Hiszpania - początek przygody
Rok 2005, wczesna wiosna.
Dostałam z Urzędu Pracy list, że mam się stawić na rozmowę, bo mają ofertę pracy dla mnie. Okazało się, że jest to wyjazd do pracy za granicę, do Hiszpanii! Byłam wniebowzieta, że mam szansę pojechać tak daleko, do ciepłego kraju, nawet nie obchodziło mnie jaka to jest praca, ciężka, czy lekka, wszystko jedno, ważne, że będę TAM, skąd w większości pochodzili moi idole, będę mogła zobaczyć to, co widziałam jedynie w ich teledyskach, w telewizji, na zdjęciach i pocztówkach! W kółko oglądąłam pewien teledysk, kręcony w andaluzji, nie mając pojęcia, że wkrótce będę przebywać zaledwie kilkanascie kilometrów od tej słynnej miejscowości! Nie liczyło się już nic, nawet mój chłopak "Dż", w zasadzie wcale nie przejmowałam się spodziewaną z nim rozłąką, może to już był ten czas, gdy zakochanie w nim mijało? Niestety musiałam czekać na wyjazd o wiele dłużej, niż było to przewidywane, później okazało się, że pojechałam ostatnią turą, na sam szczyt zbiorów, gdy do Polski zaglądała już wiosna. Zabrałam o wiele więcej bagażu, niż powinnam, ale przewidywania były takie, że pracy jest na trzy miesiące. Nie wzięłam pod uwagę tego, że prawie dwa z nich już minęły, nie miałam pojęcia kiedy zaczyna się sezon truskawkowy w Hiszpanii, a kiedy kończy. Przed wyjazdem kilka osób pytało mnie, czy się nie boję jechać sama do obcego kraju, tak daleko? Nie, ja się niczego nie bałam, czekałam na to, na podróż, na przygodę, na wolność, samodzielność i niezależność finansową. Ten wyjazd był moją życiową szansą, której nie można zmarnować!
Pojechałam na miejsce odjazdu do miasta stołecznego z mamą i "Dż", sama nie byłam w stanie zabrać się z tymi bagażami, a zabrałam ze sobą wszstko, co może mi się przydać. Nie wiedziałam, czy będę mogła kupić sobie potrzebne rzeczy na miejscu, nawet jedzenie zabrałam z Polski: zupki, konserwy, dania instant i wiele, wiele naprawdę zbędnych rzeczy. Na kolejne wyjazdy byłam już lepiej przygotowana.
Nie pamiętam wcale drogi, dopiero na granicy z Hiszpanią większość dziewczyn z autobusu zaczęła się ekscytować, ja również. Zrobiłam zdjęcie tej charakterystycznej budowli na szcycie pagórka, wtedy nie wiedziałam, że będą ją widywała jeszcze wielokrotnie...
Podczas postoju postanowiłam kupić sobie coś do jedzenia w pobliskim barze. Od razu zauważyłam, że to zupełnie inny świat niż Europa północna: inne jedzenie, zwyczaje, ludzie, a język hiszpański wydawał mi się dziwny, obco brzmiący, i to seplenienie, którego nigdy nie słyszałam w latynoskich serialach... Rozumiałam jedynie kilka słów po hiszpańsku: buenos dias, gracias i por favor, ale miałam ze sobą kieszonkowe wydanie rozmówek i sądziłam, że sobie poradzę. W zanadrzu posiadałam jeszcze dobrą znajomość angielskiego, skąd mogłam wiedzieć, że Hiszpanie W OGÓLE nie potrafią porozumiewać się w żadnym innym języku niż swój własny? Jechaliśmy na południe Hiszpanii, do Andaluzji, jeszcze przez całą noc, a ja nie mogłam już wytrzymać tej podróży. Obudziłam się, kiedy było jeszcze ciemno i przez szybę oglądałam nowy dla mnie świat - małe miasteczka z niskimi, kamiennymi domkami, które wyglądały, jakby były sprzed wieku, wąskie uliczki, ogromną figurę byka na wzgórzu - szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia tego posągu, ale aparatem na kliszę, przez szybę, po ciemku to by nie wyszło... W końcu zaczęło świtać. Myślałam, że jest szósta rano - była już ósma, dla mnie było to co najmniej dziwne, aby o tej godzinie dopiero zaczynało robić się jasno. Jechaliśmy jeszcze kilka godzin, zanim dotarliśmy na miejsce.
