Klub piłkarski w Artelowie Galicyjskim powstał jeszcze za życia miłościwie panującego swoim poddanym cesarza Franciszka Józefa. Pamięć o Nim niech nigdy nie zaginie. Klub powstał niecałe dwa miesiące po wybuchu pierwszej wojny, wojna zmiotła z globu monarchię Habsburgów, ale klub przetrwał i ma się dobrze do dzisiaj, to jest do 24 marca A.D. 2026. Z biegiem lat zmieniały się składy drużyny , stroje ewoluowały w kierunku mniej gejowskich, zmieniały się pokolenia kibiców, zawsze wiernych swoim graczom. Kibice w końcu stali się kibolami, przynajmniej ci młodsi.
Ci młodsi tworzyli zwarty gang pod niepisanym przywództwem kilku wybitnych postaci. Na pewno wyróżniał się Bejsbol, wnuczek ormowca Glistkiewicza, który to ormowiec znany był z tego, że nie na wszystkich kablował. A rzetelnie kablował tylko na tych, którzy mu wódki nigdy nie postawili. A takich, brzydzących się jadowitą kanalią, było sporo. Bejsbol starał się wymazać winy dziadka ale też jakikolwiek związek z nim postawą ultra patriotyczną: to on był inicjatorem corocznych obchodów ofiar radzieckich okupantów, którzy nie mieli zrozumienia dla kilku mieszkańców Artelowa nadających na zachód namiary o ruchach sowieckiej armii, więc wylądowali w kacapskich więzieniach. Jeden nawet trafił na Sybir. Chłopak był wzrostu w dolnej granicy miernego, korpulentnej budowy ciała i zajadłego charakteru. Cała jego postawa kipiała wezwaniem: śmierdź wrogom. Skończył studia, mimo że nie zobaczył żadnego ze swoich wykładowców z tej prostej przyczyny, że był prawie ślepy. Teksty pisane widział, ale osoby przed sobą to były dla niego niewyraźne zagęszczenia pikseli. W terenie orientował się na słuch, dlatego w sytuacjach kryzysowych zawsze trzymał się blisko Małego.
Mały wcale nie był taki mały, ale ksywa pozostała mu z dzieciństwa, kiedy to żadne starania dietetyczne rodziców nie miały wpływu na to, że synek był najmniejszy w szkole, cherlawy i mieli wrażenie, że każdy grosz wydany na polepszenie jego kondycji to czyste, beznadziejne marnotrawstwo. Ale mały był przydatny dla swoich rówieśników i starszych kolegów. W sytuacjach sprzyjających spuszczeniu manta kibolom drużyny przeciwnej, albo innym źle widzianym grupom, małego wysyłano do prowokacji. Zbliżał się do wrogów i z miną niewinniątka zagadywał w tonie jednoznacznie drażniącym. Przeciwnicy zazwyczaj reagowali impulsywnie: o ty mały ...synu. A wpier...l chcesz. A chcę. No to wymagało zemsty i się zaczynało. Mały wyprowadzał prześladowców prosto na swoich kolesiów, a ci aplikowali łomot gapom. Mały uciekał do czasu. Trenował zaciekle wszystko, co sprzyjało kondycji i szybkości i już jako dwunastolatek dzielnie tłukł frajerów na równi ze swoimi kumplami. Jako czternastolatek już nie uciekał, tylko tłukł zanim kumple dotarli z odsieczą. Tłukł metodycznie, skutecznie i na zawołanie bez śladowo lub rozpaczliwie demolująco. Miał już czarny pas karate. W ciągu następnych dwóch lat wyrósł na ponad sześć stóp a bicepsy wyrobił sobie takie, jak Pudzian. Kolo nie do zajechania.
Kolejny as to Ponurek. Osobnik o posturze i usposobieniu niedźwiedzia. Prawie się nie odzywał. Spokojnie czekał na rozwój wypadków i w odpowiednim momencie wkraczał do akcji. Bardzo przydatny. W rzadkich przypadkach niepowodzeń on spokojnie płaską dłonią zaprowadzał porządek.
