ΕwiΔ
teczne, fluff, romans.
W sklepowych witrynach zagoΕciΕy mikoΕaje oraz lampki, w radiu leciaΕy same ΕwiΔ
teczne piosenki, a po galeriach krΔciΕo siΔ mnΓ³stwo spanikowanych ludzi, w poszukiwaniu prezentu. Tak, BoΕΌe Narodzenie zbliΕΌaΕo siΔ wielkimi krokami, jednak mieszkaΕcy Doncaster byli na to od dawna przygotowani. Domy zostaΕy ozdobione juΕΌ w poΕowie paΕΊdziernika, a inne budynki nawet wczeΕniej. Dzieci chodziΕy podekscytowane, ΕpiewajΔ
c kolΔdy od czasu do czasu, lub wymieniajΔ
c siΔ listΔ
prezentΓ³w, ktΓ³re chciaΕyby dostaΔ. DoroΕli patrzyli na nie pobΕaΕΌliwie. Sami juΕΌ tak bardzo nie odczuwali magii ΕwiΔ
t, ale starali siΔ pokazaΔ swoim podopiecznym jej siΕΔ.
WΕadze miasta rΓ³wnieΕΌ przyczyniΕy siΔ do budowania przyjaznej atmosfery. W samym centrum miasta powstaΕ doΕΔ spory jarmark ΕwiΔ
teczny, na ktΓ³rym moΕΌna byΕo znaleΕΊΔ przerΓ³ΕΌne rzeczy. ByΕy stoiska zarΓ³wno z grzanym winem i lokalnymi przysmakami, ale teΕΌ z drobnymi prezentami, puchowymi skarpetkami, a nawet ozdobami na choinkΔ. ZewszΔ
d ulatniaΕ siΔ zapach cynamonu, goΕΊdzikΓ³w oraz pomaraΕczy, co wraz z muzykΔ
na ΕΌywo stwarzaΕo niezapomniane wraΕΌenie. Z tego wzglΔdu kaΕΌdego dnia przewijaΕy siΔ przez jarmark tΕumy, dajΔ
c zarobiΔ wytrwaΕym i cierpliwym sprzedawcΔ
.
Jednym z nich byΕ dwudziestojednoletni chΕopak - Harry Styles. Na pierwszy rzut oka nie wydawaΕo siΔ to byΔ dziwne, jednakΕΌe niektΓ³rzy ludzie przychodzΔ
cy na jarmark codziennie od pierwszego dnia grudnia, zaczΔli dostrzegaΔ coΕ niezwykΕego w jego postawie. Jego ubrania byΕy zdecydowanie za cienkie jak na tΔ porΔ roku, nie miaΕ teΕΌ czapki ani szalika, a spodnie, ktΓ³re miaΕ na sobie, Β byΕy wytarte i poniszczone. RΓ³wnieΕΌ jego zachowanie byΕo na pewien sposΓ³b dziwne. ByΕ zaskakujΔ
co dokΕadny przy swojej pracy, zawsze staraΕ siΔ zadowoliΔ klienta, a jeΕΌeli coΕ byΕo nie tak, przepraszaΕ zdecydowanie za duΕΌo razy, niΕΌ byΕo to potrzebne.
JednakΕΌe, miaΕ teΕΌ dar zjednywania wokΓ³Ε siebie ludzi. Nie tylko skΕadaΕy siΔ na to jego niesamowite umiejΔtnoΕci kulinarne, dziΔki ktΓ³rym miaΕ mnΓ³stwo klientΓ³w, krΔcΔ
cym siΔ przy jego stoisku. ChΕopak sprzedawaΕ cynamonowe buΕeczki, z lukrem i rΓ³ΕΌnymi dodatkami: orzechami, musami owocowymi, a takΕΌe polewami. Z pewnoΕciΔ
biΕy rekordy popularnoΕci, dziΔki czemu do jego skarbonki trafiaΕo coraz wiΔcej monet.
Zatem co byΕo w nim takiego niezwykΕego? To trudne pytanie. Wszystko co skΕadaΕo siΔ na Harry'ego Stylesa, byΕo w pewien sposΓ³b wyjΔ
tkowe. Nieznajomych przyciΔ
gaΕ do niego jego uΕmiech, oraz ciepΕa barwa gΕosu. MΔΕΌczyzna z niezwykΕa delikatnoΕciΔ
zwracaΕ siΔ do kaΕΌdego napotkanego czΕowieka, co rozczulaΕo juΕΌ po pierwszym sΕowie lub geΕcie z jego strony. StaraΕ siΔ zagadywaΔ zarΓ³wno dzieci, jak i staruszkΓ³w. Do wszystkich podchodziΕ z naleΕΌytym szacunkiem, ale teΕΌ dystansem.
Tak, to chyba byΕ wΕaΕnie sekret tej dziwnoΕci. Harry pomimo tego, ΕΌe byΕ bardzo pogodny oraz miaΕ zΕote serce, byΕ niezwykle zamkniΔtym w sobie chΕopakiem. Niewiele rozmawiaΕ z innymi sprzedawcami, choΔ nie raz starali siΔ wciΔ
gnΔ
Δ go w swoje towarzystwo. Dwudziestojednoletni mΔΕΌczyzna wolaΕ spΔdzaΔ czas w samotnoΕci, co znΓ³w wzbudzaΕo zainteresowanie. Ludzie plotkowali, wymieniajΔ
c siΔ coraz bardziej niedorzecznymi poglΔ
dami, bardzo dalekimi od prawdy.
Historia Stylesa nie byΕa usΕana rΓ³ΕΌami. W wieku szesnastu lat opuΕciΕ rodzinne strony, udajΔ
c siΔ do renomowanej szkoΕy z internatem w Doncaster, ktΓ³ra miaΕa mu zapewniΔ godziwΔ
i udanΔ
przyszΕoΕΔ. WΕaΕnie, miaΕa. Nic z tego nie wyszΕo. Pomimo tego, ΕΌe nastolatek uczyΕ siΔ Εwietnie i nie miaΕ problemΓ³w z opanowaniem dodatkowego materiaΕu, to egzaminy nie poszΕy mu dobrze. Nigdy nie radziΕ sobie w stresujΔ
cych sytuacjach, co byΕo jego gwoΕΊdziem do trumny. Nie zdoΕaΕ uzyskaΔ stypendium, co zawyrokowaΕo na jego przyszΕoΕci.
W rodzinie Harry'ego nie przelewaΕo siΔ od rozwodu rodzicΓ³w. Ojciec chΕopca zostawiΕ rodzinΔ, gdy ten miaΕ jedynie siedem lat. Od tego czasu jego mama musiaΕa wziΔ
Δ na swojΔ
gΕowΔ wszystkie obowiΔ
zki, ktΓ³re wczeΕniej dzielili na dwoje. Harry oraz jego siostra starali siΔ jΔ
jak najmocniej wspieraΔ. Nawet doszΕo do tego, ΕΌe znaleΕΊli sobie prace dorywcze. Gemma zajmowaΕa siΔ w weekendy dzieΔmi, za to jej brat pomagaΕ w lokalnej piekarni, dziΔki czemu czΔΕciowo odciΔ
ΕΌali Anne finansowo.
BiorΔ
c pod uwagΔ sytuacje materialnΔ
jego rodziny, Styles nie mΓ³gΕ pozwoliΔ sobie na wyΕΌszΔ
edukacje. Studia byΕy zdecydowanie poza jego zasiΔgiem. Czesne za jeden semestr byΕy tak drogie, ΕΌe Harry musiaΕby odkΕadaΔ na niego przez kilka miesiΔcy.
Z tego wzglΔdu po skoΕczeniu szkoΕy, wylΔ
dowaΕ w obcym mieΕcie bez ΕΌadnych perspektyw na ΕΌycie. MoΕΌna by byΕo pomyΕleΔ, ΕΌe przez te trzy lata w szkole Εredniej, chΕopak odnajdzie przyjaciΓ³Ε, a moΕΌe nawet miΕoΕΔβ¦ Niestety, ani to ani to siΔ nie wydarzyΕo. Przez dziewiΔΔdziesiΔ
t dziewiΔΔ procent czasu Harry byΕ przyklejony do ksiΔ
ΕΌek. Nauczyciele zawsze powtarzali mu, ΕΌe bez problemu zaΕapie siΔ na stypendium oraz dobrΔ
uczelnie.
Z perspektywy czasu, chΕopak ΕΌaΕowaΕ, ΕΌe tak bardzo odcinaΕ siΔ od imprez i ΕΌycia spoΕecznego. Przez to nie miaΕ do kogo zadzwoniΕ, przytuliΔ siΔ, czy wypΕakaΔ siΔ na czyimΕ ramieniu. CzuΕ siΔ niesamowicie samotny, pomimo tego, ΕΌe miasto tΔtniΕo duchem mΕodych ludzi i pozytywnΔ
energiΔ
.
