Rząd Kaczyńskiego, przynajmniej przez pierwszą kadencję, odróżniała od rządu Orbana jedna, zasadnicza rzecz. Oba romansują z faszystami, oba grają na najniższych instynktach społecznych szczując na uchodźców, oba są nastawione homofobicznie, mizoginistycznie, antyunijnie.
Fidesz jednak nigdy nie udawał, że nie chce zamienić Węgier w dojną krowę. I tak od samego początku konsekwentnie transformowano państwo w prywatną firmę Orbana, jego rodziny i znajomych, jednocześnie bezwzględnie niszcząc wszelką konkurencję, w tym dawnych przyjaciół fuhrera. Nad Wisłą przebiegało to jednak inaczej. PiS rzeczywiście zrealizował zręby socjalnej polityki, a Prezes obrał etos uczciwości i służby cywilnej dla obywateli. Oczywiście była to tylko fasada, ale jednak ta fasada istniała i od czasu do czasu komuś pokazowo oberwało się za kolesiostwo.
Po ostatnich wyborach wszelkie hamulce puściły. Władza jest na tyle próżna i zuchwała, że w świetle reflektorów przekierowuje potężne strumienie pieniędzy podatników na prywatne konta krewnych i znajomych królika, a Kaczyńskiego przestało to obchodzić. Jakby mówił: "wypchajcie kieszenie ile zdołacie, byle dalej lizać mi buty". W połączeniu z zamordystyczną wręcz "Tarczą społeczną", która stanowi uderzenie w szarego Kowalskiego prosto z mokrych snów zatwardziałych neoliberałów, widać koniec pewnej epoki i obranie kursu na "orbanizm" pełną gębą.
Co z tego wyniknie, zobaczymy. Podobna sytuacja miała miejsce u schyłku władzy Platformy. Gdy afera goniła aferę, liberalne media rozpisywały się butnie, jak to PO będzie rządzić następne 3 kadencje, bo PiS to śmiech na sali i nie ma żadnej alternatywy. Jak ta pewność siebie się skończyła - wiadomo. Biorąc pod uwagę nieunikniony kryzys gospodarczy, koniec PiSu może być bliższy niż myślimy. Gorzej, że na horyzoncie błękitnego (a tym bardziej czerwonego) nieba nie widać, za to przesłania go wschodzące, brunatne słońce.















