27dzień, 27cud - Cuda się zdarzają.
Wczoraj, jak co miesiąc uczestniczyłam w mszy o uzdrowienia. Tak naprawdę, gdyby ktoś zadał mi to pytanie, po co tam chodzę, odpowiedziałabym, że po to by sprawdzić, czy te cuda mogą być prawdziwe. Może mam też nadzieję na własne uzdrowienie.
Wczoraj gdy usłyszałam o tych problemach, które mają ludzie, zawstydziłam się, że przeszło mi przez myśl, by uważać, że to ja mam ciężko w życiu. Co z tego, że czuję się nie raz samotna, co z tego, że nie idzie mi czasem w szkole, co z tego, że nie dogaduje się z rodzicami. Nie ma to żadnego znaczenia w porównaniu do ciężkich chorób różnych ludzi, nie tylko starszych, do ich przeżyć w dzieciństwie, kiedy byli maltretowani, bici, często molestowani, a teraz nie potrafią poradzić sobie w życiu, do osób, które utraciły bliskie osoby w wypadkach, przez chorobę, czy nawet samobójstwa. W tamtym momencie pomyślałam, że moje problemy są niczym. I wtedy stało się…
Ksiądz oznajmiła „ Uzdrawiam młodą kobietę, która opuściła kogoś bliskiego i przeżywa smutek w sercu, nie bój się i pogódź się z wolą Boga”. Pierwsze co pomyślałam to „hmm pewnie nie o mnie mowa” , ale przecież to prawda. Opuściłam kogoś mi bardzo bliskiego, przeżywam smutek, mimo tego, że nie jest on już tak wielki, jak na początku, boję się, ale teraz tylko potwierdzone zostało to, co wiedziałam już wcześniej, czas się z tym pogodzić i żyć dalej. Tak musiało być…