Są takie wieczory, kiedy człowiek błądzi-nie tyle po mieście, co po sobie. Zmęczony, trochę zagubiony, z pytaniem w głowie, którego nie umie nazwać. Czy to już miłość, czy tylko potrzeba bycia widzianym?
W filmach wszystko wygląda prosto: idealny moment, piękny koniec. W życiu częściej jest cisza, czekanie i wiatr prosto w twarz.
Czasem trzeba się schować. Na chwilę. Zostać samemu, żeby nie uciekać-tylko przeczekać.
Bo gdzieś pod tym zmęczeniem jest pragnienie, bardzo zwyczajne i bardzo prawdziwe: nie budzić się jutro bez kogoś. Wracać tam, gdzie ktoś zna nasze imię, zanim je wypowiemy.
Biegniemy pod prąd, tracimy szanse, ale mimo wszystko czekamy na znak. Może ktoś też marzy. Może ktoś czeka dokładnie tak samo.
A jeśli tak- to warto wracać...

