Gościnnie, na wakacjach i feriach pokazywał się Walduś z Gdańska. Gibki dwumetrowiec, zawsze chętny do bójki, tyle, że nieobliczalny. Nasi bili do krwi, ale nie do poważnych kontuzji. On miał na koncie nawet złamania, chełpił się nimi i przekonywał, że chłopaki z Pomorza tak właśnie biją. Przyjeżdżał do Artelowa do dziadków ze strony matki. Raz miał obsuw konkretny, bo przywiózł ze sobą dziewczynę i zabrał ją na jeden, jedyny mecz. Chłopaki, jak ją ujrzeli, to zaniemówili. Koścista nastolatka, miała być od niego młodsza, a tu widok, jak na starszą siostrę. Atmosfera zdrętwiała i po paru minutach Walduś i panna sobie poszli. Dopiero gdy się oddalili, zgraja odzyskała głos.
- Chłopaki, co to qwa było?
- Przecież ona ma ze 30 lat.
- No i na sto procent się goli. Siedziałem najbliżej, najlepiej widziałem.
- Teraz to wszystkie się golą.
Walduś nigdy już nie pokazał swojej koleżanki, późniejszej narzeczonej i tak dalej z nurtem losu. Po cichu Waldusia mianowali Alfi, bo pochwalił się też, że jego starszy brat załatwił mu robotę na bramce w agencji towarzyskiej, patrz pod hasłem burdel.
W jednym z lat nastych dwudziestego pierwszego wieku na początku kwietnia, w Wielką Sobotę rozgrywany był na artelowskim stadionie mecz z drużyną z pobliskiego Mojżeszowa. Nasi kibole byli w komplecie, Walduś też był. Siedzieli na swoim sektorze w pierwszych rzędach, dyskretnie pociągali piwko z puszek ukrytych pod kurtkami, przecież Wielka Sobota, post jeszcze obowiązuje. W bezpiecznej odległości usadowili się starsi kibice, niemrawe dziadki. Rozpoczęło się spokojnie, już w dwunastej minucie nasi zdobyli pierwszego gola, po przerwie jeszcze jednego i zbliżał się koniec rozgrywki. Niespodziewanie mojżeszowianie strzelili gola a za chwilę wyrównującego. No ale remis, to jeszcze jest do odrobienia. Zostało sześć minut do końca i artelowcy wyprowadzeni z dobrostanu zaczęli faulować. Mecz prowadził sędzia Bucik, znany z obiektywizmu. Po kolejnym chamskim wejściu naszego zawodnika podyktował karnego.
- Za cienki na naszego bramkarza.
Zawodnik z Mojżeszowa przymierzał się kilka razy, wreszcie strzelił. Noga, piłka, poprzeczka, nie ma gola, jest gol. Nasz bramkarz rozciągnął się ponad poprzeczkę, ale nie wyłapał. Tragedia. Przegrać z takimi szmaciarzami. Ale może sędzia przedłuży ze dwie minuty?
Sędzia Bucik przedłużonym gwizdem zakończył mecz.
- żydzi, żydzi, cały świat się wami brzydzi
Z ostatnim zawołaniem wyrwał się Bejsbol. Poparł go Walduś. Ten to ma głos. Sędzia Bucik odruchowo mu się przyjrzał i zamarł. W oczach Waldusia zobaczył wyrok śmierci. I to śmierci krzyżowej. Dotarło do niego, że to mogą być jego ostatnie chwile. A trybuny wrzały:
- Ukrzyżować, ukrzyżować, ukrzyżować...
Z sektora seniorów ktoś zakrzynął: gówniażeria!
Któryś z kiboli odpowiedział.
- Siedź dziadek cicho, nie napinaj się staruszku.
- Ja twojej babci nie posuwałem, żebyś ty na mnie dziadku wołał.
Tak się złożyło, że dyskusja wywiązał się pomiędzy Bejsbolem a ciągle jeszcze żyjącym starym ormowcem Glistkiewiczem, jako żywo, legalny dziadek z legalnym wnuczkiem. Żaden z nich nie zorientował się z kim biesiaduje.