Finalnie Harry wylΔ
dowaΕ w obskurnym jednopokojowym mieszkaniu, w ktΓ³rym staraΕ siΔ przetrwaΔ. Tapety odpadaΕy z podgniΕych Εcian, meble byΕy kupione zdecydowanie kilkadziesiΔ
t lat przed jego narodzeniem, a takΕΌe podejrzewaΕ, ΕΌe za niedΕugo zalΔgnΔ
Ε siΔ u niego szczury. CzΔsto rΓ³wnieΕΌ nie byΕo prΔ
du lub ogrzewania, gdyΕΌ nie staΔ go byΕo na opΕacenie rachunkΓ³w.
UtrzymywaΕ siΔ z pierwszych lepszych prac. Nikt nie chciaΕ zatrudniaΔ mΕodego nieudacznika bez studiΓ³w, dlatego zazwyczaj koΕczyΕ na zmywaku lub wycierajΔ
c podΕogi. Nierzadko rΓ³wnieΕΌ sprzΔ
taΕ publiczne toalety, co stanowiΕo jego numer jeden w rankingu najbardziej obrzydliwych rzeczy jakie robiΕ w ΕΌyciu.
Tak spΔdziΕ dwa lata, starajΔ
c siΔ przetrwaΔ kolejne dni. Niewiele rzeczy zaburzaΕo jego rutynΔ. Nie miaΕ juΕΌ nawet ochoty marzyΔ, myΕleΔ co by byΕo gdyby. Nie chciaΕ siΔ ΕudziΔ, ΕΌe jego los moΕΌe siΔ kiedykolwiek odmieniΔ, gdyΕΌ gdyby siΔ to nie staΕo, po raz kolejny zostaΕby zraniony do krwi.
JednakΕΌe wiadomoΕΔ o ΕwiΔ
tecznym jarmarku ukΕuΕa go prosto w serce. Nie wiedziaΕ czemu, ale strasznie chciaΕ byΔ czΔΕciΔ
tego przedsiΔwziΔcia. Z tego wzglΔdu, juΕΌ od wakacji odkΕadaΕ co miesiΔ
c drobnΔ
sumΔ pieniΔdzy. Na szczΔΕcie to wystarczyΕo, by opΕaciΔ miejsce, a takΕΌe zapewniΔ wszystkie niezbΔdne sprzΔty, potrzebne do wypieku cynamonowych, sΕodkich ciastek. Co prawda wszystko byΕo z drugiej rΔki, jednak dziaΕaΕo tak jak powinno, co niezmiernie cieszyΕo Harry'ego.
Tak oto znalazΕ siΔ przy swoim skromnym stoisku. Nie byΕo ono przesadnie ozdobione, brakowaΕo kolorowych lampek oraz innych bibelotΓ³w, na ktΓ³re najzwyczajniej w Εwiecie nie byΕo chΕopaka staΔ. Jednak klienci nie zwracali na to uwagi. Zachwycali siΔ smakiem, ktΓ³ry w zupeΕnoΕci rekompensowaΕ brak niepotrzebnych ΕwiecideΕek.
Styles najbardziej cieszyΕ siΔ, gdy wracali do niego stali klienci. Jednym z nich byΕ osiemnastoletni Louis Tomlinson, ktΓ³rego Harry znaΕ ze szkoΕy Εredniej. Przez osiem dni przychodziΕ regularnie, po godzinie dwudziestej drugiej, przejmujΔ
c tytuΕ jego ostatniego klienta.
MogΕoby siΔ wydawaΔ, ΕΌe Harry wczeΕniej nie robiΕ nic, tylko siΔ uczyΕ, przez co nie kojarzyΕ wiΔkszoΕci osΓ³b ze starej szkoΕy. Nie byΕa to jednak prawda. Styles potrafiΕ doceniΔ, gdy ktoΕ byΕ interesujΔ
cy, lub przyciΔ
gaΕ go do siebie, a Louis byΕ jednΔ
z takich osΓ³b. Znali go wszyscy w sΔ
siedztwie, dwudziestojednolatek byΕ o tym przekonany, gdyΕΌ nie daΕo siΔ zapomnieΔ takiej twarzy.
Tomlinson byΕ drobny, ale umiΔΕniony. PociΔ
gΕΔ
twarz zawsze zdobiΕ uΕmiech, ktΓ³ry dosiΔgaΕ jego przeraΕΊliwie niebieskich oczu. MiaΕ brΔ
zowe, roztrzepane wΕosy, ktΓ³re zaczesywaΕ do gΓ³ry. Bez dwΓ³ch zdaΕ byΕ przystojny, ale nie tylko to sprawiaΕo, ΕΌe wydawaΕ siΔ byΔ inny niΕΌ reszta.
Szatyn odznaczaΕ siΔ uprzejmoΕciΔ
oraz ujmujΔ
cym uΕmiechem, ktΓ³ry moΕΌna byΕo dostrzec z koΕca korytarza. KrΔciΕo siΔ wokΓ³Ε niego wiele osΓ³b, gdyΕΌ zawsze opowiadaΕ Εmieszne ΕΌarty oraz zaskakujΔ
ce historiΔ. Dodatkowo fakt, ΕΌe chΕopak trenowaΕ balet, sprawiΕ, ΕΌe kaΕΌdy chciaΕ byΔ w jego gronie znajomych. Przynajmniej w tamtych czasach.
Harry patrzyΕ na mΕodszego chΕopca i szczerze, rozumiaΕ jego fenomen. Sam marzyΕ o tym, ΕΌeby szatyn choΔ raz siΔ do niego odezwaΕ. Nie wiedziaΕ, skΔ
d przyszΕa ta fascynacja, czy to sprawka caΕuΕnych ust, czy jednak jΔdrnych poΕladkΓ³w. Tak czy tak, w czasach szkolnych Louis byΕ jego niedoΕcignionym ideaΕem.
Po trzech latach niewiele siΔ zmieniΕ. ByΕ nieco wyΕΌszy, ale nie na tyle, by siΔgnΔ
Δ do najwyΕΌszej szafki w kuchni. Jego wΕosy wydawaΕy siΔ byΔ bardziej niesforne, jednakΕΌe wszystko inne pozostawaΕo bez zmian. WΔ
skie rΓ³ΕΌowe usta, sympatyczny uΕmiech oraz aura szczΔΕcia, ktΓ³rΔ
wokΓ³Ε siebie tworzyΕ.
Z tego wzglΔdu, juΕΌ po trzecim dniu jarmarku, staΕ siΔ ulubionym klientem Harry'ego. Co prawda niewiele rozmawiali, pozostajΔ
c na staΕym gruncie, jednak serce bruneta przyspieszaΕo na widok Louisa, do czego nie miaΕ odwagi siΔ przyznaΔ. TraktowaΕ go z uprzejmoΕciΔ
, starajΔ
c siΔ nie narzucaΔ za bardzo. Na szczΔΕcie, szybko siΔ to zmieniΕo.
ByΕ to kolejny, zwykΕy grudniowy dzieΕ, ktΓ³ry nie okazaΕ siΔ byΔ Εaskawy dla mieszkaΕcΓ³w Doncaster. Od rana, z zachodu na wschΓ³d wiaΕy silne wiatry, a w poΕowie dnia doΕΔ
czyΕ do niego intensywny deszcz, ktΓ³ry umiejΔtnie odgoniΕ wszystkich ludzi, przechadzajΔ
cych siΔ wokΓ³Ε straganΓ³w.
Tym oto sposobem Harry spΔdziΕ caΕy dzieΕ siedzΔ
c na niewygodnym krzeΕle i wpatrujΔ
c siΔ w strukturΔ kaΕuΕΌ, ktΓ³re tworzyΕy siΔ na podziurawionym chodniku. WiΔkszoΕΔ sprzedawcΓ³w juΕΌ dawno siΔ poddaΕa i pojechaΕa do domΓ³w, jednak Styles nadal czekaΕ na swojego ulubionego klienta.
ZobaczyΕ go dopiero przed dziesiΔ
tΔ
. Jak zwykle miaΕ na sobie dΕugi szary pΕaszcz, do ktΓ³rego przewiΔ
zany miaΕ na szyi biaΕy szalik, a przez ramie miaΕ przewieszonΔ
sportowΔ
torbΔ. Nie posiadaΕ ani kaptura, ani czapki, przez co jego karmelowe wΕosy przykleiΕy siΔ mu do twarzy. Ostatnie metry niemal przebiegΕ, by mΓ³c w koΕcu stanΔ
Δ pod obskurnym daszkiem stoiska Harry'ego.
β CzeΕΔ Harry β powiedziaΕ mΕodszy, szczΔkajΔ
c zΔbami.
Od kilku dni nie czuΕ siΔ za dobrze, a deszcz mΓ³gΕ zwiastowaΔ przyszΕΔ
chorobΔ, na ktΓ³rΔ
nie mΓ³gΕ sobie pozwoliΔ. Od dwΓ³ch miesiΔcy razem ze swojΔ
grupΔ
przygotowujΔ
βDziadka do orzechΓ³wβ, gdzie taΕczyΕ jednΔ
z pierwszoplanowych rΓ³l. To byΕa jego najwiΔksza produkcja jak do tej pory, przez co trenowaΕ dwa razy ciΔΕΌej niΕΌ zazwyczaj.
