Od Sasa do Dasa
Napisałem dla muno.pl felieton na koniec roku, publikacja niebawem. Jest utrzymany w dość kompromisowym tonie, luźny zbiór i przemyśleń, bo nie chcę zgrywać złośliwego mądrali. Kto mnie zna ten wyczyta aluzje między wierszami i dopowie sobie kąśliwe uwagi lub zapamiętał je z ostatnich rozmów.
Nie lubię się powtarzać, ale coś mi kurwa każe pisać, szczególnie po fajnym weekendzie. A więc parę słów o "etacie mebla w Das Lokal", jako uzupełnienie czy wyjaśnienie, o co mi tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Nie jest to proszona reklama, ale parę refleksji na dobrze znanym przykładzie.
Jakiej logiki porównań by nie zastosować, "stary Das" czy "nowy Das" to wciąż jeden i ten sam "Das", bo klimat miejsca tworzą w głównej mierze ludzie. Dlatego jestem też tapicerką w "Karavanie", dziennym lokalu o innym charakterze, ale prowadzonym przez tych samych pasjonatów. Spostrzegawczym nie trudno się domyślić, że KRVN ciągnie (finansuje) DL, inaczej dawno by "nas" już tam nie było. Więc jak chcecie pomóc, to możecie też kawką na św. Antoniego, bo coś tam zawsze skapuje dla klubu.
Chodzi o to, że DL i parę innych, rzadkich miejsc w Polsce, dzieli te same cnoty i ideały, które stworzyły fenomen tak opiewanej berlińskiej sceny, które oczywiście najdobitniej manifestują się w niesławnym Berghajm. Muzyczna selekcja i dobra atmosfera ponad monetyzacją hajpu, luz i liberalna polityka wobec klientów czy budowanie społeczności ludzi o wspólnych motywach i poglądach, tzw. "community".
Zakaz robienia zdjęć to przecież sprawa umowna, ale chodzi o to żeby czuć się bezpiecznie i nie wstydzić swojego "przewiezienia", którego granicą jest nienaruszalność "przewiezienia" innych. W tym jest ta sama magia i tradycja, która wyziera z nostalgicznych komentarzy podstarzałych raverów pod najtisowymi klasykami na jutubie czy zawiera się w pojęciu "Temporary Autonomous Zone", które przyświecało "latającym berlińskim klubom" po upadku muru.
Każda kreska ma dwa końce, ale w zgodzie z własna wrażliwością i sumieniem, wolę kluby które nie są foto-pamiętnikami właścicieli z katalogiem szkła do alko, facebookowymi straganami, platformami kryptokomercji czy promotorskimi igrzyskami dla niedzielnych imprezowiczów. Wiadomo, że wszystko ma swoją cenę i logikę, ale wolę nawet ciepłe piwo w Dasie niż Moeta gdziekolwiek indziej.
Nieprzychylni twierdzą, że to "ćpalnia i pedałownia". Jakkolwiek nienawistnie to nie brzmi, ja się nie obruszam, jednak ze względu na sam ciemny wystrój, półmrok i świetlówkową czerwień wolę pojęcie "Luzztra Deluxe". Należy jednak pamiętać że te straszne pedały i ćpuny zawsze się świetnie bawiły, a o dobrą zabawę w tym wszystkim chyba chodzi. Pedały i ćpuny w dużej mierze zbudowały scenę klubową, która była formą eskapizmu i zastępczą, równoległą rzeczywistością. Jednak bez przesady bo i ślicznych, roztańczonych sar-emek jest tam co tydzień sporo. Meble wszystko widzą.
W tym wszystkim jest jeszcze muzyka. Wczoraj taki Chino wygrał, bo to było piękne granie, ciemne ale eleganckie, nie przegadana, treściwie w punkt bez zbytniego łupania. Potem młody dołożył ładnie łomot do pieca i fajnie widzieć, że talenty mają gdzie rozwijać decki, więc i ja z chęcią ustąpię im coraz więcej miejsca na didżejce.
Nie oddam za to "etatu mebla", bo chcę mieć właśnie swoją tymczasową strefę wolności i comfort zone dla "przewozów". Jestem oczywiście tam trochę święty i częścią błogosławionego backstageowego olimpu, listy na wejściu, zniżek na barze i innych przywilejów. Ale nie wykorzystuję tego by się odgradzać jak snob od parkietowej czerni. Kto ze mną chodzi, ten wie że dzielę się swoimi prerogatywami. Ponoć jak kiedyś komuś podpadłem jakąś pyskówką, to ktoś inny wybił mu szturchanie mnie z głowy tekstem: "zostaw go, jego tu nie ruszysz!".
Tobias Rapp w "Technoturystach" napisał w następujący sposób:
"Każdy z nas ma swoje wyjątkowe miejsce, w którym wydarzyło się coś naprawdę istotnego, w którym poczuliśmy się częścią świata i w którym nawiązaliśmy idealny kontakt z drugim podobnie myślącym człowiekiem oraz z przestrzenią, którą wspólnie zajmowaliśmy. Ta przestrzeń stała się punktem odniesienia dla innych miejsc. Kiedyś takim miejscem była wspólna kuchnia albo ulica. Dla mnie i wielu innych osób, które spotkałem w Berlinie w przeciągu ostatnich dwudziestu lat, takim miejscem był klub. To przestrzeń, w której tworzy się historia, gdzie czujesz, że całe twoje życie staje się częścią jednego wielkiego Teraz. Przyglądając się temu na trzeźwo, poprzez pryzmat poranka, wszystko to staje się wysoce wątpliwe i zgoła bezsensowne. Nie zmienia to faktu, że kolejnej nocy tysiące ludzi znów pójdzie do klubów imprezować. Nawiasem mówiąc, ma to dużo mniej wspólnego z polityką niż zakładano w porywie euforii lat dziewięćdziesiątych."
