21.06.2026
A więc ile trwał mój nawrót motywacji? 2 dni? Ekstra XD
Ponownie pogrążyłam się w depresji i wstawałam z łóżka tylko do pracy. Równocześnie zbliżały się terminy kolejnych egzaminów i zaliczeń, a ja coraz bardziej popadałam w czarną rozpacz. Wróciły mi lęki, i to takie poważne.
Tydzień temu poszłam do ginekologa, bo okres spóźniał mi się już prawie miesiąc, a test wyszedł negatywny. Dowiedziałam się u niego, że mam dużą torbiel na jajniku i stąd brak miesiączki. Dostałam hormony na pobudzenie macicy do pracy, możliwe, że zadziałają również na zmniejszenie torbieli – mam nadzieję, bo inaczej będzie trzeba ją wyciąć.
Przez pierwsze dwa dni brania hormonów nic nie czułam, ale potem zaczęła się jazda bez trzymanki – stan podgorączkowy, okropne nudności, biegunki, osłabienie i straszne, straszne przygnębienie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak przeraźliwie smutna.
Po kilku dniach tych objawów zadzwoniłam do gina z pytaniem, czy tak powinno być XD a on że absolutnie nie i skoro tak reaguję na lek, to mam go nie brać. Spytałam w takim razie, co z tą torbielą, czy są jakieś inne tabletki na to? A on, że jedynie antykoncepcyjne. Tych brać nie chcę ze względu na niekończącą się listę skutków ubocznych, natomiast przemyślałam sprawę i stwierdziłam, że przemęczę się z tymi objawami, żeby dokończyć kurację tym lekiem z nadzieją, że torbiel się zmniejszy (zwłaszcza, że dostałam w końcu miesiączkę). Nie powiem, że jednym z głównych czynników stojących za tą decyzją był fakt, że przez stan podgorączkowy i mdłości nie miałam praktycznie apetytu – a nawet zjechałam 2 kg.
Teraz mdłości minęły, ale stan podgorączkowy nadal się utrzymuje, więc nadal mało jem. Jutro się zważę i napiszę, ile udało mi się zrzucić. Oczywiście jak zwykle w życiu, udało mi się prześlizgnąć xd trochę na cheatach, ale schudłam.
Upały są straszne, ale dzięki mojej podwyższonej temperaturze ciała nie odczuwam ich aż tak mocno, jak powinnam. Kolejny goal
Od dwóch dni natomiast odczuwam ogromny spokój, szczęście i ulgę. A to wszystko dlatego, że postanowiłam rzucić studia. Tzn. nie do końca, po prostu nie chcę kończyć magisterki na tym kierunku, na którym jestem teraz. Ci, co są tutaj ze mną dłużej pewnie pamiętają, że bardzo się w zeszłym roku starałam, cieszyłam ze studiów i odczuwałam ogromną satysfakcję ze studiowania. Co się więc stało? Studia magisterskie okazały się kompletnie inne, niż licencjackie. Tzn. zupełnie nie spełniły moich oczekiwań. Materiał to głównie to samo, co na licencjacie, tylko trochę rozszerzony, nudne, powtarzające się zajęcia, nowi ludzie, którzy sprawili, ze przestałam się tam czuć “jak u siebie”. Już po miesiącu czułam, ze mi się nie podoba, po kilku zaczęłam napominać rodzicom, ze “aa może zrobię magisterkę na innym kierunku”, ale bardzo się burzyli, gdy o tym wspominałam, namawiali, ze mam się przemęczyć, skoro tak mało mi zostało. Zresztą wszyscy mi to wokół mówili.
No ale te zaległości zaczęły mi narastać, w końcu przestałam praktycznie chodzić na zajęcia, odczuwałam totalny brak motywacji połączony z ciągłym stresem związanym z tym, ile muszę nadrobić. Nawet gdy chciałam zrobić coś dla siebie, to z tyłu głowy miałam myśl, ze powinnam robić coś na studia, dopadał mnie paraliż i ostatecznie nie robiłam nic. Do tego byłam przygnębiona, ze z piątkowej studentki stałam się totalnym nieogarem.
Wczoraj rano miałam mieć egzaminy. W piątek wieczorem usiadłam do nauki, zrobiłam notatki, wydrukowałam, zaczęłam czytać i… nagle zadałam sobie pytanie, po chuj ja się tak męczę? XD i zaczęłam przeglądać jakie jeszcze kierunki mogę studiować zaocznie. Po chwili już wiedziałam, ze ta decyzja, która kiełkowała we mnie już od pierwszego razu, gdy wspomniałam rodzicom o porzuceniu polonistyki, właśnie zapadła. Wyjebalam notatki do kosza i zaczęłam śmiać się sama do siebie, poczułam niesamowitą ulgę i euforię, zadzwoniłam do przyjaciółki i zaczęłam opowiadać o za i przeciw, że ja to już pierdolę, że w końcu będę mogła robić co chcę, czytać co chcę, rozwijać nowe zainteresowania, nie będę musiała frustrować się czymś, co mnie i tak nie pociąga!
Lęki odeszły jak za dotknięciem magicznej różdżki. Co prawda weekend spędziłam na pracy (bo tam też miałam trochę zaległości), ale dzisiaj je nadrobiłam, jutro mam wolne, więc zamierzam robić wszystko to, na co mam ochotę, a czego nie pozwalałam sobie zrobić w ostatnim czasie – chociażby ułożenie sukienek w szafie, damn.
A teraz wracam do czytania książki – w końcu tej, którą sama wybrałam, a nie mi narzucono!







