A już jutro w samo południe na moim blogu https://malavonovo.blogspot.com/ obszerny wpis na temat powyższych kosmetyków 😁😁 zapraszam serdecznie do czytania i udostępniania 😀😀 . . . #malavon #malavonovo #blog #blogmalavonovo #recezja #opinia #avon @avon_polska (w: Bystrzyca Kłodzka) https://www.instagram.com/p/B_qM-pqBhj4/?igshid=1mxbl8i5h6gxe
Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
✓ Live Streaming✓ Interactive Chat✓ Private Shows✓ HD Quality✓ Free Actions
Free to watch • No registration required • HD streaming
Testowana Mazda 6 test ma wszystkie cechy staroświeckiego, niemodnego samochodu: jest dużym sedanem z wolnossącym silnikiem i ręczną skrzynią biegów. Ale za to jak wygląda! Sprawdziłem, czy taki pomysł na samochód nadal ma sens.
Klasa średnia się kurczy. Wychodzi na to, że kolejny tekst zaczynam od ponurych prognoz na temat inwazji SUV-ów. Taka jest niestety prawda – SUV-y sprawiają, że sedan segmentu D będzie niedługo na rynku widokiem równie niecodziennym, co minivan. Albo UFO. Kolejne modele albo już odeszły bez następców (Honda Accord, Citroen C5, choć w przypadku tego ostatniego mówi się o powrocie za rok – nie wiadomo tylko, w jakiej formie), albo ich historia już się kończy (Toyota Avensis, Ford Mondeo).
Tytułowe „lekcje życia” wypełnione są próbą przeniknięcia wrażliwości artysty, zgłębienia jego tajemnicy. W tym wymiarze największą wartością dokumentu staje się obecność Leitera, która rozsadza ekran trudną do opisania mieszaniną talentu, serdeczności i człowieczeństwa.
„Nie mam żadnej filozofii. Mam aparat” – powiedział w jednym z wywiadów Saul Leiter, amerykański artysta uznawany za pioniera barwnej fotografii. Przez kilka dekad Leiter fotografował nowojorskie ulice. Wybrał więc temat przepracowany przez tysiące profesjonalistów i amatorów, ale mimo to zdołał nadać mu osobisty sznyt. Wystarczy rzut oka, aby rozpoznać jego impresyjne, malarskie kadry, które przypominają o tym, że obraz powstaje w spojrzeniu i że niektórzy obdarzeni są darem patrzenia na świat w zaskakujący sposób.
Choć Leiter przez 60 lat pracował w samym sercu artystycznej stolicy świata i znał osobiście wiele prominentnych figur nowojorskiej bohemy, sam trzymał się raczej na uboczu. Z pewnością wpłynęło to na sposób kształtowania się pamięci o jego twórczości. Wprawdzie już w połowie lat 50. ubiegłego wieku Edward Steichen zaprosił go do udziału w wystawie w Museum of Modern Art, ale ten sukces nie przyniósł Leiterowi międzynarodowego rozgłosu. Artysta regularnie, acz rzadko pokazywał swoje prace na różnych ekspozycjach, a pierwszą publikację albumową wydał dopiero w 2006 roku. Od dekady jego twórczość jest jednak odkrywana przez szerszą publiczność, która może zapoznać się ze zdjęciami Leitera nie tylko w Internecie, ale i poprzez cykl wystaw w Ameryce i Europie (do 3 kwietnia jedną z nich można oglądać w londyńskiej The Photographer's Gallery).