β Oh, Louis, hej β wymruczaΕ Harry, pakujΔ
c niezmienne od poczΔ
tku zamΓ³wienie szatyna.
Styles byΕ strasznie nieΕmiaΕy. Lata spΔdzone w odosobnieniu, gdzie byΕ zdany tylko na siebie, daΕy mu siΔ we znaki. Nie miaΕ problemu z obcowaniem z nieznajomymi ludΕΊmi, jak ze swoimi klientami, jednak Louis byΕ inny, przywodziΕ mu na myΕl to, jak zachowywaΕ siΔ w szkole Εredniej. Przez to Harry czΔsto siΔ jΔ
kaΕ lub nie potrafiΕ nic z siebie wydusiΔ, co wyrzucaΕ sobie kilka godzin pΓ³ΕΊniej.
β To co zwykle β rzuciΕ szatyn, zanim kichnΔ
Ε gΕoΕno. β Przepraszam, chyba coΕ mnie ΕapiΔ.
Brunet spojrzaΕ siΔ zmartwiony na sylwetkΔ mΕodszego chΕopaka. ByΕ on przemoczony do suchej nitki, gdyΕΌ nie miaΕ kurtki przeciwdeszczowej, nie wspominajΔ
c o kapturze czy parasolu. Stylesowi zrobiΕo siΔ ΕΌal Louisa, ktΓ³ry ΕciskaΕ razem swoje dΕonie, starajΔ
c siΔ wydobyΔ z nich jakiekolwiek pokΕady ciepΕa.
β Nie powinieneΕ chodziΔ w takim deszczu β sapnΔ
Ε Harry. β BΔdziesz chory.
Zmartwienie w jego gΕosie byΕo czuΔ na kilometr, przez co Tomlinson uΕmiechnΔ
Ε siΔ lekko. Od dawna byΕ zauroczony w tym sΕodkim baΕaganie. Harry urzekΕ go juΕΌ kilka lat temu, gdy po raz pierwszy go zobaczyΕ, jednakΕΌe wtedy byli nastolatkami. Louis dopiero odkrywaΕ kim jest i jakΔ
drogΔ
chce siΔ kierowaΔ, a Harry byΕ zbyt skupiony na dobrych ocenach, by zebraΔ siΔ na odwagΔ i porozmawiaΔ z mΕodszy.
β Nie mam innego wyjΕcia β skrzywiΕ siΔ szatyn.
Styles zapakowaΕ do pudeΕka trzy cynamonowe ciastka z polewΔ
karmelowΔ
, ktΓ³rej daΕ podwΓ³jnΔ
iloΕΔ, ale nikt nie musiaΕ o tym wiedzieΔ. W jego gΕowie zrodziΕa siΔ pewna myΕl, jednak nie wiedziaΕ, co by na to odparΕ chΕopak. Ostatecznie, postanowiΕ zaryzykowaΔ.
β MogΔ cie odprowadziΔ do domu, jeΕli chcesz β powiedziaΕ, przygryzajΔ
c wnΔtrze policzka. β Mam parasol,a Β moje stoisko juΕΌ od dawna powinno byΔ zamkniΔte.
Od razu po wypowiedzeniu tego zdania, spuΕciΕ wzrok na swoje dΕonie, ktΓ³re staraΕy siΔ zamknΔ
Δ pudeΕko z ciastkami. Gdy wreszcie mu siΔ to udaΕo i mΓ³gΕ podaΔ je Louisowi, spojrzaΕ w jego urocze oczy.
β ByΕoby mi bardzo miΕo, gdybyΕ to zrobiΕ β odpowiedziaΕ Tomlinson, przestΔpujΔ
c z nogi na nogΔ.
Harry skinΔ
Ε tylko gΕowΔ
i przekazaΕ reklamΓ³wkΔ z wypiekami mΕodszemu chΕopakowi. Co prawda miaΕ juΕΌ wszystko pozamykane i posprzΔ
tane, ale zbieraΕ siΔ doΕΔ niezdarnie. ByΕo mu odrobinΔ gΕupio. Co prawda miaΕ parasol, jednak byΕ on zniszczony i odrobinΔ przetarty, co dla niego nie byΕo niczym dziwnym, jednakΕΌe nie dla Louisa.
W koΕcu opuΕciΕ swojΔ
maΕΔ
budkΔ i stanΔ
Ε przy mΕodszym chΕopaku. Dopiero teraz mΓ³gΕ tak naprawdΔ zobaczyΔ jak niski byΕ Tomlinson. ByΕo to rozczulajΔ
ce. Harry przekalkulowaΕ, ΕΌe gΕowa Louisa idealnie wpasowaΕaby siΔ w jego pierΕ, co wywoΕaΕo dziwne uczucie w jego brzuchu.
Styles otworzyΕ parasol i skromnie zaproponowaΕ ramiΔ towarzyszowi. Louis chΔtnie siΔ go zΕapaΕ, po czym znΓ³w kichnΔ
Ε. ZdawaΕ siΔ czuΔ coraz gorzej.
ChΕopcy na poczΔ
tku niewiele rozmawiali. Harry baΕ siΔ, ΕΌe zrobi z siebie idiotΔ przed Tomlinsonem, co byΕo ostatniΔ
rzeczΔ
jakiej pragnΔ
Ε w tej chwili. Z tego wzglΔdu Louis przejΔ
Ε paΕeczkΔ.
β CaΕa moja rodzina zachwyca siΔ twoimi wyrobami, Harry β powiedziaΕ lekko, starajΔ
c siΔ nie spΕoszyΔ mΔΕΌczyzny. β NaprawdΔ masz wielki talent.
β Oh β mruknΔ
Ε brunet w odpowiedzi. β Dz-dziΔkuje.
Styles nie wiedziaΕ co siΔ z nim dziaΕo. Pierwszy raz w ΕΌyciu miaΕ tak blisko siebie kogoΕ idealnego i nie potrafiΕ tego wykorzystaΔ. Nie byΕ gΕupi, widziaΕ, ΕΌe Louis takΕΌe czuΕ siΔ dobrze w jego towarzystwie, jednak przeΕamywanie lodΓ³w przychodziΕo mu z trudem. Dodatkowo jego sytuacja materialna nie dodawaΕa mu ΕmiaΕoΕci. BaΕ siΔ, ΕΌe Tomlinson moΕΌe byΔ nim zniesmaczony.
β PowinieneΕ byΔ bardziej pewny siebie i swojego talentu β odezwaΕ siΔ znΓ³w ciepΕo osiemnastolatek, ktΓ³ry nie miaΕ zamiaru marnowaΔ nadarzajΔ
cej siΔ mu okazji.
β Nie wiem, czy moΕΌna to nazwaΔ talentem β wydusiΕ w koΕcu z siebie Harry. β Po prostu lubiΔ piec. Zgaduje, ΕΌe jest to moja rzecz.
Louis uΕmiechnΔ
Ε siΔ szeroko.
β To w taΕcu nazywamy talentem. JeΕΌeli lubisz to robiΔ i robisz to dobrze β powiedziaΕ, odgarniajΔ
c mokre wΕosy z czoΕa.
ChΕopcy opornie, ale w koΕcu zaczΔli rozmawiaΔ na przerΓ³ΕΌne tematy, zaczynajΔ
c od gustu muzycznego, a koΕczΔ
c na ksiΔ
ΕΌkach i filmach. Czuli siΔ coraz swobodniej w swoim towarzystwie. Harry nie mΓ³gΕ w to uwierzyΔ, ΕΌe ktoΕ taki jak Louis, nie zwraca uwagi na to, ΕΌe jest ubrany w Εachmany, pachnie szarym mydΕem, a zamiast zimowych butΓ³w ma na sobie dziurawe trampki. Tomlinson sprawiaΕ, ΕΌe czuΕ siΔ wyjΔ
tkowy.
Droga do domu szatyna zajΔΕa im dwadzieΕcia minut. SpΔdzili ten czas na poznawaniu siebie nawzajem i zaspokajaniu ciekawoΕci. Niestety, nie udaΕo siΔ to do koΕca. Louis pragnΔ
Ε wiedzieΔ jeszcze wiΔcej o tajemniczym, starszym chΕopcu, ktΓ³ry miaΕ najpiΔkniejsze oczy na Εwiecie, w ktΓ³rych czaiΕ siΔ dziwny blask. Harry podzielaΕ jego zdanie. Z minuty na minute jego zauroczenie zapoczΔ
tkowane w liceum powracaΕo i nie potrafiΕ tego powstrzymaΔ.
Gdy doszli do frontowych drzwi od jednorodzinnego domu TomlinsonΓ³w, Louis opowiadaΕ Harry'emu o jego nadchodzΔ
cym przedstawieniu, na ktΓ³rym ogromnie mu zaleΕΌaΕo. Styles widziaΕ iskierki szczΔΕcia w niebieskich oczach oraz entuzjazm wypisany na twarzy. ZapragnΔ
Ε zobaczyΔ chΕopaka na scenie.
