21.05.2019
Przychodzi wieczór
Wraca wszystko
Wspomnienia
Cierpienia
Łzy
seen from Germany
seen from United States
seen from China

seen from United States

seen from Singapore

seen from United States

seen from Netherlands
seen from United States
seen from China

seen from United States
seen from China
seen from Türkiye
seen from China

seen from Germany
seen from Türkiye
seen from Germany
seen from United States
seen from China
seen from Germany
seen from China
21.05.2019
Przychodzi wieczór
Wraca wszystko
Wspomnienia
Cierpienia
Łzy

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Milion małych testów
Jest taka książka, „Milion małych kawałków”. Czytałem ją wiele lat temu, a skoro dotarłem do końca, musiała mi się podobać. Później sprawdziłem, że wokół jej autora Jamesa Freya zrobiło się w pewnym momencie sporo zamieszania, gdy okazało się, że choć twierdził, że to jego autobiografia, sporo przedstawionych tam wydarzeń było zmyślonych lub wyolbrzymionych. Wtedy tego nie wiedziałem, więc nie przeszkadzało mi w lekturze. Być może nie przeszkadzałoby mi i dziś, gdybym z góry założył, że to literacka fikcja, a nie dokument. Nie wspominam jednak dzisiaj o tym, by dywagować na temat granic prawdy w tym gatunku literackim. „Milion małych kawałków” przypomniał mi się przy okazji rozmowy z jednym z pacjentów na temat tego, że wychodzenie z uzależnienia nie jest ćwiczeniem silnej woli. Jest tam gdzieś przy końcu taka scena... (Uwaga, spoiler! To co napiszę za chwilę może – choć nie musi, to jednak nie jest kluczowy moment – popsuć komuś lekturę!) S P O I L E R S P A C E ...taka scena, gdy główny bohater, już po zakończeniu mającej być początkiem, nowego, trzeźwego życia terapii idzie do baru i tam zamawia alkohol – whiskey lub cokolwiek innego, nie pamiętam, chodzi o sam sens tej sceny – który trzyma już w dłoni, ale udaje mu się nie napić. Odstawia go i wychodzi. Pamiętam, że już wtedy wydało mi się to mocno niemądre i szkodliwe w kontekście książki, która przecież była pamiętnikiem opisującym proces wychodzenia z uzależnienia. Pomyślałem, że jeżeli ten koleś mierzy swoją trzeźwość tego rodzaju próbami, to jednak niespecjalnie rozumie swoją chorobę. A nawet jeśli była to tylko scena mająca dodać powieści dramaturgii, to biorąc pod uwagę, że zaczytują się w niej rzesze ludzi zmagających się z tym problemem, to tym bardziej powinien ją sobie darować moim zdaniem. Ale do rzeczy. To, na ile ktoś jest trzeźwy, nie mierzy się umiejętnością powstrzymania się od napicia się, wzięcia działki czy zagrania w bezpośrednim kontakcie z daną substancją lub grą. Powiem więcej, tego rodzaju próbowanie się jest bardzo nierozsądne, bo grozi nie tylko wpadką, ale i utrwaleniem złudnej wiary we własną kontrolę — przekonania, że można bezpiecznie przebywać wśród osób pijących, ćpających czy uprawiających hazard. A to – powinien wiedzieć to każdy, kto przeszedł terapię – jest czynnikiem wysokiego ryzyka dla trzeźwości. Zwłaszcza na jej początkowym etapie, gdy człowiek dopiero uczy się życia bez tego, co tak kompletnie je zdominowało. Owszem, ekspozycja bywa elementem niektórych metod terapeutycznych, ale wtedy odbywa się po przygotowaniu, w kontrolowanych warunkach, a nie w formie samotnego testowania się przy barze... Mówiąc inaczej, gdyby leczenie uzależnienia polegało na coraz intensywniejszym wystawianiu się na wyzwalacze, to tak zapewne terapia by wyglądała. Swoją drogą szkoda, bo to byłoby dużo prostsze niż ciężka, żmudna praca nad zmianą swoich nawyków i kontaktowania się z emocjami, by móc i potrafić konstruktywnie sobie z nimi radzić.
