Polska scena rapowa nie posiada takiego instynktu. Wynika to z faktu, że od dziecka masz tam względnie przejebane i pieniądze są zawsze problemem. W Stanach możesz wyżyć spokojnie z gościnek czy egzystencji w podziemiu bo stawki są, jak na polskie warunki, niebotyczne. W amerykańskich realiach robiąc rap niezależnie latasz fajną furą, masz chatę, masz wyjebane. Podobnie jest w Niemczech, podobnie we Francji. W Polsce nigdy tak kurwa nie będzie bo najpierw zniknęliśmy z mapy, potem zagazowano nam inteligencję a następnie napierdalano czerwonym batem przez 4 dekady. Taki układ generuje ogromny dysonans między przedstawicielami warstw, no nie oszukujmy się kurwa, wyższych a klasami od średniej w dół. Ja, na przykład, mam ojca ślusarza a matkę technika chemika (podwójny i mi tego nie zabierzesz), uważam się za przedstawiciela proletariatu i to zdanie ma uspokoić wszystkich jebanych idiotów, którzy nie zrozumieli poprzedniego: chodzi mi o to, że ciągła walka o byt odziera Cię z ludzkich odruchów. Polski rap to jest kurwa rynsztok, jeżeli chodzi o zasady. Patent jest taki, że nagrywasz album, który ssie kutasa pod każdym względem i wciskasz go dzieciakom jako dobry produkt. One to łykają, BO TO DZIECI, tłumnie zwalają się na koncerty i potem piszesz komuś, kto wytyka ci oczywistą chujowość “SPRAWDŹ KURWO ILU MAM FANÓW TO NIE MOŻE BYĆ CHUJOWE”. No więc oczywiście jest, idioto, ”Ich Troje” sprzedali miliony płyt i mogliby powiedzieć Ci to samo i jestem zażenowany, że się mnie zmusza do używania argumentów takiego kalibru.
Laikike1 o polskiej scenie rapu (via trzesienienieba)


