Do czego zmierzam? Do tego głupiego "cudze chwalicie, swego nie znacie". Ludzie rozpuszczają się nad Berlinem, a pod nosem (sic!) mają kluby, które realizują swoją misję w oparciu o te same przesłanki. Kto tego nie rozumie, ten jest mało mądry. Oczywiście to jest inna skala, ale nie od razu Tresora zbudowano. Właśnie, napisałem "misję", bo jak skończy się cierpliwość i zapał to go zamkną. On raczej nie przynosi wielkich zysków, to nie jest złoty interes. On jest dla "nas" właśnie, trochę takie hobby, a nie sposób na ogolenie młodzieży z hajsu. Przy tym włodarze są trochę jak mityczni właściciele Berghain, z dala od fleszy i szumu, jednak zawsze zobaczysz ich uśmiechniętych na parkiecie gdy impreza dobrze leci. Ja też czuję tą misję, żeby tam chodzić, namawiać, pisać, mówić, trąbić, afterować, walczyć o to by jak najwięcej tego "symbolicznego kapitału imprezowego" nie uciekało nam za Odrę.
Przy okazji poszukuję jakiejś krytycznej świeżości, tego co wpłynęło na sukces takich inicjatyw jak Brutaż czy Wixapol S.A., jakiegoś innego, nowego języka wypowiedzi, nie tylko muzycznej, ale też ogólnie wizualnej, kulturowej czy lajfstajlowo-imprezowej. Bardzo chciałbym podobne rzeczy robić u nas, ale wiem że Wrocław jest na razie wciąż na etapie Nike Roshe Run i trzeciego garnituru bookingów z Ostgut (to jakoś mi się tak ze sobą kojarzy). Niemniej jednak w pierwszy dzień świąt zapraszam do wspólnego połamania się opiatkiem z Lutto Lento i DJ-em Torrentzem.eu przy didżejskim żłobie. Im dalej w Das tym ciemniej, a więc hopsasa do Dasa!
Już wiele razy obiecywałem sobie, żeby ograniczyć "wychodzenie". Kolejny weekend i znowu dwudniówka, siła inercji wypchała mnie z domu. Byłem na koncercie Pro8l3ma, ale na żywo jakoś mniej zażarło. Sztywniutki koncept "Art Brut" tutaj się rozjechał przez ziomalskie nawijki i kaszkiety Kangola. Ja zresztą nigdy nie byłem z frakcji ziomalsko-zielarskiej, raczej pijacko-afterowej i rzadko romansuję z hip-hopem. No wiec spokój i spełnienie znowu odnalazłem w dopiero w klubie, a rano przeczytałem jeszcze "Dzięki Mateusz za imprezkę :*". Czasem jednak jestem potem złomem do środy. Synapsy wysychają, neurony kapcanieją. Ostatnio przespałem całą niedzielę i poniedziałek. To typowa reakcja na ogromny hasiok we łbie. Wtedy znowu chcę się wszystko zacząć od nowa i po raz kolejny skończyć z gazem. Ale tak jest tylko do piątku, a potem jeb i apiać to samo. To znaczy, czasem jest całkiem spoko, że czuć to zmęczenie, ale można jako tako "pracować" po niedzieli. O samym rozumieniu pojęcia "pracy" napisze przy innej okazji, dlatego daję cudzysłów.
"Time is a flat circle" było w True Detective. Tak właśnie widzę czasem swój tydzień - jak koło z dwoma punktami wyznaczającymi ruchome odcinki obwodu, tak jak ruchome są pojęcia "poniedziałku" czy "niedzieli", bo czasem moja środa wypada w czwartek. Wszystko jednak ciągle się powtarza, wszystko nieznośnie powraca, jak regularnie kręcąca się obręcz, jebane koło fortuny.
W jednym z opowiadań Ballarda jest mowa o eksperymencie "narkotomii". Przecięcie pewnych połączeń nerwowych w mózgu powoduje, że sen staje się zbędny, człowiek popada jedynie w drobny letarg i spowolnienie. Trzech mężczyzn których poddano zabiegowi w końcu świruje. Zamieniają się w warzywa, funkcje życiowe podtrzymane, ale zero kontaktu ze światem. Diagnoza naukowców jest prosta, goście nie znieśli ciągłego bycia sobą, bycia homo sapiens, organizmem myślącym. Nie da się tak ciągle jechać bez resetu, tak potrafią tylko roboty, co jakiś czas trzeba wyczyścić traya i skasować pamięć podręczną. Każdy ma na to swoje sposoby, czasem fuck rehab.
Nazywam to "dychotomicznym trybem życia", że w tygodniu spędzam wiele czasu sam, na pisaniu i czytaniu w domu, by w weekend z pełnym impetem wjechać w kroniki towarzyskie. Przypomina mi się też postać Edwarda Popielskeigo z lwowskiego cyklu Marka Krajewskiego. Ksiażkowy detektyw przeplata okresy obżarstwa, pijaństwa, rozpusty i rozpasania, czasem ascezy, pokory, diety, ciszy, tak jakby sam wyznaczał sobie pokutę za grzechy. Mam podobnie. Dzisiaj znowu umyłem podłogi w chacie, jem same zdrowe rzeczy i zadzwoniłem do mamy. Pamiętajcie, że czas niszczy wszystko.












