Bałam się, że któregoś dnia się obudzę i ta cała bańka zniknie. Nie będzie już tego, na czym mi zależy a jego dotyk stanie się przeszłością. Bolała cisza, która nie była zwykłą ciszą nastającą między zakochanymi. Ta należała raczej do tych cięższych, przytlaczajacych, gdzie dwoje ludzi zatapia się w ekranach telefonow zapominając, że spotkali się, by zatopić wzrok w sobie nawzajem. Chciałam wiele, ale wiele też milczałam dla dobra sprawy, pozwalając by niewypowiedziane słowa zrzerały mi wnętrzności.
Kiszone w sobie zdania stawały się ciężkie, a ciężar ten adekwatny był do długości milczenia. Powstawał smutek, miliony scenariuszy przyszłości i wciąż wałkowane błędy z przeszłości, i odwieczne pytanie "a co jeśli już mu się znudziłam?".
Nie mogłam pojąć, jak ludzie którzy się kochają nie mają o czym gadać. Gdzie ten cały magic time? Przecież nie możliwe, że już wszystko zdążyliśmy sobie powiedzieć.
Najlepszym absurdem w całej tej sytuacji był fakt, iż zdawałam sobie sprawę, że on, a w zasadzie jego obecność w moim życiu była dla mnie punktem obowiązkowym. Kiedy zdajesz sobie sprawę z takiej sytuacji czujesz się jeszcze gorzej. Zaczyna się bowiem panika, strach przed odejściem, strach przed życiem bez niego.