21.06.2022
Wydaje mi się, że moja pamięć najskrupulatniej przechowuje wydarzenia, w których poczułem jakiś wstyd, sytuacje, które mi coś uświadomiły na temat mnie samego.
Rozmowa o nazwiskach na lekcji edukacji regionalnej, kiedy nie ukryłem zadowolenia ze szlacheckiego brzmienia mojego nazwiska i spojrzenie, które rzuciła mi A. L., która powiedziała potem A. K. "my to jesteśmy chłopki". Moja deklaracja na nabrzeżu jeziora w Lidzbarku Welskim, że zawsze chciałem zostać hipsterem i pełna niedowierzania, sarkastyczna reakcja młodych warszawiaków na moje tak niezdarnie ujawnione, drobnomieszczańskie ambicje.
Niemiecki zwiedzający w jasnej koszuli i starszym wieku pośliznął się na glazurze Museu Cau Ferrat. Delikatna głowa uderzyła w twarde ścianki zagłębionej w podłodze nieczynnej fontanny, a na białych włosach i niebieskich płytkach pojawiła się krew.
Siedzieliśmy na białych krzesełkach przy białym stoliku, zwróceni twarzami do środka kwadratowego placu, a z każdego roku patrzyli na nas zwróceni twarzami do środka placu faceci i mężczyźni, hunki i guye, twinki i ottery. To był plac do patrzenia się na siebie nawzajem. Chciałem się tam cały wieczór popisywać, założyłem oczojebne, wyczyszczone białe buty, zamówiłem drogiego drinka z zieloną słomką, mrużyłem oczy w przekonaniu, że doda mi to zajebistości. L był bardzo niezadowolony, czuł się wyraźnie nieswojo, nie podobało mu się na tym targowisku próżności, czuł się odsłonięty, czuł, że nie jest sobą i że ja nie jestem sobą. Chciał stamtąd jak najszybciej iść. Byłem pijany. Wyczułem, jak rozpada się nastrój; że właściwie nie było żadnego nastroju odkąd tylko zażyczyłem sobie, żebyśmy tutaj przyszli. Obudziły się we mnie znienacka dziwne podejrzenia, jakaś pewność we mnie została nagle zachwiana, rosło we mnie poczucie czegoś strasznego, zaczynałem sobie zdawać sprawę, że czuję się obrażony, więcej, docierało do mnie ze zgrozą coś, co do niedawna nie przyszłoby mi do głowy, coś absurdalnego, a jednak nagle oczywistego - że L nie chce się ze mną tutaj pokazywać, że nie chce uczestniczyć w teatrze bycia parą, popisywaniu się sobą, L nie chce się do mnie przyznawać, nie chce publicznie potwierdzać, że jesteśmy parą. Zimne osłupienie wypełniło mi gardło i rozeszło po nerwach. Zerwałem się i wstałem, L ruszył za mną, wyszliśmy szybko z placu.
Od świateł miasta, od gwaru bulwaru zszedłem na ciemną plażę, żeby ukryć się w hałasie niewidocznych fal. Usiadłem i płakałem, białymi butami ryłem w piasku, głowę ukryłem w ramionach.
Myślisz, że za sto lat będą wciąż stać te domy, czy ludzie będą opalać się na tej plaży, chodzić tym nabrzeżem? pytałem, kiedy wracaliśmy powoli niosąc zakupy na obiad. Podniesie się poziom morza. Zmieni się klimat. Rozrosną miasta. Może zbudują ogromny mur, żeby nie dopuścić rosnącego morza. Może nanotechnologie pomogą konserwatorom wymieniać kruszącą się tkankę coraz silniej rozgrzanych białych willi. Może my tu się jeszcze kiedyś przespacerujemy, starzy, oparci o balkoniki czy na lewitujących suspensorach. Byłem w stanie sobie to wyobrazić, a nie byłem w stanie wyobrazić sobie tego, że za dwa lata ten ironicznie patrzący na mnie, zgrzany, zmęczony ale zadowolony człowiek na zawsze zniknie z mojego życia.
Zabawne, że ludzie, którzy głosują na partie faszystowskie lub populistyczne nigdy się do tego nie przyznają. Większość ich politycznego czasu to gniewne milczenie. Ludzie głosujący na lewicę nie mają problemu z przyznaniem się, na kogo głosują. Oczywiście liberałowie też. Czego się wstydzą głosujący na faszystów i populistów?
Próbowałem wytłumaczyć M. moją ideę powieści o zwyczajnych ludziach - opartą na trzech latach związku mojego i L. - która również zwróciłaby uwagi na przemiany Łodzi w latach 2018-2020. M. mnie rozumiał, sam był chętny zrobić coś podobnego, choć na ogół interesują go znacznie wyższe poziomy abstrakcji. Zmęczył się mną szybko i na następnym afterze tylko na mnie zerkał, milcząc, kiedy wykonywałem w jego kierunku desperackie, dość żałosne gesty, żeby go zachęcić do zadania mi jakiegoś pytania lub powiedzenia czegoś ciekawego. Uznałem, że muszę z nim zacząć rozmawiać o czymś bardziej przyziemnym, o muzyce, o nim samym, chyba że chodzi o to, że on na aftery przychodzi dokładnie po to, żeby potańczyć w milczeniu i nie musieć gadać chociaż raz na tydzień. Czułem tę przepaść wynikającą z braku dobrze zorganizowanego i wyczyszczonego aparatu pojęciowego w mojej głowie. Rozmawiać ze mną dla niego musiało być jak rozmawiać z narzucającym się uczniakiem. Wystrzelałem się zbyt szybko ze wszystkich punktów zaczepienia i tematów, w których cokolwiek wiedziałem i które w jakikolwiek sposób mogłyby mu przynieść coś oryginalnego.











