłada czerwoną szminkę w małym lusterku. Jej torebka jest malusia, jak ona mieści tam tyle rzeczy? Przechylam głowę na bok i wydymam wargę, by zdobyć jej uwagę. Ona zaś tylko kręci głową.
– Nie zdobędziesz mnie na słodkie oczka, Tony – mówi pewnie, cmokając ustami do lusterka. Marszczę brwi.
– Dlaczego nie wypindrzyłaś się przed wyjazdem? – Pepper patrzy na mnie i chowa lusterko do torebki.
– Pewien dorosły dzieciak musiał dojechać na imprezę kilka minut po tym, jak skończyłam pracę. Więc, tak, brak czasu, w odróżnieniu do niektórych.
– Ałć, serce boli. – Syknąłem, kładąc dłoń na lewej piersi. Pepper się śmieje.
– Pieprznij się w ten reaktor łukowy.
– Nie mam go już dawno, hehe. – Ej. Oświeciło mnie. – Chwila-czy ty, Pepper-i mpreza? Dobrze słyszałem? – pytam się, a ona macha na mnie ręką. Taka dorosła, a macha na mnie ręką. No. Jak bachor jakiś.
Prycham, gdy limuzyna się zatrzymuje, a ochroniarz (nie Happy. Dlaczego?), a może nawet dwa, idzie nam otworzyć, by te głupie, skrzeczące kurczaki nie dostały się do środka. Otwierają mi drzwi, poprawiam okulary i wysiadam, a zaraz potem otrzepuję się z niewidzialnego kurzu na marynarce i ją zapinam. Słyszę krzyk kobiety. Zdążyłem na razie zapiąć tylko marynarkę, spokojnie.
Nie podoba mi się to wszystko. Dużo tu ludzi, jak zwykle. Bardzo często miałem takiego typu zdarzenia, bo to była (i dalej jest) część mojej pracy, ale kiedyś nie przywiązywałem do tego takiej wagi. Kochałem uwagę wokół siebie, tabloidy, które czyhały na więcej, a ja im więcej dawałem. Nie, nie, hieny. Ten czas przeminął. Zżarliście padlinę. Idźcie terroryzować kogoś innego. Teraz mogę dostać świra, jeśli tylko widzę flesz, słyszę o plotkach.
Nasze mózgi są jak gąbka. Pochłaniają masę niepotrzebnych informacji, jak kolejna gwiazda w ciąży, sposób na zrobienie majtek z patyków i dwóch liści, ten zajebiście przystojny aktor grający w nowym filmie, załamanie nerwowe pewnego celebryty. Wszystko płynie, wszystko znika, wszystko schnie. Potem jak z automatu lecimy po inne informacje. Bóg wie, po co potrzebne. I już samo idzie. Myślimy o wszystkim za dużo, bo nie mamy co robić. Przejmujemy się opinią innych ludzi, boimy się, co o nas pomyślą, bo nie mamy innych niepotrzebnych informacji. Po co śmiecić sobie głowy?
Odwracam się z uśmiechem w stronę Pepper i podaję jej dłoń, by mogła wysiąść. Wlepiam sztuczny uśmiech na twarz i widzę, że ona też (żeby to tylko wiedzieli), machamy do papparazzich. Wolę być sztuczny, niż psuć jej reputację. Potem mówię przez zaciśnięte zęby, by nikt się nie domyślił.
– Co za impreza? – mówię po cichu, dalej się uśmiechając. Kiwam do blondynki kilka rzędów dalej, a ta odwraca się do swoich koleżanek i zaczyna skakać i piszczeć. Bang.
Pepper chowa głowę w zagłębieniu mojej szyi i szepcze mi cicho do ucha, gdy oplatam ją w talii.
– Ten stary z brodą przy wejściu, nazywa się Edward, szęśćdziesiątka – szepcze Pepper. Ale zostawia mnie, macha do ludzi i idzie dalej, kręcąc biodrami. Wszystko rób sam.
Wzdycham i kręcę głową. Nie widziałem na oczy tego człowieka, to znaczy, pewnie widziałem. Nie mam pamięci do twarzy. Będę musiał jakoś wybrnąć i przepchnąć się na salę. Życie milionera, ale zabawa…
***
W sumie nie jest tak źle. Facet podszedł do mnie, poklepał mnie po plecach, jakbyśmy się znali latami, więc zrobiłem to samo. Pożartowałem z nim o tych pół-rozebranych laskach w rogach pokoju, a potem poszedł do reszty gości. Striptizerki na szęśćdziesiątkę, czemu nie? Nie wiem nic o jego życiu prywatnym, także nie wiem, czy ma żonę. Ale pewnie nie. Jest nudny. Jak na pierwszą rozmowę.
Rozglądam się po sali, chcę znaleźć bar, a może nawet znajomą twarz. To nie jest takie proste, zważając na to, ile tu jest ludzi. Widzę tutaj osoby, które kiedyś przewinęły mi się przed oczami, ale raczej z nimi nie rozmawiałem. I w sumie nie mam zamiaru. Za to te trzy brunetki, które piją drinka przez słomkę kilkanaście metrów dalej i się na mnie patrzą… hehe.
