Jasnowłosa sylwetka kobiety kroczy po leśnej ścieżce. Dookoła drzewa. Akompaniuje im szum niesiony przez lekki wiatr. Nad ich koronami niebo coraz bardziej ciemnieje, przez co promienie nikłego światła zanikają, a jeszcze godzinę temu pchały się do lasu niczym ludzie w szale zakupów. Kobieta, choć zgrabna i urodziwa, nie ma pojęcia dokąd idzie. Jej niecodzienny strój tylko podkreśla przypadkową obecność. Wyszła z domu, pod pretekstem kłótni ze swoim ukochanym. Ubrana w czarną suknię, rodem z dawnych lat. Po drodze nakarmiła płuca siwym dymem, zostawiając za sobą szare niedopałki. Dziwnym trafem odbiła z trasy gubiąc się w myślach. Gdy jednak zwróciła uwagę na kierunek podróży, zdała sobie sprawę, że zgubiła się także w lesie. Jednak szła dalej, napotykając na swej drodze starą, porośniętą mchem bramę z ostrymi zakończeniami na samym szczycie. Dziwnym trafem, jak na ironię przystało - była otwarta. Za jej plecami lęk bił się chorą ciekawością. Niestety, albo i stety - ciekawość znokautowała strach z gracją Tyson’a. Ruszyła w głąb nieznanej posesji. Pośród gęstych zarośli ciągnęła się kamienna dróżka, która kończyła się u stóp starej chaty. W tym świetle, a może i jego braku wyglądała niesamowicie mrocznie. Ciemne drewno, okna przez które nie widać nic a nic, jakby ktoś zasłonił je od środka, albo wstawił lustra weneckie. Bliżej niezidentyfikowana roślinność zdobiła podwórze. Budynek wyglądał na opuszczony. W głowie podróżniczki roiły się różne wizje. Począwszy od scen rodem z niskobudżetowych horrorów, aż po kłębiące się myśli o skarbie ukrytym wewnątrz. Dystans spotęgowany doświadczeniami z życia poprowadził ją jednak dalej. Droga była dosyć długa. Samo przejście od bramy do samej chaty mogło potrwać w tym tempie góra pięć minut. Będąc niecałe pięć, może sześć metrów przed gankiem krzaki po jej prawej stronie zaczęły dźwięcznie hałasować. Nieco się wzdrygnęła - stanęła jak wryta wlepiając swe oczy. Nasłuchiwała czując paraliż. Nagle do szelestu doszło szczekanie. Nienaturalne szczekanie, wręcz wycie. Brzmienie przybrało groźny ton. Zrobiła krok do tyłu. Z trzęsącymi się dłońmi spoglądała stale na krzaki cofając się powoli; o dziwo stała plecami do celu, więc jej kroki stawiały ją coraz bliżej domu do którego chciała się dostać.
Zza krzaków wyskoczyła postać. Dwumetrowy, potężny i owłosiony typ. Warczał groźnie stojąc na dwóch łapach. Mierzył kobietę pustym spojrzeniem. Miał pysk podobny do wilka, a ślina lecąca z niego kapała mu pod nogi, a raczej łapy. Wtem ona zaczęła biec. On tuż za nią. W czasie pogoni za reprezentantką płci pięknej szczekał. Okropnie szczekał. Jasnowłosa kobieta nie miała nawet czasu krzyczeć. Biegła, bijąc przy tym wszystkie rekordy świata. Wnet dobiegła do drzwi napierając na nie całym ciałem. Niestety były zamknięte. W akcie desperacji zaczęła walić w nie pięściami krzycząc. Waliła jak najęta, choć pięć minut temu była święcie przekonana, że nikogo tam nie zastanie.
- Błagam! Pomocy! Niech mnie ktoś wpuści! - przerażenie zdławiło w niej racjonalne spojrzenie na świat.