Nowych pretekstów do dyskusji o Saulu Leiterze dostarcza także kino. Na początku marca ogólnopolską premierę miał film Carol Todda Haynesa (2015), czerpiący z twórczości nowojorskiego artysty w warstwie zdjęciowej. To nie pierwsza próba estetycznej adaptacji fotografii Leitera do sztuki operatorskiej – wcześniej Haynes (w duecie z operatorem Edwardem Lachmanem) podjął się podobnego zadania w miniserialu Mildred Pierce (2011). W Internecie z kolei dostępny jest (na żądanie) skromny i stosunkowo mało znany w Polsce dokument In No Great Hurry: 13 Lessons in Life with Saul Leiter w reżyserii Tomasa Leacha (2014). Nakręcony krótko przed śmiercią Leitera film odbiega od standardowych dokumentów biograficznych, które z łatwością popadają w pompatyczny ton i czynią z bohaterów spiżowe posągi. Nie ma tutaj narratora, który nadaje życiu artysty dramaturgię hollywoodzkiego biopicu, niewiele jest też „gadających głów” wychwalających jego osiągnięcia. Dokument w dużej mierze wypełniają rozmowy z fotografem, który nie przestaje zaskakiwać pogodą ducha, humorem i pokorą.
W chwili kręcenia filmu Saul Leiter miał prawie 90 lat i zapewne zdawał sobie sprawę z bliskiej śmierci. Podobnie jak reżyser In No Great Hurry, wyraźnie zafascynowany nie tylko twórczością, ale i postacią artysty, oddający mu głos, podążający za rytmem i tokiem jego myśli. Te zaś dalekie są od konwencjonalnych struktur kina dokumentalnego. Zapytany o swoje miejsce w historii fotografii, Leiter odpowiada, że nie wie, czy jest pionierem i z rozbrajającą szczerością dodaje, że nie ma nic przeciwko temu, że jest uznawany za pioniera, ale nie miałby również nic przeciwko sytuacji odwrotnej. Równie zdawkowo opowiada o swoim życiu prywatnym, a kiedy reżyser pyta, czy w ogóle będzie z tych nagrań film, Leiter odpowiada, że może tak... jeżeli całość zostanie odpowiednio zmontowana.
Leach stał przed trudnym zadaniem nadania zebranemu materiałowi jakiejś spójnej struktury. I wybrnął z tego obronną ręką. Tytułowe „lekcje życia” wypełnione są próbą przeniknięcia wrażliwości artysty, zgłębienia jego tajemnicy. W tym wymiarze największą wartością dokumentu staje się obecność Leitera, która rozsadza ekran trudną do opisania mieszaniną talentu, serdeczności i człowieczeństwa. W tym sensie In No Great Hurry to film-doświadczenie. Nie dlatego, że jest estetyczną ekwilibrystyką pozostawiającą widza w osłupieniu, ale dlatego, że w pokazuje artystę w bardzo bezpośredni sposób, dając widzowi wrażenie przebywania w towarzystwie kogoś, kto posiada niecodzienny wgląd w rzeczywistość, widzi ją inaczej niż większość ludzi. Leach uprzywilejowuje czas spędzony z Leiterem ponad finalny efekt, co znajduje wyraz w wieloznacznym tytule filmu. Być może tym trudniej wybaczyć reżyserowi dodanie do obrazu nachalnej, rzewnej muzyki, która podpowiada widzowi, że oto ma do czynienia z kimś niezwykłym.
A do tego nie trzeba nikogo przekonywać. Chyba najbardziej zaskakującym i niezwykłym rysem postawy Leitera jest głęboka integralność, która może wynikać tylko z zaufania do samego siebie i wiary w sens tego, co się robi. Z jednej strony objawia się on jako skromny, pełen pokory artysta, z drugiej zaś – jest pewny swoich umiejętności. I wcale nie ma w tym sprzeczności. Podobnie opisać można jego stosunek wobec świata, który nazwałabym życzliwą obojętnością. W wielu wywiadach Leiter podkreślał, że nigdy nie był skupiony na budowaniu kariery, a ponad sławę przedkładał możliwość wypicia kolejnej kawy w zaciszu swojej pracowni czy czas spędzony z Soames Bantry, nieżyjącą już artystką i wieloletnią partnerką. W tej deklaracji nie ma jednak ani cienia artystowskiej pozy. Przez wiele lat Leiter utrzymywał się przecież z komercyjnych zleceń, do których odnosi się z szacunkiem i wdzięcznością. Zresztą swoją wrażliwością potrafił przesycić także fotografie wykonywane dla magazynów takich jak Harper's Bazaar czy Esquire.