Uśmiecham się pod nosem i idę przed siebie, widząc dużo osób w jednym miejscu. No, tak. Bar. Jest kilka wolnych miejsc przy rogu; nie tracę ani chwili, bo na takich imprezach mogą liczyć się sekundy. Ludzi nie obchodzi, że to było twoje miejsce ani że to był twój drink. Lepiej wszystko pilnować, bo nigdy nie wiadomo, z kim możesz wyjść.
Obracam w moją stronę krzesełko i siadam na nim, a barman znikąd wyrasta obok mnie. Refleks. I może to, że stoi ich tutaj z dziesięciu. Ma na oko z dziewiętnaście lat, jasne włosy, trądzik. Na czole ma wypisane „zarabiam na czynsz, mieszkam z zajebanymi mułem współlokatorami i potrzebuję pomocy”.
– Coś poda-
– Co studiujesz? – pytam się go i kładę łokcie na stole. Chłopak jest przez chwilę w szoku, mruga trochę i kręci głową.
– Biotechnologię? – odpowiada niepewnie, a ja wywracam oczami. Co się ludzie tacy nieśmiali zrobili?
– Mnie się pytasz? – Chłopak kręci głową i spuszcza wzrok. – Zieloną?
– Fioletową. – Marszczę brwi. Niespodzianka.
– Wyglądasz na zieloną.
Chłopak wzrusza ramionami i wyciąga spod baru czerwony ręcznik, którym przeciera na dole blat. Obserwuję go, bo nie mam nic innego do roboty, póki nie znajdę sobie towarzystwa. To tak z maksimum dziesięć minut. Chłopak ma chudziutkie rączki, koszulę w kratę, a jej rękawy podwinięte do łokci; więc widzę jego przedramiona z jasnymi włoskami. Przypomina mi kogoś, ale nic nie mówię, tylko staram się podtrzymać rozmowę; nic innego nie mam do roboty.
– Znasz mniej więcej gości? – pytam się go, mam trochę nadziei. Nie mam dużo przyjaciół, bo właściwie nikogo, ale może zna kogoś, kogo ja znam i mógłbym się zakolegować. To nie takie trudne w moim przypadku.
Skromniś.
– To znaczy? – odpowiada, zarzucając ręcznik na ramię. – Kobiety, mężczyźni, mieszań-
– Coś co oddycha – przerywam mu, znużony jego gadaniem.
– Bezdomny pies przed salą.
– Śmieszne, tak, bardzo, śmieję się, widzisz? – mówię, ale gdy chcę zacząć kolejne zdanie; ktoś uderza mnie dłonią w plecy i dosiada się obok.
Widząc te rude kłaki mam ochotę zatańczyć makarenę.
– Czego tu szukasz, Stark? – pyta się Natasha, a potem kiwa na kelnera. – Dwie szkockie, Trevor.
– Znasz Studenta? – pytam się, a ona wywraca oczami, jakbym był głupi.
– Ma plakietkę na koszulce. – Patrzę na jego prawą pierś, gdzie wskazuje Natasha i – rzeczywiście – plakietka. Jakby wyrosła nie wiadomo skąd.
Natasha nie jest złym towarzystwem, picie razem z nią to mistrzostwo, a ona sama ma poczucie humoru i lubię ją. I nie widziałem jej trzy miesiące. Tylko… zawsze raźniej w grupie, co nie? Skoro jest ona, to może i reszta naszych Avengers gdzieś tutaj krąży? Bo jeśli jest tutaj Steve to mam wielką ochotę go schlać i patrzeć, jak odbija się od ścian, śpiewając Modern Talking.
– I co się nie chwalisz imieniem, Trevor? – pytam się, a Student się uśmiecha pod nosem. Odwracam głowę z powrotem do Natashy. – Jest tu ktoś jeszcze?
– A co – mówi, biorąc szklankę od Trevora, tak jak ja – ja ci nie wystarczam?
– Nie no, do chlania to ruskie pierwsze – stwierdzam, gdy bierze łyk. Przechyla głowę na znak, że się zgadza. – Jest Clint?
– Wrócił do domu. – Unoszę brew.
– A ty co? – Kręcę głową, gdy ta wzrusza ramionami. – Banner?
– Nie wiadomo co z nim. – Wzdycham.
– Rogers?
– Coś chciałeś? – pyta się znajomy głos za mną, a ja odwracam się na krzesełku i patrzę na niego, nie mogąc w to uwierzyć.
Cap w garniturze? To już apokalipsa czy następna epoka? Nie wygląda źle, bo wręcz zajebiście. Jego szerokie ramiona wyglądają na trochę zbyt ujarzmione w tych rękawach, opina się na nim tak mocno, że jestem w stanie zobaczyć każdy mięsień. Podoba mi się to. Tylko zastanawiam się, kiedy zdążył zapuścić tą brodę. Zupełnie inaczej. O niebo lepiej.