Około południa zajechaliśmy na jakiś duży, wybetonowany plac. Parkowały tam również inne autobusy i wiele samochodów. W tym miejscu nastapiło rozdzielanie pracowników, czyli nas, do różnych pracodawców, którzy zabierali do siebie na farmy po kilka - kilkanaście osób. Nie miałam nikogo znajomego z autobusu i jak zwykle zostałam wybrana prawie na samym końcu, wraz z pewną dziewczyną, która jak ja nie miała znajomych. Na tę farmę jechałyśmy tylko my dwie. Pracodawca wiózł nas starym, otwartym dżipem, dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę, i gadał do nas po hiszpańsku, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że my nic nie rozumiemy. Koleżanka zrozumiała, że on chyba złości się, że przyjechałyśmy tak późno, że już wcześniej potrzebował ludzi do pracy. Jechaliśmy po wyboistej drodze przez pola, do miejsca, gdzie już mieszkały inne Polki z wcześniejszego wyjazu, ale o tej godzinie nie było w "domu" nikogo. Kiedy wysiadłysmy z samochodu słońce było w zenicie - prawie pionowo nad naszymi głowami. Było tak jasne i jaskrawe jakiego nigdy w życiu nie widziałam, krótkie cienie były pod nami, a krajobraz prześwietlony słonecznym blaskiem. Nasz pracodawca pokazał nam, gdzie będziemy spać, w którym baraku i które łóżka są wolne. Wszystko OK, ale ja potrzebowałam skorzystać z toalety, a tego, gdzie ona się znajduje, nie powiedział. Zaczepiłam go i zapytałam: TOILET? On tylko wzruszył ramionami, nie rozumiejąc. Spróbowałam po polsku: WC? Toaleta? Nic. Szybko poszukałam odpowiednią frazę w słowniku i dałam mu do przeczytania, bo nie wiedziałam jak to się wymawia: "cuarto de baño". Całe szczęście zrozumiał i zaprowadził nas do łazienki, po czym zostawił nas same i sobie poszedł. Nie wiedziałyśmy, co mamy ze sobą zrobić, zaczęłyśmy więc od wypakowania najpotrzebniejszych rzeczy, zjedzenia zupki chińskiej, prysznica i posprzątania saloniku z kuchnią, gdzie zamieszkujące barak Polki zostawiły po sobie niezły bałagan: brudne naczynia, resztki jedzenia i tym podobne. Kiedy wróciły po krótce opowiedziały nam, na czym polega praca, i że prawdopodobnie nie będziemy spały tutaj, tylko na polu, w blaszanych barakach. Były to "stare wyżeraczki" obyte w pracach sezonowych, niezbyt sympatyczne i niechęne do zawierania nowych znajomości, więc nie starałyśmy się nawet o ich uwagę. Była tam też inna Polka, która mieszkała w baraku na polu i ona zaopiekowała się nami w pierwsze dni po przyjeździe. Wszystko ma jenak swoją cenę. Ona chciała mieć koleżanki, ale takie, które będą zachowywały się jak ona, więc szybko znalazła nam towarzystwo czarnoskórych, którzy za pomoc przy zbieraniu truskawek (byłyśmy nowicjuszkami i nie szło nam to tak szybko, jak pozostałym) oczekiwali co najmniej naszego towarzystwa i uwagi, a z czasem coraz więcej...
Już na drugi, czy trzeci dzień po naszym przybyciu w miasteczku odbywała się FIESTA! Wszyscy szykowali się na imprezkę, Polki również, a nasza nowa koleżanka przewodziła nam i razem z nią i kilkoma innymi, bardziej sympatycznymi Polkami, poszłyśmy na ryneczek, gdzie było wesołe miesteczko, bary, muzyka i tym podobne atrakcje.
Pech chciał, że to była ostatnia nasza noc w tym "pueblo", bo nastepnego dnia była niedziela, czyli dzień wolny od pracy i miałyśmy przeprowadzić się do tamtych baraków na polu. Trochę było nam szkoda, bo miasteczko było urocze, a nie wiedziałyśmy jak będziemy mogły dotać się tutaj z odległych pól. Tam nie było niczego: barów, sklepów, uliczek, tylko niekończące się pola truskawek i ugory...
Na początku usiadłyśmy z całym towarzystwem przy stoliku w "ogródku piwnym" i chciałyśmy zamówić do picia coś mocniejszego. Piwo się nie opłacało, było drogie i mało procentowe. Okazało się, że tam najbardziej popularnym drinkiem jest Gin z Tonikiem. Wtedy spróbowłam go po raz pierwszy w życiu i bardzo mi zasmakował - do tej pory jest to mój ulubiony napój alkoholowy. Po kilku drinkach dziewczyny zaczęły rozchodzić się po miasteczku i lunaparku. Ja też poszłam na karuzelę, a nasza koleżanka od czarnoskórych "załatwiła" mi jednego z nich do pary na autodrom. Miał mnie poderwać, abym ja miała kompana, a ona towarzystwo dla siebie i swojego Afrykańczyka. Nie pamiętam, jak to wszystko się skończyło, co jeszcze robiliśmy, gdzie chodziliśmy tej nocy, moja pamięć kończy się na wesołym miasteczku i kauzeli. W każdym razie szczęśliwie dotarliśmy na miejsce noclegu, a kolejnego dnia musiałyśmy opuścić to małe, andaluzyjskie miasteczko na rzecz baraków wsród pól...