W filmie w reżyserii Darrena Aronofsky'ego na podstawie sztuki teatralnej Samuela D. Huntera oglądamy wyraźnie wyodrębnione kolejne sceny. Podział na akty zaznaczony zostaje otwieraniem i zamykaniem drzwi. Ma się wrażenie, że reżyser chce nam szybko przedstawić wszystkich bohaterów tego przedstawienia. Kolejno więc pojawiają się i odgrywają swoje historie. Każdy osobno. Wchodzą i wychodzą z impetem trzaskając drzwiami. Już nie ma wątpliwości, że tkana jest nić, jak pajęcza sieć. Reakcje ludzi na widok głównego bohatera są pełne onieśmielenia, które momentalnie przeradza się w obrzydzenie. Z czasem wywiązuje się rozmowa, która prowadzi rozmówców do próby wyjaśnienia, dlaczego to, co widzą takie jest. Ale jednocześnie te debaty nie są takie ważne. Czegoś zabrakło. Coś przesłoniło miłość, by była ona wszechogarniającym uczuciem. W efekcie – i tego widz się spodziewa – wizerunek głównego bohatera odchodzi na plan dalszy.
Problematyka. W tym filmie znaleźć można sen o bogactwie, krzyk samotności i głód miłości. Stereotypy charakterystyczne dla amerykańskiego społeczeństwa są mocno skrytykowane przez twórcę. Wystroje pomieszczeń nie sugerują konkretnego okresu, w którym ta historia się rozgrywa. Uniwersalna historia?
Wreszcie docieramy do nieuchronnego końca, od którego nie ma ucieczki. Baranek zostaje złożony w ofierze.
„Panie Boże, Baranku Boży, Synu Ojca. Który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami…” daje się słyszeć modlitwę. Postacie dramatu stają w obliczu zbliżającej się tragedii. Nie pokonały swych słabości. Widz wyraźnie spostrzega popełnione grzechy: pychę, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo. Ktoś zmartwychwstać musi, by wybawić od ciężaru nieobojętności całą ludzkość.
Na zakończenie dziewczyna czyta, jak biblię, swoje wypracowanie: „(…) Najsmutniejsze były rozdziały z opisami wielorybów, bo czuło się, że autor próbuje nam oszczędzić własnych żałosnych historii (…)”. Koniec.