Wpatruję się za długo, Rogers zdąża już zająć miejsce obok mnie, gdy ktoś z niego złazi. A ja dalej wlepiam się w niego, jak nastolatka w nowy plakat XXL swojego ulubionego boysbandu. Poprawia spinki przy mankietach i krzywi się, gdy Trevor jemu też podaje szkocką, jakby nas przejrzał. Oczyszczam gardło i wracam do swojej szklanki, patrząc się na jej piękny, bursztynowy odcień.
– Masz zjebę, Romanoff. – Zwilżam usta.
– Bo? – mówi fałszywie oburzona, podnosząc głos jak te aktorki w filmach.
– Nikt mi nie mówił, że Steve wygląda przezajebiście. – Steve śmieje się po mojej prawej, a Romanoff uderza mnie w lewę ramię.
– Język, Stark! Jak mówisz?! – Śmieję się krótko, na co Steve jęczy z frustracją. Nie dawaliśmy mu z tym żyć i w sumie dalej nie dajemy, nasz dziadziuś musi się z nami użerać.
– Natasha, przysięgam. Jeszcze trochę i-
– I co, dasz jej klapsa? – wcinam mu się w słowo, bezuczuciowo pijąc swoją szkocką. No nie mogę się skupić, kątem oka zerkam na reakcję Rogersa, który krąży palcami po blacie. To tylko pretekst, nie sądziłem, że będę miał jakiś odruch, gdy go zobaczę.
Nie, nie wymiotny, jak mogłoby się zdawać po naszych pierwszych rozmowach. Nie potrafiliśmy współpracować, właściwie jeszcze podczas starcia z Ultronem nie mogliśmy się dogadać. Ale koniec końców; to mój idol z dzieciństwa, a my jesteśmy dorośli i nie będziemy się żreć o byle gówno. Pogodziliśmy się i nawet trochę za nim tęskniłem, ale nigdy nie myślałem w taki sposób, jaki myślę teraz.
Steve nie odpowiedział na moją uwagę, zamiast tego wziął pierwszy łyk ze swojej szklanki i trochę się skrzywił, odstawiając ją z powrotem na blacie tak, że kostki lodu niemal nie wypadły ze środka.
– To jest okropne – stwierdza. Prycham.
Chcę spojrzeć na Natashę, porzucać z nią kąśliwymi uwagami na temat Rogersa i jego poczynań, ale została po niej tylko pusta szklanka. Pierdolona ninja, kiedy ona zniknęła? Kilka sekund wcześniej tutaj siedziała!
– Gdzie ona jest? – Steve zerka mi przez ramię i też dostrzega, że jej nie ma. Unosi brew. Wiem, bo patrzę się na niego przez cały czas; potem wzrusza ramionami.
– Stark, nie gap się tak na mnie – mówi, ale mimo swojej wcześniejszej uwagi o smaku szkockiej; bierze kolejny łyk.
– Okropne, hm? – pytam.
– Nie takie złe. A teraz odwróć te oczy, bo się czuję niekomfortowo.
– Dlaczego tak się czujesz? – odpowiadam mu, odwracając się całkowicie w jego stronę na krzesełku. – Nie lubisz uwagi?
– Lubię, to-to znaczy nie, ale… nie patrz się.
Kolejne łyki, odstawia szklankę, a jakiś inny barman zjawia się i napełnia ją znowu. Jakby telepatia.Współpracują ze mną.
– Co się spinasz? A w łóżku? – Steve na mnie patrzy wyczekująco. – Jak się z laską grzmocisz. Ma oczy chować w poduszkę?
– To coś innego.
Patrzę się na niego jeszcze kilka sekund, a potem widzę to. Widzę to, co chciałem zobaczyć. Jasnoróżowy rumieniec, który układa się na lewym policzku i płynie przez cały nos, zatrzymując się na prawym policzku. Obserwując tylko jego lewy profil wcale nie narzekam. Podenerwuję go jeszcze trochę.
– W ogóle używasz łóżka do czegoś innego, niż spania? Nie, raczej nie. Kiedy był ostatni raz? Na wojnie?
I tu go mam. Steve odstawia agresywnie szklankę, odwraca się w moją stronę i kopiuje moją pozycję; kładzie łokieć na blacie i podpiera podbródek na dłoni, uśmiechając się. Mruży oczy. Ałć, sarkastyczny Rogers; tryb włączony. Rzadkie zjawisko, ale jak już się zdarza – nagrać, zrobić zdjęcia, do mediów. Niech świat usłyszy o następnym cudzie świata.
– Coś ty taki dociekliwy, Stark? – Wzruszam ramionami. – Mógłbyś być cicho?
– To mnie ucisz – mówię z lekkim uśmiechem, a Steve wywraca oczami. Kręci głową. Acha, to teraz będzie mnie olewał? Albo uda, że rozmowy nie było? – No i widzisz.
Steve patrzy na mnie ze zmarszczonym czołem, ale ja mu nie odpowiadam. Czuję jego oczy na sobie, czuję. Ale udaję, że mnie to nie rusza, wpatruję się w półki za barem i popijam szkocką w ciszy. Czekam na jego reakcję. Rzadko imprezuję z Capem, rzadko z nim w ogóle rozmawiam, a tutaj nagle mam ochotę go przer-
– Co widzę? – pyta się głupio, a ja wzruszam ramionami powoli. Wydyma wargi i marszczy nos. Dziecko.
