W każdej chwili powinniśmy myśleć, że niewiele już nam czasu pozostało i pracować, urzeczywistniać się, kończyć to, co dokończyć trzeba. Z pewnością — ale równie dobrze można sobie powiedzieć, że skoro nie mamy już wiele czasu (nieważne, czy miesiąc, rok, dziesięć lat, czy więcej!), to nie ma powodu się śpieszyć, więc mądrzej jest wszystko porzucić; i że dzieło nie jest warte więcej niż brak dzieła. Każda z tych dwu postaw ma swoich bohaterów. Ale trzeba podkreślić, że tylko reprezentanci pierwszej są znani; ci drudzy nie pozostawili śladów, więc potomność nie mogła się nimi zająć.
Dowodem, że ktoś był dla nas ważny, jest poczucie naszego umniejszenia przez jego śmierć. Doznajemy utraty części rzeczywistości — raptem istniejemy mniej.
Wszystko, co się urzeczywistnia, traci całą swoją rzeczywistość. Niezmierne brzemię przyszłości. Zdarzenie, które się rysuje, którego oczekujemy bądź się obawiamy, jest wszechświatem; gdy następuje, traci swą magię bądź okropność.
Ludzie, którzy nas upokorzyli, wyrządzili nam krzywdę, już nie mają do nas pretensji; zapomnieli ranę, jaką nam zadali. Tylko ofiary mają pamięć. Dlatego uraza jest czymś tak głupim. Dotyka ona tylko tego, kto ją żywi.
W społeczeństwach tak zwanych rozwiniętych, gdzie hydraulik jest czymś równie rzadkim jak geniusz, pleni się tylko pseudointelektualista, nijaki i pretensjonalny absolwent uniwersytetu, pozujący na rewolucjonistę, żeby ukryć swoją nicość.
Całkiem niedaleko Malesherbes — cmentarz w Nanteau, dominujący nad wsią i doliną o tej samej nazwie. Widzę na nim młodą kobietę w ciąży, która przyszła ozdobić kwiatami jakiś grób. Czy możliwe, aby nie pomyślała, że nosi w sobie śmiertelnika, przyszłego trupa?
Doznawanie impulsów niszczycielskich nie oznacza, że jest się kimś złym, lecz tylko niezrównoważonym. Można być dobrym i potworem, aniołem i zabójcą — jednocześnie. Czystość jest do pogodzenia z najbardziej przerażającymi instynktami. Wystrzegajcie się wszystkich, którzy omal nie zostali świętymi!
Sypie śnieg. Spośród wydarzeń zewnętrznych nie ma dla mnie ważniejszego. Staję oto w obliczu całego mojego dzieciństwa.
Gdyby Żydzi byli tolerancyjni, dawno by zniknęli. Ich wiecznotrwałość wynika z ich niewiarygodnego sekciarstwa. Dwa tysiące lat żarliwości i nienawiści nie zużyło ich witalności.
W moim wieku prawie wszyscy, których podziwiam, już nie żyli. Żaden nie miał tyle złego gustu, by dociągnąć do sześćdziesiątki.
Moje stosunki z własnym krajem były zawsze negatywne, tzn. winię go za wszystkie moje słabości i porażki. Pomógł mi w niespełnieniu, sprzyjał moim wadom, jest przyczyną mojej degrengolady. Myśląc tak, z pewnością nie mam racji. Ale i ten sposób myślenia zawdzięczam swojemu krajowi…
Boskie światło, przydające krajobrazowi nadprzyrodzonego dostojeństwa. W pewnej chwili powiedziałem sobie, że jestem zadowolony, iż nie umarłem wcześniej, bo zniknąłbym, nie zaznawszy takiego dnia.
Gdy parę lat temu nie byłem w stanie pracować, sądziłem, że przyczyną jest brak odpowiedniego ołówka, takiego, który by się ślizgał po papierze, «pomagał mi». Codziennie kupowałem nowy, w kolorze i o kształcie różnym od poprzedniego. Jednak mojemu natchnieniu bynajmniej to nie pomogło.
Moje nieustanne ataki wściekłości ośmieszają mnie we własnych oczach.
Szczęśliwe czasy, gdy można było uciekać od świata, gdy przestrzenie do nikogo nie należały i człowiek mógł sobie odejść, kiedy chciał! Wydziedziczono nas ze wszystkiego, nawet z pustyni.
Nieraz wstaję z łóżka jako Lucyfer, a dzień kończę jako tchórz; nieraz na odwrót.

