HALT w ujęciu procentowym
Ostatnio zastanawiałem się nad procentowym ujęciem programu HALT. Niekoniecznie ma to większy sens, ale w pewnym momencie, gdy jeden z uczestników prowadzonej przeze mnie grupy terapii pogłębionej opowiedział, jak dzień wcześniej wściekł się na szefa i z tą złością siedział sam w domu, doszliśmy do wniosku, że przynajmniej A i L z HALT leżały w gruzach. Podzieliłem się wtedy z grupą myślą, że skoro dwie litery to połowa składających się na ten program, to miał 50% szans na to, że się napije. Mówiąc inaczej, był bardzo blisko powrotu do czynnego nałogu. Trochę o tym porozmawialiśmy odświeżając wiedzę na temat tego, co pomaga nie tylko w trzeźwieniu, ale także w normalnym funkcjonowaniu, bo przecież – zawsze staram się to podkreślić – dbanie o to, żeby nie chodzić głodnym, mieć świadomość swojej złości, mieć poczucie, że nie jest się samemu i należycie wypoczywać – jest ważne dla samopoczucia każdego, nie tylko uzależnionego.
Jadąc po zajęciach do domu myślałem o tym wszystkim i przyszło mi do głowy, że jeżeli jest jakiś sens w rozkładaniu HALT-u na procenty, to te nie sumują się równo do stu, bo przecież nie każde zaniedbanie na tym polu kończy się zapiciem, a największą zaletą HALT jest to, że można (i należy) zaczynać go codziennie od nowa. Wymyśliłem wtedy, że każdej literce można przypisać 15 albo 20 procent — nie potrafiłem się zdecydować. Teraz, gdy usiadłem do napisania tej notki, bliżej jest mi do tej sumującej się do 60 procent wersji. Posłużmy się przykładem. Zawalasz wszystkie cztery elementy programu HALT? Masz aż 6 na 10 szans na to, że wrócisz do pica, brania lub grania. Biorąc pod uwagę przykład z sesji (inny model, każdej literce przypisałem 25%), gdzie mówiliśmy o 50% już przy dwóch odpuszczeniach, to może i niewiele, ale jednak całkiem sporo patrząc całościowo, gdyż w tym nowym modelu – każda litera po 15% – daje to 60%, czyli o 10 punktów procentowych więcej niż 50%, a więc o 20% więcej w ujęciu względnym.
Gdyby więc przełożyć to teraz na wspomnianego na początku pacjenta i jego „dwuliterkowe zawalenie”, moglibyśmy powiedzieć, że z prawdopodobieństwem trochę tylko mniejszym niż jedna trzecia (2 x 15%=30%) mógł doświadczyć nawrotu. Myślę, że to całkiem realny szacunek.
Oczywiście – czuję, że koniecznie muszę to podkreślić – cała ta zabawa w procenty nie ma żadnego podłoża naukowego ani może nawet sensu, bo można dyskutować chociażby z tym, czy rzeczywiście jest to model liniowy i każdy czynnik działa z taką samą siłą, czyli wpływy każdego z nich są niezależne i addytywne, a przecież np. głód i zmęczenie mogą się wzmacniać lub czasem jeden czynnik może być prawie obojętny bez innych itd. Myślę jednak, że jeżeli komuś wychodzącemu z uzależnienia da to do myślenia – wyobrażenie, że masz 6 na 10 szans, że polegniesz może robić wrażenie moim zdaniem – i pozwoli silniej ugruntować się w przekonaniu, że program HALT to nie jest tylko jeden z tematów, którymi zamęczają pacjentów terapeuci i naprawdę warto dbać o jego przestrzeganie, to czuję się usprawiedliwiony. Gdy jeszcze doda się do tego, że kumulacja takich zaniedbań – całościowa lub częściowa – sprawia, że ryzyko nawrotu rośnie z każdym dniem (tak, wiem, to zmienia model z liniowego na dynamiczny...) , łatwiej będzie zmotywować się do dbania o siebie w każdym z tych obszarów.
A poza tym – kończąc już ten trochę wydumany temat – to tylko mój prywatny blog z przemyśleniami, a nie podręcznik dla uzależnionych.