– Nie potrafisz uciszyć – stwierdzam, chcąc pobawić się z nim trochę. Czemu nie? Co, brodą mnie zapierdoli? – Mówisz, a nie robisz, grozisz, a ustępujesz. Dominujący typ, ta.
Specjalnie tak wszystko przeciągam. Zdenerwowany Rogers to agresywny Rogers, agresywny Rogers to rzadki widok. Ale właśnie to się dzieje. Z zainteresowaniem i chęcią do odszyfrowania moich zamiarów mruży oczy i ściska usta, ale nie ma co liczyć na uwagę z mojej strony. Musi oglądać mój prawy profil i poczynania, jakie aktualnie ograniczają się do czekania na uzupełnienie szklanki. Znowu.
Patrzę na barmanów, którzy latają w tę i we wtę, dostrzegam w nich brunetkę, która swoje długie włosy ma upięte w kucyka. Dosyć intensywnie umalowana, z podkreślonymi oczami i białą bokserką (sztuczną karnacją), krząta się tam i nie może siebie odnaleźć. Rozgląda się zagubiona. Zauważa, że czekam, podbiega do mnie.
– Coś podać? – pyta słodko, opierając łokcie na blacie, a ja bez żadnych zahamowań nie patrzę w jej oczy, tylko w jej cycki. Nie jestem zbyt dyskretny.
– Poproszę te piękne piersi – odpowiadam jej, na co się śmieje krótko. – I jeśli mogłabyś, słońce, to dolać mi szkockiej.
Posyłam jej uśmiech, gdy robi to samo. Trochę niedbała, jeśli chodzi o swoje obowiązki, ale zapewne gdzie indziej robi wszystko tak, jak należy. Zwracam swój wzrok na Rogersa, który dalej się na mnie patrzy. Koleś, sory, ale wzrokiem mnie nie stopisz. A jeśli topisz, to chujowo, bo w końcu nie ja leżałem jako mrożonka siedemdziesiąt lat.
– Co? Wiem, niecodziennie można mnie spotkać i w ogóle, ale m-
– Czyli wątpisz w moją dominację – mówi, wkraczając mi w słowo. Swoje otwarte dotychczas usta, gotowe na dopowiedzenie dalszej części zdania, zamykam. Patrzę na niego.
– Nie uderzyłbyś muchy. Nawet, jeśli zesrałaby ci się na głowie. – Śmieje się. Takie śmieszne.
Z uśmiechem, który wciąż dzielnie trwa na jego ustach, przybliża się trochę do mnie. Stykamy się kolanami, kładzie swoją prawą rękę obok mojej i zaczyna się pochylać w moją stronę. Trochę gorąco, ale Stark, trzymaj fason, trzymaj fason. Jego wolna dłoń spoczywa na moim ramieniu, patrzę się na nią, a potem na niego i widzę, że dzielą nas milimetry, gdy skręca i zaczyna szeptać mi do ucha.
– Skoro we mnie wątpisz – zaczyna, tonem tak niskim i tak pociągającym, że chce mi się płakać, na myśl, w jakich sytuacjach mogę go słyszeć i jak – sprawdźmy to.
– Cap, al-jak? – pytam szeptem, jestem strasznie nieskupiony. Steve psuje mój cały rytm, moją harmonię, całując mnie obok ucha, a potem coraz niżej. Modlę się, by nie dotarł do szyi, bo…
Steve chichocze w moją szyję na jęk, który z siebie wydaję. Przechodzą mnie ciarki przez to ciepło.
Odkleja się ode mnie i patrzy w oczy, liżąc górną wargę. Czy ja śnię, to żarty, ukryta kamera? To nie jest Steve. Steve jest niewinny, rumieni się na słowo „seks”, byłby w stanie dać tylko buziaka, a wzdrygnąć z pogardą na francuski pocałunek. Drżącymi dłońmi rozpinać stanik dziewczyny, o ile by się taka znalazła. Szeptałby jej czułe słówka całą noc i słodził jej, póki ta by się nie zrzygała.
Gdzie tu miejsce na lubieżne oblizywanie ust, pocałunki w szyję w miejscach publicznych i to z osobą, która nie jest jego partnerem? Gdzie tu czas na droczenie się ze mną, flirtowanie, śmiałe gesty? Jestem sparaliżowany, szok uderzył mnie zbyt mocno, za dużo na jeden raz. Nie mogę się ruszyć, z półotwartymi ustami patrzę na Steve’a, który kręci głową i się uśmiecha.
– Nie sądziłem, że kiedykolwiek zobaczę Starka z rumieńcem na twarzy – mówi, nawet się na mnie nie patrząc.
