Dziki robot (2024) - na bezludnej wyspie zostaje przypadkowo uruchomiony robot. Chce zgodnie ze swoim oprogramowaniem służyć ludziom, ale co ma robić, gdy nie ma wokół żadnego człowieka? Musi znaleźć inne zadanie albo wrócić do fabryki. W wyniku nie do końca kontrolowanych zdarzeń, robot niechcący niszczy gniazdo gęsi. Ocalało jedno jajo, z którego wkrótce wykluwa się małe gąsiątko. Robot ma zadanie, którego potrzebował: wychować gąsiątko i przygotować je na migrację w okresie jesiennym.
Gdyby film był tylko o tym, może nawet okrzyknąłbym go arcydziełem. Rozwój gąsiora, którego robot nazwał Jasnodzióbkiem, zostaje ukazany dość skrótowo, ale interakcje postaci i tak potrafią sprawić, że człowiekowi robi się ciepło na sercu. A scena migracji gęsi to scena z kategorii absolute cinema. Jest tu wszystko: rozmach, emocje, przepiękna muzyka. A widok twarzy robota i Jasnodzióbka, którzy myślą, że już się więcej nie zobaczą, to największy wyciskacz łez od lat. Ta jedna scena zasługuje na swojego osobnego Oskara i byłaby doskonałym zwieńczeniem tej krzepiącej historii.
No ale niestety jest dalszy ciąg filmu, który wszystko potężnie spłyca i sprawia wrażenie, jakby scenarzysta koniecznie chciał urozmaicić historię i dodać dramatyzmu oraz patosu. Robot w pojedynkę ratuje przed mrozem wszystkie zwierzęta na wyspie, w tym niedźwiedzia, którego bez sensu wyrwał z zimowego snu, zamykając ich w swoim szałasie z ogniskiem. Zła korporacja usiłuje zabrać robota z powrotem do siebie, strzelając do wszystkiego co się rusza. Zwierzęta stają ramię w ramię w bitwie przeciw złej korporacji, a na końcu ścinają największe drzewo na wyspie, żeby ugasić pożar. Scenarzysto, po jaki drągal to zrobiłeś!?
Migracja gęsi - to jest szczytowe osiągnięcie Dzikiego robota i nic więcej nie trzeba było tu dodawać <3