Prawda o K
Mówił, że robię mu problemy,
jakbym to ja była winna wszystkim jego wybuchom.
Że przesadzam, że wymyślam,
że to ja psuję to, co on nazywał „miłością”.
A potem padało słowo cięższe niż cisza:
że mnie nienawidzi bo przeze mnie nie może oddychać.
I nagle wszystko było moją winą
jego złość, jego chłód, jego decyzje,
jakby łatwiej było przykleić mi etykietę
niż spojrzeć na siebie naprawdę.
Robił sceny o chłopaków z mojej klasy,
jakby każdy kontakt był zdradą,
każde zwykłe „cześć” powodem do wybuchu,
który ja miałam uspokajać, tłumaczyć, znosić.
A sam potrafił mówić „kocham” nie tylko do mnie,
jakby słowa nic nie znaczyły, gdy padały gdzie indziej.
Zdradzał je w spojrzeniach, w wiadomościach, w ciszy,
obgadywał, kłamał, zmieniał wersje historii tak łatwo,
jakby prawda była tylko opcją, nie zobowiązaniem.
A ja coraz bardziej czułam się mniejsza,
jakbym chodziła po cienkim lodzie jego nastrojów.
Były momenty, w których zamykał mnie w pokoju
nie tylko drzwiami, ale też ciszą, gniewem, kontrolą,
jakby świat miał się kończyć na jego słowie
i na jego pozwoleniu.
I w tym wszystkim najbardziej mylące było to,
że dalej nazywał to uczuciem.
Ale miłość nie brzmi jak nienawiść
i nie wygląda jak strach przed kolejną reakcją.
Nie robi z człowieka winnego za wszystko,
co dzieje się w cudzej głowie.
A ja z czasem zaczęłam widzieć jeszcze coś
że jego jedynym „tłem” była historia o domu,
o matce, która nie dawała mu spokoju.
I nawet jeśli to było prawdziwe,
to nie tłumaczyło tego, co robił ze mną.

