Sędzia Bucik nie był w stanie oderwać żadnej z dwóch stóp od murawy. Ruszył się dopiero, kiedy kibole poderwali się z miejsc i ruszyli ławą, żeby go dopaść. Prawie pięćdziesięciolatek, w dobrej formie miał trochę przewagi nad prześladowcami. Skierował się w kierunku niewysokiego ogrodzenia stadionu, za którym był wysoki mur, ale z wyłomami po działaniu tak zwanego zęba czasu. Cały czas przyspieszał, świadomy nieuchronnej męki, jeżeli go dopadną. Wprawdzie pościg nie miał żadnych kwalifikacji do krzyżowania ani nawet kawałka krzyża, ani nawet niezbędnych akcesoriów typu młotek, czy gwoździe, ale Bucik znał dobrze ewangeliczny przekaz i całym swoim jestestwem czuł, że wszystko może się zdarzyć. Zgrabnym susem pokonał płot stadionu i skierował się do najbliższego wyłomu w murze. Obejrzał się, na czele pościgu biegł ten z byczym głosem i obłędnym wzrokiem.
Tuż za Waldusiem szusował Mały a za nimi dreptał Bejsbol. Mały przerzucił Bejsbola przez płot i biegli dalej. Bejsbol wpatrywał się w przestrzeń przed sobą i z rozpędem uniknął wyłomu i zaliczył czołowo mur. Za tym niskim czołem nic chyba neurologicznie wrażliwego nie było, bo zaraz, jak Ponurek go podniósł, pobiegł dalej.
Wbiegli na żydowski cmentarz, a tam ani śladu sprzedajnego judasza, Bucika. Niemożliwe, żeby już wybiegł, zresztą sprawdzili, czy go nie ma za murem, rozejrzeli się po wszystkich cmentarnych krzaczorach, Bucika ani śladu. Cisza, spokój dominujący nad macewami noszącymi ślady libacji często się tutaj dziejących. Bejsbol przytomnie zauważył, że może kanalia zdradziecka na drzewie się ukryła. Zadarli głowy do góry, ale na bezlistnych drzewach nawet zapachu Bucika nie dało się wyczuć. Zrezygnowani poszli w kierunku Białego Domku, jak nazywano miejscowy ratusz. Tam się rozstali, Mały odprowadził Bejsbola do domu, bo było mu po drodze. Spotkali się w następnym dniu w komplecie na mszy rezurekcyjnej. W farze trzy rundy wokół kościoła przy hukach eksplozji różnorakich pocisków i radosnych śpiewów. W komplecie przyjęli komunię. Po mszy pogadali, oczywiście o wczorajszym epizodzie niedokończonego wyroku na Buciku.
- Gdzie skurwiel przepadł?
- No nic, może gdzieś na wyjeździe go dopadniemy
- Nie wiadomo, czy jeszcze będzie mu się chciało sędziować.
Rozeszli się do domów na święcone śniadanie. Mały jak zwykle odprowadził Bejsbola.
Sędzia Bucik po przekroczeniu cmentarnego muru przebiegł jeszcze kilkanaście kroków i odszedł w niebyt. Nie było ciała, nie było duszy krążącej w smutku nad nim, nie było też zatroskanych aniołków. Nie było nic. Nie było myśli, nie było pamięci, nie było nic. Wszechświat przestał udawać, że istnieje, nastał niebyt.
A jednak gdzieś w tym zaszczutym ciele dusza nieświadomie się kołatała, bo po jakiś czasie, który jest nieistotny dla ulotnej duszy, zaczęły niespiesznie buzować doznania i obrazy. Pierwsze, co duszyczka odczuła to był nieznośny ból w lewej ręce. Ale co, że za jedną rękę do krzyża go przybili? Zaraz potem wyświetlił się obraz wielkiej piramidy, jakby schodkowej. Trochę wyglądało to jak naturalna góra, ale to nie była góra Tabor, Tabor nie ma schodków i na Tabor nie wchodzą nikczemnicy. Po schodach wspinały się dywizje szczurów wszelkiej maści, z dziobami kaczymi zamiast normalnych szczurzych pyszczków. Celem ich wędrówki była postać siedząca na złotym tronie na płaskim szczycie piramidy. Dusza , która tymczasem przycupnęła na ramieniu Bucika dojrzała twarz postaci, to był ten oprych, który na stadionie najgłośniej wzywał do ukrzyżowania. Nie wiadomo skąd, duszyczce wyświetliło się imię niedoszłego oprawcy: Waldi vel Alfi.
