Stary rejwer mocno śni
Jak każdy się starzeje. Albo po prostu dojrzewam. Chodzę i mówię, że “nie chce mi się już grać”. Po 7 latach lampartowania co weekend można się zmęczyć. Grania nie porzucę, bo mam nałóg dzielenia się informacją i odkąd pamiętam ciągle gdzieś wciskam play. Odwołuję jednak, czy może odżegnuję się od “cywilizacji afterów”. Organizm się zużywa i mimo nadrabiania zaległości na siłowni, dwudniówki to dla mnie nie lada wysiłek. Najbardziej psuje to głowę, a w przypadku gdy chcę się na poważnie zająć pisaniem i “flozowaniem” na temat miasta i muzyki to trzeba oszczędzać napęd. Wciąż mam zajawkę ze stania za deckami, ale samo przebywanie w środowisku klubowym stało się swego rodzaju obowiązkiem, przyzwyczajeniem, przychodzi z łatwością, ale wzbudza pewną niechęć, niepokój, ziewanie.
W sobotę rano po raz pierwszy wyszedłem z Dasa po godzinie. Nie dźwignąłem już tego klimatu. Wiele się mówi o tym, że dzisiaj ludzie biorą zdecydowanie więcej niż kiedyś, że oduczono się wszelkich dobrych praktyk i nawyków, że złota zasada - “stay hydrated, stay cool, if the effect seems week don’t double drop” - już nie działa. Może to słabość używek, a może kompulsja i akceleracja właściwe współczesnej coraz szybszej kulturze. W tym etosie równie destrukcyjne jest też to, że samo mówienie, żartowanie, przebywanie ze sobą pochłania masę energii i monopolizuje dyskurs. To bardzo autoteliczna aktywność, na dłuższą metę robi się męczące i wręcz nieznośne.
Viadrina chyba już zdechła, skoro Prozak chciał nas zaprosić na imprezę “Lumbersexual - Glitter Edit”. Mało kto już się upomina, nawet nowe kawałki wzbudzają bardzo umiarkowane zainteresowanie. No i może dobrze. Niektórzy twierdzą, że nas nie doceniono. Faktycznie, niektórzy mogli zainwestować w nas więcej zaufania, wiary czy energii. Ale nie mam żalu, tym bardziej jeśli chodzi o Audioriver, Boiler Rooma czy takie Wooded. Co pograliśmy, pojeździliśmy to nasze. Stworzyliśmy swoją markę nie musząc się specjalnie blatować z szarymi eminencjami rachitycznego rynku klubowego w Polsce. 5 lat to sporo i formuła się po czasie wyczerpuje. Dobrze, że bez gniewu ani złości, rozstajemy się w pokoju i zrozumieniu. To nie oznacza, że Viadrina zniknie, zdarzy nam się jeszcze pograć, ale nie mamy żadnych planów wydawniczych i znudziło nam się to zabieganie o uwagę na tej zatmizowanej scenie. Każdy dalej będzie robił swoje, ale już bez tej nadgorliwości właściwiej nuworyszom. Gusta muzyczne nam się jednak rozjeżdżają, a nazwa Viadrina, która już mi się znudziła do porzygu, nie spina tego w sensowną całość.
Ledwo się zajaraliśmy technem, już trzeba świadomie od tej estetyki uciekać, bo trend zagospodarowali ludzie “all black everything”, dupeczki w daszkach “Techno Diva”. “Techno fitness”, “tuptamy” - stara stop! (mózg se napraw). “Ładni ludzie ubierają się na czarno” - pozerzy zabrali mi tą czerń. To co powiedział Emil Cioran możemy również odnieść do właśnie do ubrań. Zresztą to może nawet nieistotne, nawet jak przybiorę jaśniejsze barwy, w duchu pomroczność czuwa.
Tylko drugorzędny umysł nie umie wybrać pomiędzy literaturą a prawdziwą nocą duszy.
To też sprawa przesady właściwej społeczeństwom na dorobku, starającym się szybko nadrabiać dystans czyli z r ó w n o w a ż o n y n i e d o r o z w ó j. To problem monetyzacji i utowarowienia wszelkich zjawisk, coraz bardziej galopującej nudy, która goni każdy trend, to ból życia w czasach, w których co chwilę dokonuje się jakaś rewolucja. Wszyscy zawsze marudzą i idealizują przeszłość. Nostalgia to piękna rzecz. Ja jednak podchodzę do tego z dystansem, z pokorą i spokojem, bo nigdy tak naprawdę nie było lepiej niż w danym “teraz”. Można tęsknić za innymi warunkami czy czasami, to naturalne, ale to nie spowoduje że realna przeszłość okaże się lepsza, to tylko trik dla rozumu. A więc o ile cierpię na nadmiar informacji i codziennie rozpaczliwie zbieram swoją rzeczywistość z fragmentów, o tyle całkiem swobodnie i wygodnie czuje się w tym ciągłym ruchu między różnymi postawami i tożsamościami, miedzy Kazulą, Transulą i bóg-wie-jeszcze-jaką-ulą. Fajnym zartem, ciekawe na ile śmiesznym, mogło by być sprzedawanie się jako didżej w pakietach, że np. Kazula Premium zawiera dodatkowo Transulę, a opcja Kazula Platinum jeszcze Szranculę. We wspominanym wcześniej na blogu eseju Sontag o Benjaminie czytamy (to a propos trance’ów):
“(...) surrealistycznie uwrażliwione oko poszukuje skarbów sensu w rzeczach efemerycznych, odrzuconych i zaniedbanych, lecz nie przeszkadza mu to zachować lojalności wobec tradycyjnego kanonu wyrobione smaku”.
Wraz ze znajomymi we Wrocławiu podjęliśmy rezolucję by nie używać słów “ t e c h n o” i “ a f t e r “. Przy okazji chciałbym dodać, że słowo “wybitny” jest jednym z najgorszych w języku polskim, przez jego zbyt często i nieadekwatne używanie.