Zaprzeczyłbym, ale to prawda. Nie kontroluję już tego, co się ze mną dzieje, chociaż mogę wyglądać inaczej. Nawet jeśli sytuacja wymyka się spod mojej dłoni to daję ludziom wrażenie, że dalej wiem, co robić i wszystko zaplanowałem. Na początku z Rogersem też tak było. Śmiałem się z jego rumieńca, miałem go w garści. Teraz nie potrafię powiedzieć słowa. A on się ze mnie śmieje. Chcę mu się odpłacić, ale czas nagle staje, w ustach mam sucho, a ręce mam jakby przylepione.
Wyciąga w moją stronę dłoń. Delikatnie, jakby bał się mojej reakcji, ale jego wyraz twarzy temu przeczy. Zanim zdążam zaprotestować – wplata palce w moje włosy i już nic nie wiem, nic nie potrafię. Gdy ludzie chcą dotykać moich włosów; uderzam ich w dłoń. Tłumaczę się czasochłonną pracą nad ich ułożeniem. To największe z kłamstw, bo tylko je delikatnie podnoszę do góry i to w kilka minut. Nie potrafię wytrzymać, gdy ktoś je dotyka. Tracę kontrolę, a przekazuję ją innym. Pepper o tym nie wiedziała, bo nigdy nie bawiła się moimi włosami.
Ale Steve się właśnie dowiedział. Pewnie na mnie patrzy i się śmieje z satysfakcją, ale ani tego nie widzę, ani nie słyszę. Walczę z moimi oczami, mówię powiekom, by dzielnie trwały otwarte, ale mnie nie słuchają. Chcę zamknąć usta, by nie wydać żadnego dźwięku, ale one są dalej uchylone. Narażam się. Rogers będzie mógł powiedzieć o tym każdemu, a ja źle się z tym czuję. Ja nie mam słabych punktów, a przynajmniej tak sobie mówię. Mam ich wiele. Największy z nich to moje włosy. Chcę być łysy w takich chwilach.
Steve delikatnie masuje moją głowę, plącząc czekoladowe kosmyki, które według mnie pachną nijak. Ile razy to się widzi w książkach, że włosy pachną jabłkami, wanilią, lawendą i innymi duperelami. A ja nie czuję się, jakbym w ogóle miał jakiś zapach, mimo perfum. Nic nie czuję. Za to u innych zawsze. Chcę poczuć, jak pachnie Steve. Ale nawet, jeśli chcę wykonać krok teraz – to moje próby, by się poruszyć, kończą się cichymi westchnieniami.
Jestem taką uległą cipą. Kto by pomyślał? Tony Stark, playboy, który rozpływa wzrokiem kobiety, w łóżku wita codziennie jakąś inną, nie ma panowania nad sobą i pozwala robić swojemu koledze z pracy, co tylko zechce, bo to mu się podoba. Hej. Ja też od czasu do czasu potrzebuję odmiany, co myślicie, że w łóżku to laska zawsze jest na górze? Błąd. To ja muszę się męczyć.
Steve drugą dłoń kładzie na moim udzie. Kurwa. Nigdy nie myślałem o Stevie w taki sposób, jaki myślę teraz. Nie byliśmy tak blisko, w ogóle nie mieliśmy innej relacji, niżeli ciągłe kłótnie i spory. Potem się poprawiło. Byliśmy znajomymi, którzy pracowali razem. A teraz? Czym my będziemy? Rozmawiamy razem rzadko, ale od zawsze chciałem się przyjaźnić ze słynnym Kapitanem Ameryką, moim idolem z dzieciństwa i człowiekiem, którego mój ojciec przekładał nade mną.
Mój mózg to wielka ciapcia i zlewki wszystkich myśli w jedno. To jak oddzielanie ręcznie wody, soku, coli i piwa od siebie po zmieszaniu. Bez sensu, bo za chwilę i tak będzie to samo, i tak nie zrobisz tego dokładnie.
Otrząsam się, gdy już nie czuję jego palców w swoich włosach. Moja głowa, opadająca, ale przytrzymywana przez jego dłoń, nagle wystrzela do góry i skanuje otoczenie. Dalej ci sami ludzie, dalej ci sami barmani, ale tym razem uzupełniona szkocka w mojej szklance. Ile ja tak siedziałem? Nie mam pojęcia. Patrzę na Rogersa, którego twarz… nie wiem. Nie wiem, jak mam to odbierać. Śmiech, zdziwienie?
– Avengers byliby zadowoleni, gdyby o tym wiedzieli – stwierdza po chwili. Podnoszę znów wzrok na niego.
– Nie waż się.
– Bo co? – pyta się drwiąco, palcem dźgając mnie w pierś. – Dasz mi klapsa?
Kręcę głową, bardziej do siebie. Czuję, że muszę odbudować zrujnowaną w kilka minut pewność siebie, więc się uśmiecham. Trochę zbijam go z tropu, ale muszę to naprawić. Nie ignoruję tego, w jaki sposób nazwał naszą grupę. Mimo tego, że trochę się rozpadliśmy i postanowiono nas zastąpić, to dalej jesteśmy tymi jedynymi Avengers – chociaż młodzi też radzą sobie odpowiednio.
– Wiele razy wykorzystywano moją broń przeciwko mnie – zaczynam. – Nigdy w taki sposób.
