Wczoraj było dziwnie. Naprawdę dziwnie. Wciąż nie do końca rozumiem co się wydarzyło... Już pomijam fakt, że musiałam zrobić coś, czego nigdy nie robię - pojechać do przychodni prawie dwie godziny przed otwarciem tylko po to, by móc się zarejestrować i mieć nadzieję, że lekarz przyjmie mnie w miarę szybko. No ale trudno. Byłam o 6:05 pod przychodnią, rejestracja zaczyna się o 7:45, a ja już wtedy byłam 14 w kolejce. Jak się później okazało - Pan z numerem dziewiątym był na miejscu o 5:30, więc ja chyba nie chcę wiedzieć o której pod przychodnią pojawił się Pan z numerem jeden, ale gość chyba musi cierpieć na bezsenność. Albo ma lepsze połączenia. Ławeczka pod przychodnią w liczbie sztuk jeden. Przychodnia w głównej mierze urazowo-ortopedyczna. Rozumiecie pewną ironię, prawda? Cóż, jak przybyłam to już nie miałam co liczyć na miejsce siedzące, w sensie ja i moja orteza. Nic nowego. Jedno miejsce zajmował chłopak mniej więcej w moim wieku, również z ortezą na prawej nodze. Pozostałe dwa miejsca to osoby starsze. No nic. Postałam z godzinę i przyszedł starszy pan o kulach. Miejsce na ławeczce ustąpił mu ten chłopak o kuli i z ortezą. Pomyślałam, że to jakiś kabaret, ale przypomniałam sobie, że to nasze realia. Niepełnosprawny ustępuje niepełnosprawnemu, bo pełnosprawni mają to w nosie. Po rejestracji musiałam czekać na swoją kolej - przy dobrych wiatrach dwie godziny, przy złych cztery. Poszłam do sklepu po śniadanie i coś do picia. Gdy wracałam mijał mnie różni ludzie, ale wszyscy patrzyli tak samo dziwnie... Nie dlatego, że miałam torbę z zabawnym nadrukiem. I nie dlatego, że robiłam zdjęcia butelce. Nie. Wszyscy patrzyli na ortezę, jakbym co najmniej miała trzecią nogę albo siedem palców. Czułam się jak trędowata, nie polecam. #storyofmylife #tymbark #jablkoaloes #tellmewhy #orteza