β Gdyby nie ta pogoda i fakt, ΕΌe zaraz odmroΕΌΔ sobie koΕczyny, to opowiedziaΕbym ci wiΔcej β zaΕmiaΕ siΔ Louis, szukajΔ
c kluczy od domu po kieszeniach.
Harry nie wiedziaΕ co nim kierowaΕo, kiedy wypaliΕ:
β MoΕΌemy pΓ³jΕΔ kiedyΕ na kawΔ.
ChΕopak od razu siΔ zawstydziΕ, jednak miaΕ nadzieje, ΕΌe przez mrΓ³z, ktΓ³ry juΕΌ dawno spowodowaΕ wypieki na jego twarzy, uchroni go przed ostatecznΔ
kompromitacjΔ
.
Tomlinson uΕmiechnΔ
Ε siΔ do niego szeroko i przytaknΔ
Ε.
β Jasne, byΕoby miΕo. Kiedy jesteΕ wolny? β zapytaΕ, przekrΔcajΔ
c zamek.
β Uh, zawsze rano, do dziesiΔ
tej. Wiem, ΕΌe to wczeΕnie, wiΔc nie zdziwiΔ siΔ, jeΕΌeli odmΓ³wisz β powiedziaΕ szybko, bΔdΔ
c przekonanym, ΕΌe Louis po prostu chce byΔ miΕy.
β Idealnie! β zaΕmiaΕ siΔ szatyn. β O dziesiΔ
tej mam poranne treningi, dlatego spokojnie mogΔ siΔ z tobΔ
zobaczyΔ przed.
β Trenujesz nawet w weekend? β spytaΕ znowu Harry.
WiedziaΕ, ΕΌe taniec byΕ bardzo waΕΌny w ΕΌyciu mΕodszego chΕopaka. Nie byΕo trudno to wydedukowaΔ, gdyΕΌ praktycznie wiΔkszoΕΔ drogi spΔdziΕ na sΕuchaniu o jego przygotowaniach do roli. JednakΕΌe nie spodziewaΕ siΔ, ΕΌe poΕwiΔca czas, w ktΓ³rym mΓ³gΕby imprezowaΔ lub spotykaΔ siΔ ze znajomymi.
β MuszΔ β odpowiedziaΕ z uΕmiechem. β Chce byΕ najlepszy.
BiΕo od niego zdecydowanie i pewnoΕΔ siebie. Louis wyznaczyΕ sobie konkretne cele w ΕΌyciu i goniΕ wytrwale za marzeniami. Harry zazdroΕciΕ mu takiego nastawienia. Sam juΕΌ bardzo dawno temu siΔ poddaΕ. Nie wierzyΕ, ΕΌe jego sytuacja moΕΌe siΔ zmieniΔ, dlatego akceptowaΕ wszystko takie jakim byΕo, nie myΕlΔ
c o niczym wiΔcej.
β Jestem pewny, ΕΌe bΔdziesz β powiedziaΕ Harry. β W takim wypadku mogΔ przyjΕΔ po ciebie? O Γ³smej? Chyba, ΕΌe wolisz pΓ³ΕΊniejβ¦
β BΔdΔ czekaΔ β skwitowaΕ Louis. β Do jutra, Harry.
Tomlinson wszedΕ do swojego domu, a brunet skierowaΕ siΔ do swojego mieszkania. ZnajdowaΕo siΔ ono z dala od centrum, w doΕΔ nieprzyjemnej dzielnicy. ZdarzaΕo siΔ, ΕΌe ktoΕ coΕ ukradΕ, lub zniszczyΕ, ale zazwyczaj nikt nie zwracaΕ na to uwagi. KaΕΌdy miaΕ jakiΕ bagaΕΌ problemΓ³w i przeΕΌyΔ, przez co patrzyΕ tylko na swoje sprawy.
PrzejΕcie tej samej drogi bez Louisa nie byΕo juΕΌ takie przyjemne. Ubrania Harry'ego juΕΌ dawno przemokΕy, przez co byΕo mu straszliwie zimno. ZaczΔΕa go boleΔ gΕowa, dlatego przyspieszyΕ kroku. W jego ΕΌyciu nie byΕo miejsca na choroby. Nawet gdy miaΕ czterdzieΕci stopni gorΔ
czki, musiaΕ iΕΔ do pracy, by opΕaciΔ czynsz i odΕoΕΌyΔ trochΔ drobnych.
Wreszcie doszedΕ do swojej klitki. WspiΔ
Ε siΔ po rozlatujΔ
cych siΔ schodach i stanΔ
Ε przed drzwiami. Nie musiaΕ ich nawet zamykaΔ, gdyΕΌ w Εrodku nie znajdowaΕo siΔ nic wartoΕciowego. WszedΕ do Εrodka i od razu zrzuciΕ z siebie mokre ubrania. RozwiesiΕ je na maΕych haczykach w Εazience i poszedΕ do swojego jedynego pokoiku. Nie byΕo w nim mebli, jedynie dziurawy materac leΕΌΔ
cy przy Εcianie. Obok niego znajdowaΕo siΔ parΔ ksiΔ
ΕΌek, ktΓ³re byΕy pamiΔ
tkami po szkole Εredniej oraz kupka Εadnie zΕoΕΌonych ubraΕ, co skΕadaΕo siΔ na jego szafΔ. Nie byΕo tego wiele, jednak wystarczajΔ
co.
UbraΕ na siebie gruby szary sweter oraz dresowe spodnie. Nie byΕo go staΔ na opΕacenie prΔ
du, przez odkΕadanie na ΕwiΔ
teczny jarmark, dlatego w jego mieszkaniu byΕo tak samo jak na dworze. Z tego powodu chΕopak skuliΕ siΔ na materacu i przykryΕ drapiΔ
cym kocem.
Zazwyczaj szybko zasypiaΕ po pracy, jednak tego dnia miaΕ trochΔ zmartwieΕ. Nie przemyΕlaΕ tego, gdy zapraszaΕ Louisa do kawiarni. Nie miaΕ zbyt wielu pieniΔdzy, dlatego musiaΕ siΔgnΔ
Δ po swoje oszczΔdnoΕci, by dobrze wypaΕΔ przed chΕopakiem. To oznaczaΕo, ΕΌe w przyszΕym miesiΔ
cu nie bΔdzie mieΔ ciepΕej wody. Znowu. Co prawda przyzwyczaiΕ siΔ juΕΌ do kΔ
pania w zimnej, jednak raz na jakiΕ czas miΕo byΕo doΕwiadczyΔ odrobiny ciepΕa.
Z drugiej strony, Tomlinson byΕ tego wart. Harry nie potrafiΕ uwierzyΔ, ΕΌe jego szkolne zauroczenie spΔdzi z nim poranek. WydawaΕo mu siΔ to wrΔcz niedorzeczne, ΕΌe ktoΕ taki jak Louis, zechciaΕ w ogΓ³le z nim rozmawiaΔ. WywoΕywaΕo to przyjemne ciepΕo w jego ΕΌoΕΔ
dku. ZasnΔ
Ε z uΕmiechem na ustach, majΔ
c w gΕowie obraz uroczego osiemnastolatka z brΔ
zowymi oczami.
WstaΕ jeszcze zanim wzeszΕo sΕoΕce. Zawsze gdy siΔ denerwowaΕ, to budziΕ siΔ koΕo godziny piΔ
tej i czuwaΕ. Tym razem teΕΌ tak byΕo. PrzetarΕ zmΔczone oczy i rozprostowaΕ nogi. Pomimo grubego ubioru i kocΓ³w, i tak zesztywniaΕy pod wpΕywem niskiej temperatury.
WstaΕ i wΕoΕΌyΕ sweter w spodnie. ByΕo mu przeraΕΊliwie zimno, ale nie skarΕΌyΕ siΔ. W tamtym momencie myΕlaΕ tylko o przeliczeniu oszczΔdnoΕci. Nie byΕo tego wiele, niespeΕna trzydzieΕci funtΓ³w. Co prawda nie otrzymaΕ jeszcze ΕΌadnych pieniΔdzy ze sprzedaΕΌy na jarmarku. JednΔ
z pierwszych zasad regulaminu byΕo to, ΕΌe sprzedawcy dostanΔ
wypΕatΔ dopiero po jego skoΕczeniu, czyli po nowym roku. Harry zadawaΕ sobie sprawΔ z tego, ΕΌe przez to bΔdzie musiaΕ prosiΔ wΕaΕciciela o przedΕuΕΌenie terminu zapΕaty, za wynajmowanie mieszkania, co zdarzyΕo mu siΔ juΕΌ kilka razy. Na szczΔΕcie pan Robins byΕ dobrym czΕowiekiem, ktΓ³ry rozumiaΕ sytuacje mΕodego mΔΕΌczyzny, dlatego staraΕ siΔ mu pomagaΔ.
Styles wyciΔ
gnΔ
Ε dziesiΔΔ funtΓ³w z drewnianego, zniszczonego pudeΕka i wsadziΕ w kieszeΕ jeansowych spodni, ktΓ³re miaΕ zamiar zaΕoΕΌyΔ. SpojrzaΕ na swoje ubrania i westchnΔ
Ε. Tak bardzo chciaΕ zaimponowaΔ Louisowi, ale nie miaΕ czym. DosΕownie nie miaΕ ani jednej rzeczy, ktΓ³ra by mogΕa zrobiΔ wraΕΌenie na mΕodszym chΕopaku. Ostatecznie, choΔ bardzo tego nie lubiΕ, postanowiΕ siΔ wykΔ
paΔ.