– Lubię być pierwszy – odpowiada, ale ten uśmieszek na jego twarzy wyraźnie zdradza drugie dno tej przepięknej sentencji.
– Co zrobiłeś z Capem? – pytam się ze zmarszczonym czołem. – Tym słodkim Capem, który kilka miesięc-
– Powtórz ostatnie słowa.
– Który kilka miesięcy?
– Właśnie – zwraca uwagę. – Kilka miesięcy temu. Dawno i nieprawda.
– Więc zmiany na pokładzie, Rogers? – Przygryza wargę.
– A jeszcze nie widać?
– Zależy jak na to patrzysz.
Moje gadulstwo czasami mnie zaskakuje. Słowotok, który leci z moich ust, a ja nie mam nad nimi panowania. Steve patrzy na mnie od góry do dołu, spotyka moje oczy i przechyla delikatnie głowę. Dalej jest strasznie blisko mnie, bo czuję jego oddech zmieszany z zapachem alkoholu. Nie wypił dużo, bo chyba ze szklankę? Jest trzeźwy, kontaktuje, wie, co się dzieje.
To dlaczego pochyla się ponownie niebezpiecznie blisko, ale tym razem już nie skręca? Poznaję jego usta z bliska. Po raz pierwszy. Nie są miękkie jak chmurka, szorstkie, bo spierzchnięte. Obecność starego Rogersa jest wyczuwalna w jego ruchach; niby odważne, ale jednak niepewne, trochę się trzęsie i ja to czuję, ale moje wszystkie rozmyślenia przygniatają jego usta robiąc z mojego mózgu coś w stylu: Chszhshschschs.
Przez kilka pierwszych sekund staram się odnaleźć ten rytm, bo Steve ma swój własny styl, idzie inną stroną i innym sposobem. Przechylamy głowę w swoje prawe strony, by chociaż nosy o siebie nie ocierały i w końcu się udaje. Jesteśmy jak maszyna (proszę się nie śmiać, porównywanie do maszyn to część mojej egzystencji); zsynchronizowani, zaprogramowani, by siebie uzupełniać.
Chcę go bliżej, jeśli to możliwe, więc dłonie usytuuję na tyle jego głowy, plączę na palce włosy, które były dłuższe i opadały na jego kark. Są takie miękkie, czym on je myje, szamponem dla niemowląt? Ale tu było rozczarowanie. Zamiast pozwolić mi być bliżej, on postanawia mnie odsunąć. Cofa głowę do tyłu, ściąga moje dłonie i kładzie sobie na piersi, ale nie pozwala mi trzymać swoich ust.
Unoszę na niego brew, wydymam wargi, przyzwyczajony do tego wspaniałego uczucia. To była dla mnie wieczność, chociaż na jawie pewnie tylko z minuta lub dwie. Zastanawiam się – co Steve stara się udowodnić wprowadzaniem mnie w błąd? To jakby dał mi powąchać ciastko, ale zabrał zaraz po tym, jak chciałbym je ugryźć. Czuję się oszukany.
Wstaje z krzesła. A co potem? Znów mnie pocałował? Beep, zła odpowiedź, zła odpowiedź. Czuję dziwne ukłucie w piersi. Chcę go zatrzymać. Stój, Steve, stój. Nie rób tak. Nie odwracaj się, nie odwr-, okej, odwróciłeś się, ale nie rób krok-, Steve, przysięgam… Przeszedł z kilka kroków, a ja patrzyłem jak odchodzi i nie mogłem się wysłowić. Gdy nagle stało się coś, co mną wstrząsnęło. Odwrócił się do mnie, wystawił dłoń w moją stronę.
– Idziesz czy się będziesz patrzyć? – pyta, a ja momentalnie połykam wszystkie organy, które wcześniej podeszły mi do gardła. Chwiejącym ruchem wstaję z krzesła, robię dwa kroki i ujmuję jego dłoń.
Daję mu siebie prowadzić. Patrzę na tył jego głowy. Jestem zafascynoway. Nie wiem, co zamierza zrobić – czy zaliczyć szybko w toalecie, czy zabrać mnie do domu, czy wystawić. Cap lubi mnie mylić, najwyraźniej. Ale wychodzimy na zewnątrz. Jest trochę chłodniej, ciemno, a wilgotne powietrze jest miłe, takie rześkie, stawiające na nogi. To wszystko przez późną godzinę, ale nie mam pojęcia, jaką. Straciłem rachubę.
Widzę na podjeździe kilka samochodów, ale również jeden, najbardziej wyróżniający się, bo pomarańczowe Audi. Moje, właściwie, oddałem je Natashy, by mogła szybko być na miejscu, jednak Cap wciska przycisk i otwiera samochód. Czyli jednak do domu, jak super. Wszędzie dobrze, ale w łóżku najlepiej.
Uśmiecha się do mnie krótko i idziemy do samochodu. Otwiera przede mną drzwi – dżentelmen, oczywiście. Pakuję się do środka, potem je zamyka. Uśmiecham się pod nosem. Zwykle to ja byłem tym, który otwierał drzwi, całował rączki, pozostawiał, gdy był najbardziej potrzebny. Jeśli Steve chce się bawić w grę o nazwie „Stark”, to ja się nie bawię, nie-e, w życiu. Nie chciałbym być potraktowany jak moje ostatnie zaliczenie.