Skąd wiedzieć, czy mam problem?
Przeprowadzenie diagnozy uzależnienia jest klarowne w ujęciu formalnym. Rozpoznanie stawia się na podstawie wywiadu lub odpowiednich metod diagnostycznych. O ich pozytywnym wyniku możemy mówić wtedy, gdy w ciągu ostatniego roku – od momentu przeprowadzenia testu do około dwunastu miesięcy wstecz – przez pewien czas (na przykład dwa tygodnie, co jest okresem umownym) u badanego wystąpiły przynajmniej trzy z tak zwanych osiowych objawów uzależnienia.
Owe osiowe, czyli najważniejsze i centralne objawy danego zespołu chorobowego, to: silne pragnienie przyjmowania danej substancji, trudność w kontrolowaniu częstości lub ilości jej używania, nieprzyjemne objawy odstawienia, wiążąca się zazwyczaj z potrzebą przyjmowania coraz większych dawek dla uzyskania tego samego efektu zmiana tolerancji, zaniedbywanie alternatywnych form spędzania czasu oraz kontynuowanie używania mimo oczywistych szkód, także zdrowotnych.
Zasada ta dotyczy również części uzależnień behawioralnych, np. hazardu – w tym przypadku wystarczy „podmienić” substancję na dane zachowanie, by zobaczyć, jak kryteria te wyglądają w praktyce.
Trafiający do mnie ludzie – zarówno dorośli, jak i nastolatkowie – zazwyczaj mają już jakieś rozpoznanie za sobą, choć zdarza się i tak, że sprowadza ich niepokój, iż mogą mieć problem np. z alkoholem lub narkotykami. W tym drugim przypadku, jeżeli nie zostanę o to wprost poproszony, staram się nie stawiać diagnozy. Uważam, że nie jest ona niezbędna do tego, by pracować nad tym, co wnosi pacjent. Z czasem i tak stanie się jasne, jak daleko to wszystko zabrnęło. Znacznie ważniejsza wydaje mi się ocena, na jakim etapie procesu zmiany ktoś się znajduje. Pisałem o tym niedawno, więc nie będę się powtarzał. Tak w ogóle o całej tej teorii wspominam tytułem wstępu do dzisiejszego tekstu, który dotyczy wprawdzie diagnozowania, niemniej jednak nie zgodnie z przyjętymi w ICD-10 kryteriami, ale na podstawie odpowiedzi na jedno pytanie. I w sumie nie wiem nawet, czy sam je wymyśliłem, czy może kiedyś coś podobnego przeczytałem lub usłyszałem, ale to nie jest przecież ważne. Istotne, że odpowiedź na nie potrafi skłonić do refleksji kogoś zastanawiającego się nad tym, czy jego słabość do np. piwa nie jest już nałogiem.
Brzmi może ono mniej więcej tak: Postanowiłeś nie pić, podjąłeś terapię, udaje ci się zachowywać trzeźwość, coraz lepiej się czujesz. Wyobraź sobie teraz, że masz kilka dni tylko dla siebie. Pusty dom, rodzinę wiedzącą, że wszystko u ciebie w porządku i że potrzebujesz odpocząć od rozmów i telefonów, urlop lub po prostu wolne, brak pilnych spraw do załatwienia, trochę nadmiarowej gotówki w kieszeni. Mówiąc krótko, masz praktycznie gwarancję, że nikt się nie dowie, co robiłeś. Jak w takich okolicznościach poradzisz sobie z pokusą sięgnięcia po alkohol?
Czy będziesz potrafił spędzić ten czas w jakiś inny, nowy, bezpieczny sposób, czerpiąc prawdziwą satysfakcję z tego, co zdecydowałeś się robić?
Sprawa jest moim zdaniem jasna – ktoś nieuzależniony wymyśli coś dla siebie bez większego problemu. Natomiast człowiek, który dotąd – być może nawet każdą – wolną chwilę poświęcał oddawaniu się nałogowi, będzie musiał zmierzyć się z chęcią zrobienia tego znowu.