Nie byΕo nic gorszego niΕΌ lodowata woda spΕywajΔ
ca po twoim ciele oraz szare mydΕo. Harry nienawidziΕ tego poΕΔ
czenia, jednak to byΕa ostatnia rzecz, ktΓ³ra oddzielaΕa go od bezdomnych oraz ΕΌebrakΓ³w. Zawsze byΕ czysty, tak samo jak jego ubrania i mimo, ΕΌe wszystko miaΕ zniszczone, to wywieraΕ pozytywne uczucia u osΓ³b trzecich.
W poΕowie lodowatego prysznicu zaczΔ
Ε kichaΔ. Nie chciaΕ, ΕΌeby byΕo to coΕ gorszego, dlatego po umyciu ciaΕa i wΕosΓ³w, od razu wrΓ³ciΕ na swΓ³j materac i przykryΕ siΔ szczelnie. Gdyby mΓ³gΕ, zrobiΕby sobie gorΔ
cej herbaty z rumiankiem, ktΓ³ra zawsze potrafiΕa postawiΔ go na nogi. Niestety, mΓ³gΕ jedynie o niej pomarzyΔ, tak samo jak o porzΔ
dnym Εniadaniu. Nie pamiΔtaΕ, kiedy ostatnio jadΕ do syta przez caΕy dzieΕ. Jego dieta byΕa bardzo uboga i skΕadaΕa siΔ najtaΕszych rzeczy, ktΓ³re nie uzupeΕniaΕy zapotrzebowania jego wyniszczonego organizmu. ChΕopak byΕ bardzo chudy, dlatego wolaΕ szerokie ubrania, w ktΓ³rych mΓ³gΕ ukryΔ swojΔ
sylwetkΔ.
Nie mΓ³gΕ pozwoliΔ sobie na dΕugie wylegiwanie siΔ. SΕoΕce powoli wstawaΕo, a co za tym idzie, zbliΕΌaΕa siΔ godzina spotkania. Harry wΕoΕΌyΕ na siebie spodnie oraz gruby, wyblakΕy polar i zabraΕ ze sobΔ
potrzebne pieniΔ
dze.
Na szczΔΕcie, juΕΌ nie padaΕo. Co prawda dalej byΕo mroΕΊno, przez co dΕonie Stylesa od razu zrobiΕy siΔ skostniaΕe, ale przynajmniej na niebie nie byΕo ani jednej chmury. Z tego wzglΔdu szybko dotarΕ pod dom Louisa. Dopiero wtedy zdaΕ sobie sprawΔ z tego, jak bardzo niezrΔcznie bΔdzie siΔ czuΔ. Nawet teraz nie wiedziaΕ, czy ma czekaΔ na chΕopaka na zewnΔ
trz, czy zadzwoniΔ do drzwi dzwonkiem.
W koΕcu zdecydowaΕ siΔ, ΕΌe zapuka. CzekajΔ
c na jakiΕ odzew, spuΕciΕ wzrok na swoje brudne trampki, obiecujΔ
c sobie, ΕΌe umyje je wieczorem.
Po dΕuΕΌszej chwili ktoΕ wreszcie przekrΔciΕ zamek i otworzyΕ drewniane drzwi. OkazaΕa siΔ to byΔ kobieta w Εrednim wieku. MiaΕa dΕugie, brΔ
zowe wΕosy, ktΓ³re zakrΔcaΕy siΔ przy koΕcΓ³wkach oraz niebieskie oczy, trochΔ ciemniejsze niΕΌ te Louisa. ByΕa niskiego wzrostu, ale za to miaΕa ΕadnΔ
, kobiecΔ
sylwetkΔ. Od razu rozpoznaΕem w niej matkΔ szatyna. Byli bardzo do siebie podobni.
β Przepraszam, ale nie dam panu pieniΔdzy. ProszΔ sprΓ³bowaΔ u kogoΕ naiwniejszego β powiedziaΕa z pogardΔ
w gΕosie.
W oczach Harry'ego zebraΕy siΔ Εzy. Wiele razy sΕyszaΕ podobne zdania, jednak usΕyszenie tego od mamy Louisa, wydawaΕo siΔ byΔ duΕΌo bardziej bolesne. Styles staraΕ siΔ jak mΓ³gΕ, by wyglΔ
daΔ lepiej. WiedziaΕ, ΕΌe daleko mu do normalnych ludzi, ze staΕΔ
pracΔ
, ktΓ³rzy nie musieli martwiΔ siΔ o to, ΕΌe nie starczy im na jedzenie, ale nie mΓ³gΕ sobie na to pozwoliΔ. W takich sytuacjach czuΕ siΔ jak zbity, bezpaΕski pies, ktΓ³ry wΕΓ³czy siΔ po mieΕcie i szuka odrobiny szczΔΕcia.
Brunet miaΕ siΔ juΕΌ wycofaΔ i przeprosiΔ, jednak powstrzymaΕ go gΕos dochodzΔ
cy zza plecΓ³w kobiety.
β Mamo! β krzyknΔ
Ε zdenerwowany Louis, podbiegajΔ
c do kobiety. β Harry przyszedΕ do mnie.
Rodzicielka szatyna zeskanowaΕa mnie wzrokiem i skrzywiΕa siΔ. Stylesa to nie zdziwiΕo. Sam byΕby zdegustowany, gdyby jego dziecko spotykaΕoby siΔ z kimΕ takim jak on.
β W takim razie, przepraszam chΕopcze. NajwyraΕΊniej ΕΊle oceniΕam sytuacjΔ β powiedziaΕa bez skruchy w gΕosie.
Harry dalej miaΕ Εzy w oczach, ale staraΕ siΔ je odgoniΔ. Nie mΓ³gΕ pokazaΔ jak bardzo byΕ sΕaby, szczegΓ³lnie przed Tomlinsonem, ktΓ³ry ubraΕ buty oraz kurtkΔ i wyszedΕ z domu.
β Przepraszam cie za niΔ
β powiedziaΕ osiemnastolatek i zΕapaΕ Stylesa za rΔkΔ, chcΔ
c dodaΔ mu otuchy. β Nigdy nie myΕli, zanim coΕ powie.
Przez chwilΔ brunet nie potrafiΕ siΔ skupiΔ. DΕoΕ Louisa byΕa ciepΕa i miΔkka, zupeΕnie inna niΕΌ jego wΕasna.
β To nic, ma racje. WyglΔ
dam okropnie β odpowiedziaΕ, starajΔ
c siΔ zamieniΔ to w ΕΌart, choΔ jego serce zakuΕo boleΕnie.
β Hej, to nie prawda β odparΕ miΔkko szatyn i umieΕciΕ drugΔ
rΔkΔ na policzku starszego chΕopaka.
Co prawda musiaΕ stanΔ
Δ na palcach, ale nie umniejszaΕo to znaczeniu tego gestu. Harry zdawaΕ siΔ byΔ dwa razy mΕodszy i mniejszy, niΕΌ w rzeczywistoΕci byΕ. Po raz pierwszy w ΕΌyciu ktoΕ sprawiΕ, ΕΌe nie czuΕ siΔ niekomfortowo, pokazujΔ
c swoje sΕaboΕci.
β JesteΕ wspaniaΕym i dobrym czΕowiekiem. Nie pozwΓ³l, by ktoΕ wmΓ³wiΕ ci coΕ innego β dopowiedziaΕ Tomlinson i odsunΔ
Ε siΔ od chΕopaka.
Skierowali siΔ razem do skromnej kawiarni. Louis wybraΕ takie miejsce, by starszy chΕopak nie czuΕ siΔ zbyt przytΕoczony. RozumiaΕ go i nie oceniaΕ. WiedziaΕ, ΕΌe Harry jest wartoΕciowΔ
osobΔ
, ktΓ³rΔ
skrzywdziΕo ΕΌycie. Nie miaΕ zamiaru skreΕlaΔ go z gΓ³ry, tak jak zrobiΕa to jego matka.
ZajΔli stolik oddalony od innych ludzi. Ci rzucali Stylesowi nieprzyjemne spojrzenia, a tego wΕaΕnie Louis chciaΕ uniknΔ
Δ. Finalnie nie byΕo tak ΕΊle. Kelnerzy nie zwracali uwagi na wyglΔ
d i odrobinΔ nienaturalne zachowanie starszego mΔΕΌczyzny, dziΔki czemu Harry poczuΕ siΔ duΕΌo lepiej i swobodniej. RozmawiaΕ z Louisem o rΓ³ΕΌnych rzeczach. Z kaΕΌdΔ
mijanΔ
chwilΔ
zdawaΕ sobie sprawΔ z tego, jak cudownΔ
osobΔ
byΕ osiemnastolatek. ZaskoczyΕo go, jak wiele wspΓ³lnego mieli. Nie chodziΕo tylko o bΕahe sprawy jak muzyka czy ulubione przedmioty w szkole, ale teΕΌ o poglΔ
dy i opinie na waΕΌniejsze tematy.