Wilkołak, bo nie da się go nazwać stał przed gankiem warcząc. Kobieta bała się na niego spojrzeć. Życie przelatywało jej przed oczami. Aż tu nagle drzwi otworzyły się, a ona upadła na podłogę przekraczając ich próg. Lądowanie było miękkie, o dziwo. Upadła na fioletowy dywan, który samoistnie przeciągnął ją wzdłuż ciemnego jak jej sukienka pokoju, który spełniał rolę korytarza. Drzwi chwilę po tym zatrzasnęły się z hukiem. Dywan zahamował na rozstaju dróg, ukazując tym samym siatkę drzwi. Oddzielały je pochodnie. Ta irracjonalna sytuacja wprawiła ją w osłupienie. Nie wiedziała co zrobić. Otworzyła losowo wybrane drzwi. Jakimś cudem wybrała te na wprost niej. Po przekroczeniu ich progu znalazła się w biurze, przynajmniej tak to wyglądało. Przodem do niej stało biurko, na nim zaś komputer, kilka kieliszków z czerwonymi smugami, a przed ekranem komputera siedział elegancko ubrany mężczyzna.
- Spokojnie, Rookie nie gryzie. Podczas pełni dostaje zastrzyku energii. Wtedy wywalam go na dwór, bo nie chce mi się z nim bawić. - rzekł mężczyzna nie odrywając wzroku od komputera.
Zszokowana stała jak słup soli.
- Rookie to mój lokaj, jest też wilkołakiem, co podnosi mój prestiż. - zaśmiał się stukając dynamicznie w klawiaturę - A Ty? Zabłądziłaś? Jesteś listonoszem? Gdzie twoja czapka, albo torba? Rookie na ogół gania za listonoszami, zwłaszcza w czasie pełni. - ponownie się zaśmiał zerkając na na nią.
- Ja… - użyła funkcji fatycznej przeciągając swoją kwestię - Wyszłam się przejść, po prostu.
- Może kawy? Herbaty? Krwi? - zapytał uprzejmie.
- Ach, gdzie moje maniery; Lord Tommy Vespucci! - rzekł z dumą wstając, ukłonił się grzecznie, odszedł od biurka i stanął w mgnieniu oka przed kobietą, łapiąc ją za rękę, musnął jej dłoń z gracją dżentelmena - Hodowca pegazów, potentat na rynku produkcji paszy dla wyimaginowanych stworzeń i od niedawna vice-mistrz świata w jedzeniu czosnku na czas. - zaśmiał się - Z tym czosnkiem, to żart. Może jestem wampirem, ale rzeczywiście nie przepadam za czosnkiem.
- Wampirem? - zapytała niepewnie.
- Spokojnie! Nigdy nie wierz w magię kina. Wampir nie znaczy krwiopijca, niektórzy ludzie są gorsi. Chociaż to nie definiuje zła. Na moje wampiry to też ludzie.
- Boże… - burknęła z niedowierzaniem.
- Zależy jak na to spojrzysz, on też jest człowiekiem. - uśmiechnął się - Nawiasem mówiąc, krew jest świetnym spalaczem tłuszczu, w dodatku wpływa na cerę, w tym pozytywnym sensie, rzecz jasna.
- No to… Jestem Matylda, pracuję na kasie w pobliskim markecie i rzadko chodzę do lasu. - przedstawiła się z zażenowaniem.
Policzki kobiety nabrały rumieńców. Niecodzienna sytuacja wprawiła ją w zakłopotanie. Gospodarz wyczuł to na starcie, lecz korzystając z sytuacji zaczął wędrować po pokoju odstawiając sprawy służbowe na bok. Lustruje jej sylwetkę. Światło w pomieszczeniu dają wcześniej spotkane pochodnie, takie same jak na rozstaju dróg.
- Ach, nie wierzę w przypadki. Na pewno jakaś siła wyższa Cię tu przywiodła!
- Nie, ja… - zlękła się uciekając wzrokiem.
- Spokojnie, nie gryzę. - zaśmiał się ponownie ukazując tym samym swoje kły.
- Pokłóciłam się z kimś i chciałam odetchnąć, tak po prostu.
- Wiesz co? Mnie zawsze odprężała jazda na pegazie. Uwierz mi, mam ich mnóstwo. Całą stajnię, a nawet fermę, ale to w innej części lasu.
- Naprawdę? Pegaz? Em… Przepraszam, ale nie jestem na czasie.
- Nie wiesz co to jest? O boże, to ja jestem “na ty” z waszymi nowinkami technicznymi.
- Wybacz, nie wiedziałam, że wampiry, wilkołaki… Albo, dobra. - zrezygnowała, bojąc się, że urazi tym gospodarza.