Przyznanie się przed samym sobą, że z okolicznościami sprzyjającymi „bezpiecznemu”, swobodnemu i dyskretnemu oddawaniu się np. obstawianiu zakładów, wiąże się silna pokusa powrotu do starych zachowań, może być – w moim przekonaniu – bardziej motywujące do pracy nad sobą niż jakiekolwiek inne formalne diagnozy. Oczywiście z zastrzeżeniem, że to jedynie użyteczny „test samorefleksyjny”, który nie zastępuje pełnej oceny klinicznej danej osoby.
You'll never walk alone?
Gdybym miał wskazać jeden, podstawowy błąd popełniany przez osoby zaczynające trzeźwe, wolne od substancji czy destrukcyjnych zachowań życie nie byłoby to łatwe. Nawrót, bo o nim mówimy w kontekście negatywnych konsekwencji procesu zdrowienia z uzależnienia, ma zazwyczaj wiele przyczyn. Nie pojawia się jednak znikąd. Choć osobom, które go doświadczają, często trudno samodzielnie dostrzec, jak do niego doszło.
Z oczywistych względów - bo tylko wtedy można podjąć skuteczne działania zaradcze - kluczowe jest, aby rozpoznać pierwsze symptomy nawrotu, zanim dojdzie do złamania abstynencji. I tu właśnie dochodzimy do sedna. To spostrzeżenie pozwala przypuszczać, że to, co napisałem na początku, może być zbyt ostrożne. Skoro zauważenie wczesnych sygnałów nawrotu daje szansę, by mu zapobiec, to może największym błędem osób trzeźwiejących jest właśnie ich niedostrzeganie?
Wydaje mi się, że coś jest na rzeczy.
Problem polega na tym, że z różnych powodów - które w uproszczeniu można sprowadzić do działania mechanizmów obronnych - osobie uzależnionej bardzo łatwo jest bagatelizować lub przeoczyć niepokojące sygnały. Posłużmy się przykładem.
Pani Katarzyna, 56 lat, od dwóch miesięcy uczestniczy w terapii. Zachowuje abstynencję, dobrze funkcjonuje w grupie. Podczas jednej z sesji opowiada, że od lat kolekcjonuje kryształy - ma już pokaźny zbiór. Niedawno przypadkiem natrafiła na ofertę sprzedaży wyjątkowo ładnych, kryształowych kieliszków w atrakcyjnej cenie.
Z wcześniejszych zajęć psychoedukacyjnych wie, że nie powinna trzymać w domu alkoholu ani związanych z nim akcesoriów. Do tej pory konsekwentnie stosowała się do tej zasady. Tym razem jednak zrobiła wyjątek. Tłumaczyła, że „to co innego” - bo kieliszki są po prostu piękne i mają pełnić funkcję dekoracyjną.
Terapeuta wraz z grupą pacjentów zwrócili uwagę, że to niepokojące, ponieważ są to przedmioty bezpośrednio kojarzone z piciem. Pani Katarzyna broniła się, przekonana, że sytuacja jest zupełnie neutralna. Na kolejnej sesji przyznała jednak, że przemyślała sprawę i postanowiła przekazać kieliszki swojej cioci, która również zbiera kryształy, ale nie ma problemu z alkoholem. Dodała też, że zaraz po zakupie rozstawiła je w domu i fantazjowała, jak pięknie wyglądałyby wypełnione czerwonym winem.
Z dużym prawdopodobieństwem można więc założyć, że dzięki terapii pani Katarzyna zdołała wychwycić coś, co niezauważone mogłoby doprowadzić do nawrotu. Ten przykład doskonale pokazuje, jak niezwykle ważny w procesie zdrowienia jest kontakt z innymi osobami przechodzącymi podobną drogę. Samemu bowiem zbyt łatwo ulec racjonalizacji i zbagatelizować zagrożenia.
Dlatego, gdybym miał jednak wskazać jeden główny, podstawowy błąd, który popełniają osoby rozpoczynające życie wolne od substancji czy destrukcyjnych zachowań, powiedziałbym: to brak grupy wsparcia złożonej z ludzi, którzy naprawdę rozumieją problem.
Moje doświadczenie tylko to potwierdza - trwałą zmianę osiągają ci, którzy w swojej trzeźwości nie pozostają samotni.