Tomlinson nie szczΔdziΕ sobie drobnych, czuΕych gestΓ³w wzglΔdem bruneta. PrzejeΕΌdΕΌaΕ niby przypadkowo po jego rΔce, lub ocieraΕ swojΔ
nogΔ o tΔ drugiego pod stoΕem. Harry na poczΔ
tku czuΕ siΔ z tym dziwnie. Nigdy nie byΕ na randce, nawet z nikim nie flirtowaΕ! Z tego powodu nie wiedziaΕ jak Β ma siΔ zachowaΔ. Dopiero w poΕowie spotkania zaczΔ
Ε odpowiadaΔ na te sΕodkie zaczepki, choΔ wciΔ
ΕΌ towarzyszyΕ mu wszechobecny rumieniec.
Po wypiciu kawy oraz zjedzeniu ciasta, za ktΓ³re zapΕaciΕ Harry, musieli siΔ zbieraΔ. Oboje byli zadowoleni. MiΕo spΔdzili razem czas i juΕΌ myΕleli, kiedy mogliby to powtΓ³rzyΔ. Na tΔ
chwile Styles postanowiΕ odprowadziΔ Louisa do studia tanecznego. MiaΕ jeszcze odrobinΔ czasu do otwarcia stoiska na jarmarku, a dwadzieΕcia minut wiΔcej z szatynem, byΕy warte kilku dodatkowych kilometrΓ³w.
Tomlinson poΕΌegnaΕ starszego chΕopaka pocaΕunkiem w policzek. Wiedzieli, ΕΌe nie rozstajΔ
siΔ na dΕugo, gdyΕΌ Louis obiecaΕ, ΕΌe przyjdzie po cynamonowe ciastka, jednak czuli siΔ, jakby miΔli siΔ wiΔcej nie zobaczyΔ.
Harry przez caΕy dzieΕ chodziΕ z szerokim uΕmiechem na ustach, nie martwiΔ
c siΔ o nic. Nie pamiΔtaΕ dnia, by byΕ tak szczΔΕliwy. Nie przejmowaΕ siΔ nawet tym, ΕΌe nie miaΕ za co kupiΔ sobie jedzenia. Louis zrekompensowaΕ wszystkie jego smutki i ΕΌale.
Tak jak obiecaΕ, przyszedΕ po skoΕczonym treningu. Styles jak zwykle spakowaΕ mu ciastka, a takΕΌe zaproponowaΕ, ΕΌe odprowadzi go do domu. Louis byΕ bardziej niΕΌ chΔtny. ZnΓ³w przegadali caΕΔ
drogΔ, nie dostrzegajΔ
c jak szybko mija czas. Zdecydowali siΔ tez na krΓ³tki spacer, gdyΕΌ nie chcieli siΔ zbyt szybko rozstawaΔ.
Kolejny raz poΕΌegnanie przyszΕo im z trudem. SpΔdzili piΔtnaΕcie minut przed domem szatyna, opowiadajΔ
c sobie przerΓ³ΕΌne historie. Poruszyli nawet temat liceum i Harry nieΕmiaΕo przyznaΕ, ΕΌe byΕ zauroczony szatynem w tamtym okresie. Nie mΓ³gΕ dodaΔ, ΕΌe teraz te uczucia wrΓ³ciΕy. Za bardzo siΔ baΕ.
Ostatecznie Louis przytuliΕ siΔ do starszego chΕopaka. CzuΕ siΔ bezpiecznie. Styles byΕ wysoki i miaΕ duΕΌe dΕonie, ktΓ³re niepewnie obejmowaΕy jego plecy. Tomlinson byΕ bardziej niΕΌ zafascynowany mΔΕΌczyznΔ
. ObiecaΕ sobie, ΕΌe nie pozwoli, ΕΌeby cokolwiek zniszczyΕo tΔ
relacje, nad ktΓ³rΔ
chciaΕ mocno popracowaΔ. WierzyΕ, ΕΌe moΕΌe zbudowaΔ z Harrym coΕ wyjΔ
tkowego.
Spotykali siΔ codziennie przez ponad tydzieΕ i Harry mΓ³gΕ z pewnoΕciΔ
powiedzieΔ, ΕΌe byΕy to najlepsze dni w jego ΕΌyciu. Pomimo, ΕΌe Louis byΕ z natury maΕΔ
osΓ³bkΔ
, to wprowadziΕ ogromne zmiany do ΕΌycia bruneta. Stylesowi uΕmiech nie schodziΕ z twarzy. Nawet na swoje obskurne mieszkanie patrzyΕ z radoΕciΔ
. Nie mΓ³gΕ siΔ doczekaΔ kaΕΌdego kolejnego spotkania, dotyku drobnych i delikatnych dΕoni oraz piΔknych niebieskich oczu. Tomlinson na staΕe wkradΕ siΔ do jego serca, pomimo, ΕΌe rozmawiali od tak krΓ³tkiego czasu.
Nic nie zapowiadaΕo, ΕΌe coΕ zniszczy im tΔ sielankΔ. Oboje powoli zatracali siΔ w nowo tworzΔ
cym siΔ uczuciu, nie biorΔ
c pod uwagΔ nikogo i niczego. To doprowadziΕo do piΔ
tku, dwudziestego grudnia.
Harry po skoΕczeniu pracy znΓ³w odprowadzaΕ Louisa do domu. Tomlinson opowiadaΕ starszemu chΕopakowi co robili na treningu, ktΓ³ry odbywaΕ siΔ godzinΔ wczeΕniej. Szatyn byΕ podekscytowany, gdyΕΌ miaΕ juΕΌ kostium do przedstawienia i wΕaΕnie dzisiaj odbywaΕa siΔ prΓ³ba generalna. Styles juΕΌ dawno dostaΕ swoje zaproszenie, choΔ nie wiedziaΕ czy powinien pΓ³jΕΔ. Co prawda Louis liczyΕ na jego wsparcie, jednak Harry baΕ siΔ wszystkich ciekawskich spojrzeΕ. Nie pasowaΕ do tego towarzystwa. Nie miaΕ nawet koszuli, a co dopiero garnituru, ale postanowiΕ zrobiΔ wszystko dla osiemnastoletniego chΕopca.
Kiedy stanΔli pod domem Louisa, jak co dzieΕ, mΕodszy chΕopak nie miaΕ ochoty rozstawaΔ siΔ z Harryβm. Nie przemyΕlawszy tego wczeΕniej, zaproponowaΕ:
β MoΕΌe chciaΕbyΕ wejΕΔ? Na herbatΔ?
Styles przez chwilΔ rozmyΕlaΕ nad tym. Nie czuΕ siΔ zbyt dobrze w miejscach takich jak to. PotΔgowaΕo to w nim uczucie odrΔbnoΕci i beznadziejnoΕci, jednak od tak dawna nie piΕ gorΔ
cej herbaty, ΕΌe po prostu kiwnΔ
Ε gΕowΔ
.
Louis uΕmiechnΔ
Ε siΔ szeroko i zΕapaΕ mΔΕΌczyznΔ za dΕoΕ. WprowadziΕ go do Εrodka, zapraszajΔ
c dalej. Harry ΕciΔ
gnΔ
Ε swoje zniszczone buty oraz okrycie wierzchnie i rozejrzaΕ siΔ. Dom szatyna byΕ imponujΔ
cy w porΓ³wnaniu do klitki bruneta. Od razu poczuΕ siΔ dziwnie. Nie chciaΕ robiΔ przykroΕci osiemnastolatkowi, ale nie miaΕ ochoty tu zostawaΔ.
Tomlinson poprowadziΕ ich do przestronnej kuchni. ByΕa pomalowana na biaΕo, a na Εcianach wisiaΕy obrazki owocΓ³w i warzyw. Stylesowi jednak najbardziej podobaΕa siΔ lodΓ³wka, na ktΓ³rΔ
zostaΕy przyklejone rysunki mΕodszych siΓ³str Louisa.
Szatyn usadziΕ swojego goΕcia na wysokim krzeΕle i zabraΕ siΔ do robienia herbaty. WyciΔ
gnΔ
Ε jeszcze czekoladowe ciasteczka z pΓ³Εki ze sΕodyczami i po chwili siedzieli oboje, ogrzewajΔ
c swoje zmarzniΔte dΕonie na kubkach. Wpatrywali siΔ w siebie w ciszy, skanujΔ
c swoje sylwetki. Harry dalej nie potrafiΕ siΔ przyzwyczaiΔ do myΕli, ΕΌe jest w rodzinnym domu Louisa i pije z nim herbatΔ. ByΕo to uczucie nie do opisania. W duchu dziΔkowaΕ za nie bogu.