Pod wieloma względami In No Great Hurry koresponduje z dokumentem Iris (2014) w reżyserii Alberta Mayslesa (innego artysty z pokolenia Leitera, reżysera, który zmarł w marcu ubiegłego roku w wieku 88 lat). Iris to filmowy portret Iris Apfel, 93-letniej nowojorskiej kolekcjonerki i dekoratorki wnętrz, która całe życie poświęciła swojej pasji, a współcześnie stała się ikoną mody zapraszaną do współpracy z różnymi projektantami, galeriami i domami handlowymi. W momencie kręcenia filmów Saul Leiter i Iris Apfel byli ekscentrycznymi, kreatywnymi dziewięćdziesięciolatkami, których łączyły dodatkowo żydowskie korzenie (rodzice Saula Leitera wyemigrowali na początku lat 20. z polskich ziem znajdujących się w granicach Austro-Węgier, ojciec był wybitnym znawcą Talmudu). Oboje też poszukiwali piękna, Iris Apfel – w przedmiotach, Saul Leiter – w obrazach wydartych światu.
Jest coś poruszającego w dokumentalnym zapisie ich zmagań z tym, co po sobie pozostawią. W większym stopniu temat ten obecny jest w Iris; bohaterka mierzy się tu z porządkowaniem olbrzymich magazynów wypełnionych przedmiotami, tkaninami czy ubraniami kupionymi podczas podróży po całym świecie. Z każdym przedmiotem wiąże się jakaś historia, a wszystko, co znalazło się w jej kolekcji nabrało wartości właśnie dlatego, że zostało przez nią wybrane, nawet tandetna bransoletka ze sklepu za rogiem. Innym światem jest pracownia Leitera – nieuporządkowana, zastawiona płótnami, książkami i setkami zdjęć przechowywanych w zamkniętych pudłach. Tam, gdzie Apfel tworzy przemyślane, ekscentryczne kompozycje, Leiter – pozwala przedmiotom w organiczny sposób nawarstwiać się i pokrywać kurzem. Nawet w tym zaniechaniu porządkowania jest jakiś estetyczny zamysł, który sprawia, że niemal każdy element jego mieszkania jest martwą naturą wartą odmalowania lub sfotografowania.
Oglądając In No Great Hurry nabierałam coraz większego przekonania, że Leiter jest wcieleniem dalekowschodniego mędrca, który posiadł jakąś tajemną wiedzę o pięknie, a następnie potrafił przełożyć ją na obrazy. Ich dominującą cechą jest nietrwałość, fragmentaryczność, niedopowiedzenie czy wręcz wrażenie pustki, która daje odbiorcy przestrzeń na oddech. W pewnym sensie jego fotografie są jak haiku – z pozoru proste, zwięzłe i lekkie, ale w istocie kunsztowne, przesycone refleksją nad czasem i bogate w znaczenia. Zawierają też – podobnie jak klasyczne haiku – zarówno element nawiązujący do pory roku czy dnia wyrażony często w zaparowanych, mokrych szybach czy zaśnieżonych ulicach, jak i głębokie cięcie, którego z kolei szukać można w odważnej kompozycji, odbiciach dzielących obraz czy zaskakującej, kontrastowej czerni. W ogóle twórczość i postawa życiowa Leitera w wielu punktach wydaje się zbliżać do sztuki japońskiej, choć może skojarzenie to jest jedynie nieudolną próbą nazwania czegoś, co wymyka się słowom. A może fotograf, zaznajomiony z historią sztuki światowej, miał jednak jakąś filozofię...
Natalia Gruenpeter
In No Great Hurry: 13 Lessons in Life with Saul Leiter, reż. Tomas Leach (2014)