Dziś po raz pierwszy grałam w stodole w pingponga, a także po raz pierwszy przeczesywałam kujawską wieś w poszukiwaniu kopułowego domu, błądząc między polami kukurydzy jak w jakimś amerykańskim horrorze rodzinnym. Brat bardzo chciał zobaczyć jak się buduje domy z kopuły, więc przedzieraliśmy się przez chaszcze jak harcerz z harcerką i przeskakiwaliśmy przez płot prawie tak odważnie jak w dzieciństwie. A potem byliśmy z siebie tacy zadowoleni, że znaleźliśmy wreszcie ten śmieszny domek (którego nawet tu nie pokazuję, bo mam ładniejsze zdjęcia), że zasłużenie leżeliśmy na łące w słońcu do góry brzuchem, a w głowach i nad głowami mieliśmy tylko niebo i białe chmury. Nie robiliśmy nic i to było piękne. Potem to “nic” rozciągnęło się jak guma do żucia, którą dzieciak wyciąga palcami zza zębów. I zasnęliśmy. A później czas nam umilały wody jeziora Głuszyńskiego, rude koty i planszówki.
A po drodze na Kujawy zmoczyliśmy nogi w najczystszym chyba (jak pokazuje mój ranking) jeziorze Wielkopolski (lazur Powidza).