Siada na miejsce kierowcy z westchnięciem, wkładając kluczyki do stacyjki. Tak w ogóle to tam obok jest przycisk, nie musisz targać kluczyków ze sobą, mówię sobie w podświadomości, ale nie otwieram ust. Jedynie wędruję wzrokiem od góry do dołu, skanując wszystko. Wszystko, co na jego twarzy, ciele, ubiorze, znam, ale muszę jeszcze trochę podziwiać. Steve jest zbyt… interesujący, by oderwać od niego wzrok i zostawić bez opieki.
Głośny silnik samochodu odzywa się, przez co kobieta z futrem kilka metrów obok podskakuje. Nazwałem go Młody Gniewny, bo samochód (ekhem, jeden z samochodów, mój ulubiony) ma na imię Stary Wkurwiony. Trochę równowagi. Banner też nim jeździ, chociaż rzadko, bo się boi. Co jest takie straszne? Zielony mi porysuje tapicerkę? Przecież go za to nie wykastruję.
– Zapnij się lepiej – mówi, sięgając po swoje pasy. Patrzę na niego jak na idiotę. – Wiesz, nie prowadzę samochodów zbyt często. Rzadko. W ogóle. A nie chcę dowieźć trupa.
– Dokąd dowieźć? – pytam, zapinając się. Rogers uśmiecha się do siebie, kręcąc głową. Odjeżdżamy spod zatłoczonego budynku. – Jedziesz mnie zapierdolić? Bo ten uśmiech-
– Spokojnie, nic ci nie zrobię. To znaczy, zrobię. Niejedno – odpowiada, a ja wstrzymuję oddech tak, by tego nie widział. Jebaniec.
Dopiero teraz zauważam, jak jedziemy. Jak szybko jedziemy. Steve z łatwością wymija każdy samochód, jakby nie było praw na drodze. Trąbi ktoś na niego, ale się tym nie przejmuje, jedzie dalej, o mało nie doprowadzając do utraty lusterka. Nie jesteśmy w środku miasta, bo na obrzeżach, ale… nie chcę świecić oczami przed policjantami, serio. Jedyne co teraz chcę-
– Wow, Rogers, możesz tr… – Zakręt tak ostry, że prawie wypadam z siedzenia. Przechyla mnie na lewą stronę, cudem udaje mi się zostać w miejscu, by na niego nie polecieć. – Okej, albo nie. Steve! Samoch… – Kolejny zakręt. – Nieważne. Dzieci!
Zatrzymujemy się z piskiem opon na pasach, gdzie wystraszone dzieci przebiegają przez ulicę. Krok od śmierci, też bym spierdalał. W ogóle skąd tu dzieci w nocy? Znów ruszamy, tym razem wolniej. Delikatnie skręcamy w uliczkę, stając pod kamienicą, która jest… urocza. Nie piękna, urocza. Ma swój czar w tych małych balkonikach, na których jest pełno kwiatów, na ścianach wzory jakby ze średniowiecza, drzwi toporne, na pewno skrzypią. Czuję się jak w filmie z lat osiemdziesiątych.
– Jesteśmy – rzuca Steve, wychodząc z samochodu. Powoli odpinam pas, dalej nie odklejając oczu od kamienicy, patrzę na nią i skanuję, co mogłoby być zrobione inaczej.
– Wiesz co? – mówię, wychodząc z samochodu przez drzwi, które otworzył mi Cap. – Tu dałoby się coś poprawić. Dajmy na to ta rynna-ile to ma lat? Przecież to w każdej chwili może spaść komuś na głowę, co jeśli coś ją kiedyś przeciąży – deszcz czy coś – i ty będziesz wych-
– Martwisz się? – pyta Steve, ciągnąc mnie za rękę po trzech schodkach.
Tak jak myślałem; pchnął drzwi wejściowe, a one zaskrzypiały tak głośno, że poszło echo na całą ulicę. Światło zapala się automatycznie z naszymi krokami, a ja się nie odzywam. Wydymam wargi, zastanawiam się nad odpowiedzią, ale gdzieś w tyle głowy. Moją myślą przewodnią teraz są te stare schody, na które on mnie prowadzi.
– Oczywiście, że się martwię – mówię, gdy stajemy na wycieraczce prawdopodobnie pod drzwiami do jego mieszkania, a on otwiera powoli drzwi, przekręcając kluczyk. – Nigdy nie wiadomo. Na misjach się martwię, ale to nie to samo. – Przechodzę przez próg i słyszę zamknięte drzwi, oglądam mieszkanie, mimo zgaszonego światła. – Wiesz, na ul-
Nie jest mi dane dokończyć. Nawet nie mam czasu na reakcję, moje plecy są dociśnięte do ściany. Usta zajęte jego ustami, a ręce bezwładne, póki nie kładę ich gdzieś w okolicach karku Rogersa. Jego dłonie są na moich biodrach, pewnie zaciśnięte, trzyma mnie jak najbliżej. To jest jednocześnie; a) cholernie na mnie działające, bo tak naprawdę chcę go blisko, b) niekomfortowe i bolesne, bo czując jak oboje mamy mały ucisk i jeszcze się o to ocieramy… no, niekoniecznie.
