Mój obecny partner to najwspanialsza osoba jaką kiedykolwiek w życiu spotkałam. Wspiera mnie jak nikt inny. Jak coś się dzieje, potrafi przyjść i o 2 w nocy z reklamówką pełną słodyczy, aby poprawić mi humor. Zawsze jest przy mnie, nie odstępuje mnie na krok. Czuwa nade mną, by nic złego mi się nie stało. Zapewnia mi bezpieczeństwo i komfort psychiczny. Przy nim mogę być sobą, kocha mnie taką jaką jestem. Zaakceptował i pokochał każdy detal mojej osoby. Dzięki temu i ja siebie bardziej zaczęłam tolerować. Zaakceptował i pokochał moje blizny, będące pozostałościami po samookaleczeniach. Dzięki niemu nie zrobiłam sobie krzywdy już od pół roku, mimo wielkiej chęci do tej pory. Zaakceptował i pokochał moje rozstępy, krzywy nos od okularów jak i odstający brzuszek. Zaakceptował i pokochał moje wady. Zaakceptował moje narzekanie na wszystko z rana, mimo to potrafi pójść do kuchni i zrobić mi śniadanie do łóżka. Po ciężkim dniu w pracy wymasuje mnie i zapewni atmosferę abym mogła się zrelaksować. On jako pierwszy odkrył we mnie talent i zrobił wszystko, aby go ze mnie wydobyć. To dzięki niemu zyskałam upragnioną pewność siebie i zaczęłam powoli wychodzić z depresji. Jak on to mówi, 'ja tylko szlifuję diament'. Z depresji nigdy nie wyjdę, ale powoli uczę się sobie z nią radzić. Od prawie roku codzinnie wita się i żegna ze mną tak samo. 'Dżem dobry kochanie' oraz 'Miłych snów księżniczko'. Mówi, że najpiękniejsza jestem w momencie przebudzenia, bo wtedy jestem najprawdziwsza. Mam te swoje krzywe wyrazy twarzy, roztrzepane włosy i pierwsze lepsze ciuchy do spania. M to taka przylepka, jak się przytuli, nie może przestać. Cały czas wtedy powtarza jak on mnie kocha, i że jest dumny. Nawet jak nic wielkiego się nie stało to jest dumny, że dałam radę przerywać kolejny dzień. Kocham go. Kocham go najmocniej na świecie. Nie wymieniłabym go za żadne pieniądze świata. On jest cenniejszy niż cokolwiek.

