- Nie wiedziałaś, że istniejemy? - zapytał sarkastycznie, lecz w jego głosie można było usłyszeć miły ton, pozbawiony osądów.
- Trochę… Wybacz, chyba rzadko miewasz gości takich jak ja.
- Macie to do siebie, że kiepsko u was z wiarą. Najlepiej chyba idzie to dzieciom, do pewnego czasu. Mam przyjaciółkę, ale w innej części globu. Madame Foster.
- Madame Foster? A czym się zajmuje?
- Wiekowa kobieta. Prowadzi przytułek dla niechcianych zmyślonych przyjaciół. Zapewne też takiego miałaś. Mogę się założyć, że teraz tam mogłabyś go znaleźć. - uśmiechnął się podchodząc do drzwi.
- Próbuję zwrócić na siebie uwagę. - otworzył drzwi - Chodź!
Zaprowadził ją do salonu, gdzie na ścianach można było dostrzec mnóstwo obrazów. Większość z nich to portrety Tomm’yego, niektóre przedstawiały też inne osoby. Na jednym z nich była niewysoka staruszka, z siwym kokiem na głowie i olbrzymimi okularami na nosie. Portret ten wisiał nad kominkiem. Salon wystrojony niecodziennie. Minimalizm spierał się z przepychem. Fotele z pozłacanymi bokami. Stolik wyglądający jak z kryształu. Olbrzymia plazma stojąca nieopodal.
Mężczyzna podszedł do okna. Były to lustra weneckie, dobrze uszczelnione - w domu było miło i przyjemnie. Wampir przywołał kobietę gestem prawej dłoni, pokazując zaś lewą na kroczącego po podwórzu konia. Konia ze skrzydłami. Rumaka, który był majestatyczny i miał skrzydła, jak jakiś anioł.
- To jest mój ulubieniec. Pegaz z rodowodem! Nazywa się Richard.
Matylda bez słowa podziwiała majestatyczne piękno zwierzęcia. Nie mogła się nadziwić, że stworzenie takie jak “pegaz” kroczy po tej ziemi.
- Patrzysz, jakbyś widziała ducha… - roześmiał się znowu kręcąc głową na boki.
- A masz tu duchy? - oderwała wzrok od skrzydlatego konia.
- Kiedyś miałem, ale zamówiłem pogromców duchów i jakoś tak od pięciu lat nie widziałem żadnej, lewitującej ektoplazmy w tym domu.
Tommy spojrzał na niebo widziane z okna, między koronami drzew. Kolejno zerknął na zegarek. Znowu przerzucił wzrok na Richard’a trwając w milczeniu. Do salonu wparował wilkołak. Kobieta odruchowo krzyknęła. Stwór zaczął się kurczyć, przybierając bardziej ludzkie kształty. Wokół niego pojawiła się drobna smuga dymu. Zamiast groźnie wyglądającego monstrum naprzeciw nich stał średniego wzrostu Azjata w szlafroku. Patrzył pod nogi Lorda.
- Panie Tommy, przepraszam, że niepokoję, ale jakaś panienka… - przerwał dostrzegając sylwetkę kobiety - Przepraszam najmocniej, pewnie panią wystraszyłem… Roookie, bardzo mi miło! Może zechce się Panienka czegoś napić?
Kobieta pokręciła przecząco głową. Na jej ustach pojawił się grzeczny uśmiech.
- Rookie, skocz do spiżarni i przynieś coś dobrego. Nasz gość pewnie zgłodniał, od tych wrażeń… Zafundowałeś jej niezłą przebieżkę po naszej dróżce.
Lokaj posłusznie przytaknął głową i z szybkością światła pobiegł znikając w ciemnościach korytarza.
Powieki leniwie uniosły się. Niechęć do dalszej egzystencji przywitała ją mocnym bólem głowy. Widok wszechobecnej bieli zraził jej oczy - zamknęła je chowając twarz w poduszce. Przewróciła się na drugi bok dając sobie jeszcze chwilę na odpoczynek, lecz głowę miała pustą. Z pamięci uleciał jej sen. Wiedziała, że coś widziała, ale za żadne skarby świata nie była w stanie tego odtworzyć.