Wszystko legΕo w gruzach, gdy osiemnastolatek poszedΕ na chwilkΔ do Εazienki. To byΕo duΕΌo gorsze dla Harry'ego, siedzieΔ samemu w takich luksusach. Pod nosem odliczaΕ od dziesiΔciu w dΓ³Ε, by siΔ odrobinΔ uspokoiΔ, kiedy do pomieszczenia weszΕa mama szatyna. Styles od razu wstaΕ ze swojego miejsca i przywitaΕ siΔ grzecznie, jednak to nie zrobiΕo na kobiecie wraΕΌenia. PodeszΕa do niego szybko i zaciskajΔ
c mocno paznokcie na jego ramieniu, powiedziaΕa mu do ucha:
β Nie ΕΌyczΔ sobie, byΕ spotykaΕ siΔ z moim synem. JesteΕ tylko nic niewartym nieudacznikiem. Louis zasΕuguje na kogoΕ znacznie lepszego od ciebie, wiΔc proszΔ, zabierz swoje Εachmany i nigdy wiΔcej z nim nie rozmawiaj.
Harry nie wiedziaΕ co powiedzieΔ. Εzy zebraΕy siΔ w jego oczach, jego ciaΕo zaczΔΕo drΕΌeΔ, ale nie potrafiΕ siΔ ruszyΔ. OddychaΕ tylko ciΔΕΌko, czujΔ
c na sobie oskarΕΌajΔ
ce spojrzenie pani Tomlinson.
β No juΕΌ, ruszaj siΔ, nie chce cie tu widzieΔ β powiedziaΕa, ponaglajΔ
c Stylesa.
Ten w koΕcu siΔ ocknΔ
Ε i niemalΕΌe podbiegΕ do swoich butΓ³w. UbraΕ je szybko i zabraΕ kurtkΔ, nawet jej nie ubierajΔ
c. SΕone Εzy swobodnie spΕywaΕy w dΓ³Ε po jego twarzy, tworzΔ
c maΕe strΓ³ΕΌki. Jego drobne i delikatne serce zostaΕo zΕamane. Nie potrafiΕ sobie wyobraziΔ codziennoΕci bez szatyna, ale wiedziaΕ, ΕΌe jego matka miaΕa racje, Louis nie miaΕby przyszΕoΕci z kimΕ takim jak on. Nie mΓ³gΕ pozwoliΔ sobie nawet na ogrzewanie, wiΔc czemu ktoΕ tak wspaniaΕy jak Tomlinson chciaΕby dzieliΔ z nim cokolwiek? Osiemnastolatek zasΕugiwaΕ na naleΕΌyty zwiΔ
zek, by druga osoba kupowaΕa mu prezenty, zabieraΕa do drogich restauracji, a w koΕcu kupiΕa piΔkny pierΕcionek zarΔczynowy.
CiaΕo Harry'ego ponownie zadrΕΌaΕo, gdy zdaΕ sobie sprawΔ z tego, ΕΌe jego marzenie jest nieosiΔ
galne. Nawet miΕoΕΔ nie byΕa dla niego stworzona, tak samo jak szczΔΕcie czy spokojne ΕΌycie. PostanowiΕ, ΕΌe od tego dnia zacznie doceniaΔ to co ma i nie bΔdzie wymagaΔ nic wiΔcej. PrzyjaΕΊΕ, uczucie, bliskoΕΔβ¦ nie byΕ tego wart.
Gdy wrΓ³ciΕ do domu, byΕ jednym wielkim baΕaganem. Nie miaΕ siΕy nawet siΔ przebieraΔ. RzuciΕ siΔ na swΓ³j wysΕuΕΌony materac i przykryΕ kocem. Nie miaΕ nerwΓ³w na myΕlenie. ZmoΕΌony pΕaczem i negatywnymi emocjami, zasnΔ
Ε niespokojnym i krΓ³tkim snem.
Przez caΕy weekend nie wychodziΕ z domu. WiedziaΕ, ΕΌe powinien otworzyΔ stoisko na jarmarku, ale kompletnie nie miaΕ do tego ochoty. Nie interesowaΕo go to, ΕΌe nie ma nic do jedzenia i ΕΌe znΓ³w bΔdzie zalegaΔ z opΕatami. Jego myΕlami zawΕadnΔ
Ε osiemnastoletni chΕopak. Harry nie potrafiΕ pozbyΔ siΔ go z gΕowy. CaΕy czas zastanawiaΕ siΔ, co by byΕo, gdyby jednak dostaΕ to stypendium. Pewnie teraz chodziΕby do collage'u, martwiΔ
c siΔ o kolejne zaliczenie, a nie o to, ΕΌe od kilku dni nic nie jadΕ. Mama szatyna nie zachowaΕaby siΔ wtedy w taki sposΓ³b. MiaΕby pieniΔ
dze, niezniszczone ubrania oraz mieszkanie. Nie potrafiΕ sobie wybaczyΔ, ΕΌe egzaminy poszΕy mu tak fatalnie. MiaΕ ochotΔ krzyczeΔ.
CaΕΔ
sobotΔ spΔdziΕ leΕΌΔ
c. Co chwilΔ budziΕ siΔ i zasypiaΕ, co byΕo jego zmorΔ
i bΕogosΕawieΕstwem. CzuΕ siΔ dziwnie chory. Jego gΕowa paliΕa, tak samo jak brzuch i gardΕo. Nie wiedziaΕ czy jest to skutkiem emocji, czy jednak przebywania zbyt dΕugo na mrozie, w nieodpowiednich ubraniach.
Niedziela byΕa nieco inna. ChΕopak zdawaΕ sobie sprawΔ, ΕΌe za dwa dni wigilia. Co za tym idzie, kolejnego dnia - w poniedziaΕek - Louis miaΕ mieΔ swΓ³j pierwszy, wielki spektakl. Harry nie wiedziaΕ czy powinien przyjΕΔ, czy jednak nie. Z jednej strony wiedziaΕ, ΕΌe szatyn liczyΕ na jego wsparcie, ale z drugiej, nie chciaΕ mu narobiΔ wstydu. MiaΕ juΕΌ doΕΔ komentarzy na swΓ³j temat. Nie rozumiaΕ, dlaczego wszystko go oceniali, choΔ nie znali jego historii. To nie tak, ΕΌe byΕ leniem, czy podΕym czΕowiekiem. Nigdy w ΕΌyciu nie zrobiΕ drugiej osobie na zΕoΕΔ, nie wypiΕ nawet kieliszka alkoholu, nie mΓ³wiΔ
c o papierosach i imprezach. ByΕ najzwyczajniejszym chΕopakiem, ktΓ³remu nie powiodΕo siΔ w ΕΌyciu.
Ostatecznie postanowiΕ zaryzykowaΔ. W poniedziaΕkowy poranek podniΓ³sΕ siΔ z posΕania. Nie miaΕ zbyt wiele siΕy. Dalej wszystko go bolaΕo, dlatego postanowiΕ kupiΔ sobie coΕ do jedzenia. JednakΕΌe wczeΕniej, wykΔ
paΕ siΔ w lodowatej wodzie. MusiaΕ mieΔ pewnoΕΔ, ΕΌe nie przyniesie zbyt duΕΌego wstydu mΕodszemu chΕopakowi.
WyszedΕ z domu, zabierajΔ
c piΔΔ funtΓ³w. Nie byΕa to zbyt duΕΌa kwota, jednak mΓ³gΕ za niΔ
kupiΔ porzΔ
dne Εniadanie oraz kilka kwiatkΓ³w, by mΓ³c uhonorowaΔ wystΔp Louisa. MiaΕ siΔ on odbyΔ dopiero wieczorem, toteΕΌ Styles udaΕ siΔ do swojej pracy.
Przed jego maΕym stoiskiem zebraΕa siΔ dΕuga kolejka. Klienci pytali co siΔ z nim dziaΕo w weekend i jak siΔ czuje. PokrzepiΕo to maΕe, rozbite serce bruneta, ktΓ³ry z minuty na minute byΕ coraz bardziej zdenerwowany. ZdawaΕ sobie sprawΔ z tego, ze caΕa rodzina szatyna bΔdzie na wystΔpie. ObawiaΕ siΔ konfrontacji z jego mamΔ
, ale obiecaΕ sobie, ΕΌe nie zawiedzie osiemnastolatka.
DzieΕ minΔ
Ε mu doΕΔ szybko, choΔ byΕ przeplatany kichaniem i bΓ³lem gΕowy. KoΕo poΕudnia odezwaΕo siΔ teΕΌ gardΕo, przez co mΓ³wiΕ z wielkΔ
chrypΔ
. Pomimo, ΕΌe miaΕ ochotΔ znaleΕΊΔ siΔ jak najszybciej pod drapiΔ
cym kocem, zamknΔ
Ε wczeΕniej swoje stanowisko i skierowaΕ siΔ do lokalnego teatru.
Na szczΔΕcie nie zapomniaΕ swojego biletu, choΔ i tak ochrona miaΕa mieszane uczucia i nie chciaΕa go wpuΕciΔ. W koΕcu jednak znalazΕ siΔ w Εrodku. CaΕy budynek imponowaΕ mu zarΓ³wno rozmiarem jak i dekoracjami. Na podΕodze leΕΌaΕy czerwone dywany ze zΕotymi ornamentami, a na Εcianach wisiaΕy drogie obrazy. WokΓ³Ε niego byΕo peΕno ludzi w wyszukanych garniturach i krzykliwych sukienkach, dlatego mΔΕΌczyzna stanΔ
Ε z boku.