Nad Waldim widać było rozbłyski wojennych eksplozji w kolorach zorzy polarnej, odgłosy wojny zagłuszały chóralne popiskiwania szczurów znajdujących się najbliżej Waldiego, szczury modliły się nie do Waldiego, tylko do postaci krążącej nad nim, to była kaczka z wyskubanym ogonem i lotkami, z kaskiem złotym na głowie, takim jakie nosili kaczorki Dyzio, Zyzio i Chyzio:
Jevosław Polskę Zbaw, nasz wuc, nasz wuc, wucu podaj nam przekaz dzienny. Wuc przekaz dawał jeden: kra, kra, kra…
Walduś miał na szyi pozłacaną tabliczkę na złotym łańcuchu z portretem pomarańczowego knurka ze skrzydełkami. W pewnym momencie tabliczka się przekręciła i na odwrocie można było odczytać czarno na złotym: Muchy obesrały portret najjaśniejszego Pana. Walduś szybko odwrócił tabliczkę na właściwą stronę i groźnie spojrzał na szczurki. Z kaczych dziobów, jak na komendę popłynęło:
Ronald Ramp, ronald ramp, ronald ramp...
Duszyczka na ramieniu Bucika znowu pogrążyła się w niebycie, a kiedy się obudziła znajdowała się na filistyńskim wybrzeżu, obecnie nazywanym Libanem, w dali w niebo strzelały wierzchołki cedrów Libanu, a tuż nieopodal rozciągało się pobojowisko, nad zakrwawionymi zwłokami kłębiły się pająki z paszczami ni to kota z „Alicji w krainie czarów”, ni to hieny. Upajały się odorem śmierci i szeptały: więcej pokoju, Ronald, więcej twojego pokoju a będziemy sycić się zapachem śmierci bez końca.
Duszyczka z wrażenia znowu osunęła się w niebyt, a kiedy się obudziła, sędzia bucik był już prawie przytomny. Próbował się poruszyć, lewa ręka zabolała jeszcze bardziej. Znajdował się w ciasnym pomieszczeniu na jakichś kanciastych kamiennych, czy drewnianych fragmentach czegoś. Ciemność była nieprzenikniona. Bał się poruszyć, bo w pobliżu przecież mogli kręcić się jego oprawcy. Przeleżał tak w pół śnie następne kilka godzin. W pewnym momencie objawiła mu się światłość, jasna smuga nad głową, nie dowierzał, ale z każdą upływającą chwilą smuga była coraz wyraźniejsza, w końcu dotarło do niego że to światło dnia. Próbował dotknąć smugi, ale była za daleko, podniósł się nieco i dotknął czegoś ciężkiego nad głową. Próbował to podnieść, ale się nie dało, z powrotem lekko opadało, i pokazywała się jasna smuga. Odwrotnie. Pociągnął do siebie i otworzyło się nad nim jasne bezchmurne niebo. To, co nad nim wisiało i wahało się, to była kamienna płyta. Pociągnął ją jeszcze bardziej w dół i już mógł się zmieścić w otworze prowadzącym na wolność. Mimo dojmującego bólu zdołał się wygramolić na zewnątrz. Popatrzył na miejsce, w którym spędził noc, na płycie, która odchylała się tylko do środka była jakieś napisy w nieznanym mu piśmie. Teraz zrozumiał, co się stało. W czasie ucieczki nadepnął na płytę nagrobka i wpadł do żydowskiego grobu. To uratowało mu życie. Życie wstąpiło w sędziego Bucika na nowo. Był jasny, iskrzący się przymrozkiem, rześki dzień. W pewnej odległości, może ponad kilometra, dostrzegł wibrujące białym kolorem ściany wysokiego budynku. Pewnie ratusz. Udał się w jego kierunku. Dobiegły go dźwięki muzyki organowej, huki eksplozji i chóralny śpiew:
- Wesoły nam dziś dzień nastał, Jezus Chrystus z martwych powstał…