Anya is live and ready to show you everything. Watch her strip, dance, and perform exclusive shows just for you. Interact in real-time and make your fantasies come true.
Free to watch • No registration required • HD streaming
Etap utrzymania i rozwiązania
Etapy utrzymywania i rozwiązania są dwoma ostatnimi etapami transteoretycznego modelu zmiany Prochaski i DiClemente. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że zazwyczaj jako ostatni przedstawia się etap utrzymania przyjmując, że w tym miejscu zmiana jest już utrwalona i stare zachowania przestają być potencjalnie znów atrakcyjne. W literaturze przedmiotu, którą niestety się teraz nie podeprę, bo już nie pamiętam, gdzie o tym czytałem, a nie mam zbytnio chęci na poszukiwania, przyjmuje się, że w praktyce to właśnie “dodatkowy” etap rozwiązania jest uznawany jest za pewnego rodzaju ideał, do którego należy dążyć, a który jednak nie zawsze jest osiągany. Dzieje się tak, ponieważ nie zawsze wychodząc z uzależnienia można osiągnąć stan, w którym na przykład nikotyna przestaje być w jakimkolwiek stopniu atrakcyjna i osoba, której udało się zaprzestać jej używania wprawdzie bardzo dobrze sobie bez niej radzi, niemniej jednak musi pozostawać czujną, by do niej nie wrócić i wtedy to właśnie etap utrzymania należy uznać za koniec całego procesu. Dlatego też z praktycznego punktu widzenia to ten etap należy uznać za kluczowy, ponieważ to właśnie on pozostaje tym ostatnim i to znajdując się właśnie w nim osoba musi nauczyć się radzić sobie z codziennymi wyzwaniami. Nie oznacza to wykluczenia rozwiązania, a tylko pozostawienie go niejako z boku jako coś, co nie zawsze i niekoniecznie musi być osiągalne, gdyż nie jest niezbędne do trwałej zmiany. Wracając zatem do etapu utrzymania, to bardzo często etap ostatni, wymagający jednak koncentracji na utrzymaniu nowych, wypracowanych nawyków, by uniknąć powrotu do starych wzorców, czyli po prostu nawrotu. Może on trwać miesiącami lub nawet latami, cały czas jednak - w moim przekonaniu - przybliża on do wzorcowego rozwiązania, w którym substancja lub zachowania, które w całym tym procesie został odrzucone, przestaje być atrakcyjne i kuszące. Znam wielu ludzi, którzy ten stan osiągnęli i z powodzeniem w nim trwają.
Nawroty w uzależnieniach
O nawrotach w uzależnieniach pisałem już bardzo pobieżnie w notce pod tytułem “Poczucie własnej skuteczności”.
Dziś chcę wrócić do tego zagadnienia, a w zasadzie do samych podstaw z nim związanych, czyli przyczynach ich występowania. Najbardziej znany model opisujący powody dla których osoby, które dokonały jakiejś zmiany i już przez jakiś czas w niej trwają powracają do starych zachowań, przedstawili Alan Marlatt i Judith R. Gordon. Jest to koncepcja stwierdzająca, że największe znaczenie mają czynniki sytuacyjne poprzedzające nawrót. Zgodnie z nią - czy może raczej zgodnie z wynikami badań przeprowadzonymi przez tę dwójkę - można wyodrębnić osiem obszarów w których brak umiejętności zastosowania strategii zaradczych lub po prostu bierność, może doprowadzić do pojawienia się mogącego skutkować złamaniem abstynencji nawrotu. Są to:
Sytuacje wiążące się z przeżywaniem trudnych, nieprzyjemnych uczuć takich jak nuda, smutek, żal, zniechęceni itp.
Sytuacje sporne, konfliktowe, powiązane z odczuwaniem złości i agresji - zazwyczaj w miejscu pracy, szkole lub domu rodzinnym.
Wpływ środowiska zewnętrznego, czyli na przykład dawni znajomi namawiający do sięgnięcia po jakąś substancję.
Przyjemne, miłe doświadczenia - na przykład sukcesy w życiu towarzyskim lub zawodowym.