Mam zamknięte oczy, jedyne dźwięki tutaj to tylko ciche mlaśnięcia od czasu do czasu, ale gdy czuję, że zmienia położenie swoich dłoni… wiem, gdzie wędruje. Cieszy mnie to jak cholera, bo to znaczy, że jesteśmy coraz bliżej do łóżka. Osz, nie mogę się powstrzymać. Ściska moje pośladki, a ja nawet nie mogę zahamować tego jęku, który zatrzymuje się w jego ustach. Podnosi mnie do góry, oplatam nogi wokół jego talii i krzyżuje je za plecami, ściągając buty. Taki tam, ukryty talent.
Tak, idziemy. Nie czuję już pod plecami ściany ani jego ust na swoich. Musi się teraz skupić, nie chcę się wypierdolić w trakcie. Ja byłbym jego amortyzacją, a uwierzcie mi, nikt nie chce być materacem dla superbohatera po serum. Nie mam co robić z ustami, a chcę je zająć (hehe, już niedługo zajmiesz, Tony), więc chowam je w jego szyi i ssam kawałek jego skóry, ale to niezbyt mądry krok.
Moje plecy z impetem spotykają się ze ścianą, wprawdzie dalej trzyma mnie w górze, ale cały jego ciężar mam na sobie. Moja głowa też dostaje, przymykam oczy i wzdycham, a gdy je powoli otwieram, on na mnie patrzy, jakby mnie właśnie nie pierdolnął o ścianę.
– Wyczochrać cię za włosy? – pyta się. Jak już się dowiedział to spokoju nie da… Momentalnie przekręcam głowę w bok. Graj niewinnie, Stark, nic nie zrobiłeś.
– Hm? – pytam. – Mogłeś mnie zabić o tą ścianę. Co wtedy?
– Musiałbym ruchać trupa. – Mrużę oczy, ale się uśmiecham. (ruuuude) – Żartuję. – Całuje mnie przelotnie w usta. – Przeżyłeś o wiele gorsze, niż ta ściana.
Idziemy ponownie (to znaczy, on idzie, ja mam wyjebane), ale tym razem z finiszem na łóżku. Dalej w pełni ubrani. Steve w garniturze to mistrzostwo, ale założę się, że bez niego jeszcze lepiej. Tylko go oglądam, nie myślę teraz o zdejmowaniu swojego, bo jemu się wcale nie śpieszy. Ściąga marynarkę. Powoli odpina każdy guziczek koszuli, leniwie rzuca ją gdzieś w kąt. I to jest to. To, co chciałem zobaczyć. No, niekoniecznie wszystko, co chciałem zobaczyć, ale część. Chcę to dotknąć, moja dłoń jest gotowa to zrobić, ale wtedy Steve mnie w nią uderza.
– Ała – mówię, chowając ją za siebie. – Za co?
– Cierpliwość, kochany, cierpliwość. – Wywracam oczami. – Nie uczyli w szkółce?
– Cierpliwość – mruczę pod nosem, oglądając jego spodnie, które… no, nie ma ich, znikają.
Potem już go nie oglądam, zwracam uwagę tylko na pokój, oświetlany przez dużą lampę stojącą. Zapalił ją gdy wchodziliśmy, chyba. Szybki jest. Ja leżę na dwuosobwym łóżku z czarną, metalową ramą. Białe prześcieradło jest pode mną, czarno-niebieska pościel złożona w rogu. Łóżko jest ogromne, zajmuje je samotnie? To smutne. Nie jestem w stanie powiedzieć, jakiego koloru dokładnie jest ten pokój. Może kremowy, może morelowy, a może jasnoszary? Ciemne mebl-
Coś mówiłem? Bo zgubiłem wątek, gdy ktoś ze mnie zdarł marynarkę. Pod wpływem tej władczości, która go ogarnęła, zacząłem chwilowo zastanawiać się nad swoim losem i przed oczami przebiegły mi najróżniejsze obrazy, całe życie mignęło mi w sekundę. Żart. Pomyślałem, jak zajebiście będę mu obciągał już za jakiś czas, a jutro będzie mu wstyd przy wszystkich.
Pocałowałem go. Tak po prostu. Naszła mnie ochota. Zresztą, kogo by nie naszła? Super-żołnierz w tej chwili mnie rozbiera, a ja nie mam co zrobić z dłońmi, więc kładę je na jego biodrach. Palce Steve’a dotykają mojej piersi, a później czuję jego wielką dłoń – odsuwa mnie, by zająć miejsce na Tonym Starku. Łał, zaraz na nim usiądę i wcale nie mam wątpliwości.
Oj, cholera, będę żałował, pomyślałem, nie zatrzymując go.
Ode mnie: i kno y’all hate me but pisałam to 5 miesięcy