Nawet nie spojrzaΕ na swΓ³j bilet. Dopiero piΔΔ minut przed rozpoczΔciem siΔ sztuki, zobaczyΕ, ΕΌe ma miejsce w pierwszym rzΔdzie. Po otwarciu drzwi, byΕ pierwszΔ
osobΔ
, ktΓ³ra weszΕa na sale. Nie chciaΕ wchodziΔ jako ostatni, by kaΕΌdy mΓ³gΕ na niego spojrzeΔ i oceniΔ.
Nie zwracaΕ uwagi na innych, bojΔ
c siΔ, ΕΌe dostrzeΕΌe matkΔ szatyna. WbiΕ w fotel swoje wΔ
tΕe ciaΕo i cierpliwie czekaΕ na trzy dzwonki. Kiedy nastΔ
piΕy, ΕwiatΕa zgasΕy, a orkiestra, zajmujΔ
ca miejsce na piΔtrze, zagraΕa. Na scenie pojawili siΔ tancerze, a wΕrΓ³d nich Louis. WyglΔ
daΕ piΔknie. Jego ksztaΕtne ciaΕo byΕo opiΔte przez czarne body, na swoich stopach miaΕ baletki w tym samym kolorze, a do tego na jego gΕowie leΕΌaΕa korona. Dla Harry'ego byΕ idealny. Jego kaΕΌdy ruch byΕ przemyΕlany i idealnie wypracowany. Dzielnie asystowaΕ swojej partnerce w kaΕΌdej figurze, przybierajΔ
c rΓ³ΕΌne miny na twarz. ByΕ nie tylko Β genialnym tancerzem, ale teΕΌ aktorem. Styles nie potrafiΕ wyjΕΔ z zachwytu. W momencie kΕaniania siΔ widowni, uroniΕ kilka Εez. PatrzyΕ jak szatyn przyjmuje bukiet piΔknych czerwonych rΓ³ΕΌ, podczas gdy w jego dΕoni spoczywaΕo kilka zwyczajnych tulipanΓ³w. ZrobiΕo mu siΔ odrobinΔ przykro, ale i tak chciaΕ zobaczyΔ siΔ z Louisem sam na sam. MusiaΕ mu pogratulowaΔ i powiedzieΔ, jak dobry byΕ.
Harry poczekaΕ aΕΌ wszyscy wyjdΔ
z sali, przybierajΔ
c takΔ
samΔ
taktykΔ jak na poczΔ
tku. WiedziaΕ, ΕΌe szatyn musiaΕ siΔ przebraΔ oraz spakowaΔ, dlatego nie spieszyΕ siΔ. PrzystanΔ
Ε w korytarzu, majΔ
c na widoku drzwi prowadzΔ
ce za kulisy. SΕyszaΕ jak w Εrodku ΕwiΔtowano i mΓ³wiono podekscytowanymi gΕosami o premierze. NajwyraΕΊniej wszyscy byli zadowoleni z przebiegu przedstawienia.
DwadzieΕcia minut pΓ³ΕΊniej, drzwi w koΕcu siΔ otworzyΕy, a zza nich wyszedΕ Louis. Przez chwilΔ nie zdawaΕ sobie sprawy z obecnoΕci Harry'ego, ale gdy go dostrzegΕ, jego ΕΊrenice rozszerzyΕy siΔ. Starszy chΕopak baΕ siΔ, ΕΌe Tomlinson wcale nie chciaΕ go tu widzieΔ, jednak po sekundach Louis zrzuciΕ sportowΔ
torbΔ z ramienia i podbiegΕ do bruneta, rzucajΔ
c mu siΔ na szyjΔ. Styles przyciΔ
gnΔ
Ε go do siebie jeszcze mocniej, unoszΔ
c go odrobinΔ nad ziemie.
β Harry. JesteΕ β powiedziaΕ szczΔΕliwy osiemnastolatek.
β Nie mogΕem tego przegapiΔ β odparΕ brunet, stawiajΔ
c go na ziemie i wrΔczajΔ
c kwiaty. β To dla ciebie, byΕeΕ niesamowity.
NiΕΌszy przyjΔ
Ε tulipany i przystawiΕ je pod nos. ZaciΔ
gnΔ
Ε siΔ ich zapachem, nadal wpatrujΔ
c siΔ w starszego mΔΕΌczyznΔ. WiedziaΕ, ΕΌe majΔ
sobie wiele do wyjaΕnienia, ale czekaΕ na jego ruch. Niestety, nie doczekaΕ siΔ.
β Czemu nie widzieliΕmy siΔ caΕy weekend, Harry? β zapytaΕ, przygryzajΔ
c dolnΔ
wargΔ. β StΔskniΕem siΔ za tobΔ
.
Styles nie wiedziaΕ co odpowiedzieΔ. RΓ³wnieΕΌ brakowaΕo mu tego malucha, jednak nie wiedziaΕ, czy szatyn bΔdzie chciaΕ sprzeciwiΔ siΔ swojej wΕasnej matce.
β Wtedy jak u ciebie byΕem w piΔ
tek β zaczΔ
Ε niepewnie. β Twoja mama daΕa mi jasno do zrozumienia, ΕΌe mam juΕΌ nigdy z tobΔ
nie rozmawiaΔ. Wiem, ΕΌe nie jestem ideaΕem, mam wiele wad i stanowczo nie jestem dobrym materiaΕem na przyjaciela, ale nie potrafiΔ o tobie zapomnieΔ.
Louis po raz kolejny zarzuciΕ ramiona na szyjΔ bruneta i wtuliΕ siΔ w niego mocno.
β Nigdy o mnie nie zapominaj. JeΕΌeli byΕ to zrobiΕ, to zΕamaΕbyΕ mi serce β wyszeptaΕ mu do ucha, skΕadajΔ
c za nim drobny pocaΕunek. β ChciaΕbym, ΕΌebyΕ pokazaΕ mi jak mieszkasz.
Harry spiΔ
Ε siΔ na tΔ
proΕbΔ. ByΕo mu strasznie wstyd, jednak nie potrafiΕ odmΓ³wiΔ tym piΔknym niebieskim oczom, ktΓ³re patrzyΕy na niego proszΔ
co. KiwnΔ
Ε niechΔtnie gΕowΔ
i podniΓ³sΕ z podΕogi torbΔ z rzeczami szatyna, ktΓ³rΔ
przewiesiΕ sobie przez tuΕΓ³w. Nigdzie nie potrafiΕ dojrzeΔ krewnych Louisa, ale nie martwiΕo go to. CieszyΕ siΔ, ΕΌe wreszcie moΕΌe mieΔ go obok.
Tomlinson bez skrΔpowania zΕΔ
czyΕ ich palce razem. Nie miaΕ zamiaru traciΔ kolejnej szansy. Ten weekend byΕ dla niego torturΔ
. RozmΓ³wiΕ siΔ ze swojΔ
matkΔ
, zaraz po wyjΕciu Stylesa. Nie potrafiΕ zrozumieΔ, jak mogΕa byΔ taka pΕytka. Harry byΕ cudownΔ
osobΔ
, a ona skreΕliΕa go od razu na starcie, nie majΔ
c pojΔcia jak wartoΕciowym czΕowiekiem jest.
W koΕcu doszli do mieszkania Stylesa. Ze zdenerwowania nie potrafiΕ otworzyΔ drzwi, jednakΕΌe kiedy mu siΔ to udaΕo, zamknΔ
Ε pospiesznie oczy. Nie chciaΕ zobaczyΔ pogardy i zniesmaczenia u Louisa, za mocno by to bolaΕo. Jednak, nic takiego siΔ nie staΕo. Osiemnastolatek chodziΕ po pomieszczeniach rozglΔ
dajΔ
c siΔ ciekawie. Nie skomentowaΕ niczego, co sprawiΕo, ΕΌe brunet czuΕ siΔ trochΔ lepiej.
Ostatecznie Louis zatrzymaΕ siΔ w pokoju i wpatrzyΕ w krajobraz za oknem.
β Nie jestem w stanie ci niczego zaoferowaΔ β powiedziaΕ drΕΌΔ
cym gΕosem Harry.
Tomlinson odwrΓ³ciΕ siΔ i podszedΕ do niego.
β Dajesz mi najwiΔkszy skarb. Siebie β odparΕ po czym wspiΔ
Ε siΔ na palce i zΕΔ
czyΕ ich wargi.
PocaΕunek byΕ niespodziewany, jednak poΕΌΔ
dany. ChΕopcy opletli siΔ ramionami i przytulili, nie rozΕΔ
czajΔ
c ust. CaΕowali siΔ wolno, poznajΔ
c wzajemnΔ
strukturΔ. Gdy siΔ od siebie oderwali, Louis umieΕciΕ gΕowΔ na ramieniu starszego mΔΕΌczyzny i wyszeptaΕ:
β Nie chce niczego wiΔcej.