Wypełnia mnie ostatnio prywatne szczęście. Wyczołgałam się totalnie z systemowego gówna. Wygrałam z nim. Jestem bezpieczna a przyszłość jawi się jak fascynująca przygoda. Poza doktoratem robię podyplomówkę z przygotowania pedagogicznego i od września będę robić praktyki w Wolnej Szkole Waldorfskiej. Mam swój soundtrack: Przeszłość odpada jak stara, zaropiała skorupa. Nie wiem czy sobie zdajecie sprawę, co to znaczy wygrać z systemem, który dociska cię na każdym kroku. Mikro i makroprzemoc. Wstyd. Walka o widzialność. Walka o bezpieczeństwo ekonomiczne. Walka o prawo do głosu. Walka o prawo do krzyku, do nieskrępowanej seksualności. Miłość. Szczęście. Pieniądze. Uznanie. Świat jest przejebany. Musimy zadbać o lepszą wersję jutra. O dzieci. Młodzież. O naturę. I czuję, że w końcu przestaję być egocentryczna, że stać mnie na zaspokajanie własnych potrzeb. I jednocześnie dbanie o wspólnotę. O sieci wsparcia. Że może mnie ktoś obrazić, a moje poczucie własnej wartości jest stabilne. Jest zdrowe. Nie obrażam się za nic. Po prostu idę swoją drogą, bo kreatywność przelewa mi się przez palce. Nieskończoność wersji, wariantów i pomysłów. Nie boję się kradzieży pomysłów, zawsze coś wymyślę. Nie boję się pisać tego wyzwania, nie boję się zawistnych spojrzeń i przesadnych pochwaleń. Wierzę w balans, w kosmiczną energię. W karmę. Nie odczuwam wstydu, że bywam kanciasta, punkowa, zglitchowana, z drobnych uchybień stylu.