Okazje do tego, by sobie odpuścić, czyli takie, gdzie istnieje przyzwolenie na używanie. Na przykład przyjęcia, spotkania towarzyskie, wizyty w określonym typie lokali itp.
Problemy zdrowotne, dyskomfort związany z funkcjonowaniem. Na przykład problemy z zaśnięciem, bóle reumatyczne.
“Sprawdzanie się”; na przykład próby picia kontrolowanego lub zagrania za bardzo małą kwotę itp.
Pojawienie się nagłej, silnej chęci na podjęcie nałogowego zachowani, czyli po prostu głodu.
Według przeprowadzających to badanie, większość (około 60%) przypadków złamania abstynencji jest skutkiem nieporadzenia sobie z trudnymi emocjami i konfliktami (pkt. 1 i 2) lub wpływem środowiska (pkt.3). Pozostałe pięć (pkt. 4-8) odpowiada za 40% przypadków nawrotów. Oczywiście przyczyną nawrotu może być na przykład jakaś sytuacja sporna i związana z nią złość i agresja, ale też połączenie różnych wymienionych tu czynników. Na pewno jednak ważne jest, by uzależniony zdawał sobie sprawę z tego, co zagraża jego trzeźwości. Nie tylko po to, by unikać na przykład spotkań towarzyskich z alkoholem (choć to bardzo ważne), ale także w tym celu, by być czujnym na przykład wtedy, gdy coś boli lub udaje się z sukcesem sfinalizować coś ważnego.
Wybieganie w przyszłość
Podczas niedawnej sesji pacjent ujawnił mi, że wybiega czasem myślami w przyszłość i widzi tam siebie biorącego jednorazowo narkotyk. Jednorazowo - podkreślił. - Chodzi mi tylko o to, że w pewnych sprzyjających okolicznościach mógłbym to zrobić - doprecyzował. - Powiedzmy za dwa lata, gdy będę już studiował i mieszkał w innym mieście - dodał. Nie zdziwiłem się specjalnie słysząc to wszystko. Nie ze względu na tego konkretnie pacjenta i moją wiedzę na temat historii jego uzależnienia oraz przebieg dotychczasowej terapii. Po prostu wiem, że tego rodzaju myśli nie są czymś specjalnie rzadkim. Zaczęliśmy wspólnie się im przyglądać. Najpierw rozważyliśmy możliwe skutki takiego incydentalnego przyjęcia substancji. Wyszło nam, że te mogą być przyjemne albo wręcz odwrotnie. W tym drugim przypadku sprawa wydała mu się prostsza, gdyż wtedy miałby jasność, że jednak nie było warto i pokusa powtórzenia eksperymentu byłaby niewielka. Otworzyło to nam drogę do dalszych rozważań zakończonych konstatacją, że w takim razie w sytuacji odwrotnej, chęć zażycia po raz drugi wzrosłaby z tego prostego powodu, że skoro jest przyjemnie, to dlaczego do tego nie wrócić. Ujmując rzecz wprost, co stałoby wtedy na przeszkodzie, by powrócić do regularnego brania. Odpowiedzią pacjenta na to było stwierdzenie, że zatrzymałaby go doświadczana już teraz satysfakcja z życia w trzeźwości. W tym momencie nie mogłem nie zapytać, dlaczego zatem w ogóle rozważa możliwość zażycia czegoś kiedyś, skoro teraz czerpie satysfakcję z bycia wolnym od substancji. To znów dało mu do myślenia otwierając bardzo ważny temat rozważań nad poziomem satysfakcji własnej z - nazywam ją tak teraz w uproszczeniu - abstynencji. Mówiąc inaczej, czego może mu jeszcze brakować, by poczuł, że naprawdę narkotyki nie są mu do niczego potrzebne. O tym jednak postanowiliśmy porozmawiać następnym razem, a puentą opisanej tu skrótowo sesji był wniosek, że zostawianie sobie otwartej furtki w przyszłości niesie ze sobą realne i konkretne zagrożenia i ważne jest, by nie bagatelizować ich już teraz. Zwłaszcza, że techniczna możliwość zażycia nie zniknie, po co więc w ogóle o niej myśleć.