Cytując Pietra, przy pierwszym posiłku w Chaaria: "To raj dla wegetarian".
Skąd pochodzi 90% pokarmu, który spożywamy:
Cała misja to świetnie zorganizowany, niemal samowystarczalny organizm. Ogromnym, może lekko niedocenionym (niedocenionym, gdyż misja "ratuje życie", a nie "karmi podopiecznych") trzonem funkcjonowania placówki jest tzw. shamba, czyli gospodarstwo rolne tworzące powierzchniową większość. Jest tu duży sad bananowców, rosną papaje, drzewa mango, zboża, kukurydza, wszelkiego rodzaju fasole, słodkie ziemniaki, sałata, pomidory i pierdyliard innych, niesamowitych rzeczy w różnych odmianach.
Znajduje się tu również, dość pokaźnych rozmiarów sejm - zagroda dla bydła, skąd pochodzi mleko. Jak to w sejmie, są też porządne jaja. Przechadzając się przez shambę, z trudem nie idzie się oprzeć wrażeniu, że znajdujesz się na polskiej wsi - to po prostu czuć w powietrzu. Jest swojsko i zajebiście.
Nasz spożywczo-kulinarny dzień:
Przez większy okres pobytu, narzekaliśmy lekko na śniadania, gdyż były dość ubogie i raczej symboliczne. Jako, że to włoska misja, jedzenie i styl, również jest włoski. Ola wspomniała, że naród ten do śniadań nie przykłada większej uwagi co niewątpliwie jest faktem.
Przeważnie jedliśmy chleb tostowy (innego pieczywa nie ma) z margaryną (nic innego nie ma) z dżemem śliwkowym lub pomarańczowym (innych nie ma). Wcześniej jedliśmy płatki owsiane z bananem i mlekiem, ale jak płatki się skończyły, zrozumieliśmy, że to któryś z wolontariuszy musiał je przywieźć. Po dziś dzień nie uraczyliśmy ich więcej...
Od początku pobytu Ola miauczała, że brakuje jej jogurtu i sałaty - czego faktycznie brakowało. Przeszło tydzień temu, przyjechała nowa grupa wolontariuszy.it - weteranów, którzy regularnie odwiedzają misję. Są to: Silvia - zakaźnik, Toto - chirurg plastyczny, Alex - dentysta, Max - chirurg ogólny wraz z żoną, Marią Grazią, Luciano - chirurg ortopeda wraz z żoną, Francescą. To właśnie ona, ku naszemu zaskoczeniu, zaczęła robić naturalny jogurt z mleka, które jeszcze słychać jak muczy 50m za oknem. Dziś, chleb tostowy z margaryną i dżemem jest więc tylko opcją, obok dostojnej misy aksamitnego, przenaturalnego jogutru spożywanego z kawałkami mango i bananów, rosnących 100m od jadalni, cierpliwie dojrzewających w równikowym słońcu. Cóż...
Każdego ranka uśmiechnięta mordka Oli mówi sama za siebie - lipy brak, lipy nie ma.
Pomiędzy posiłkami, naszych dwóch, świetnych kucharzy, Kreto wraz z Jacksonem szykują nam przękąski do kawy. Są to czasami słodkie placki mączne, Mandazi przypominające polskie racuchy (które uwielbiamy) oraz babka lub, jak kto woli, biszkopt - zawsze na stole.
Niestety, ale z kawą wstrzelili się idealnie w nasze gusta. Zawsze pełny, duży termos, świeżo parzonej, kenijskiej kawy z ogromnej mocci. Do tego, zawsze z boku, pełny termos, świeżego, nie przerwanie muczącego za oknem, gorącego mleka. Jest ciężko...
Kuchnia ma tygodniową rozpiskę posiłków, więc niby łatwo się domyśleć, co danego dnia będzie. Na szczęście nasi mistrzowie kuchni, często nas zaskakują przeróżnymi wariacjami dań, na tyle skutecznie, że za każdym razem, odkrywając kateringowe naczynia z posiłkiem, towarzyszy nam dreszczyk emocji i podniecenia. Zwykle osoba wcielająca się w Vasco da Gamme, Krzysztofa Kolumba lub Magne Masny zdaje krótką relację, coś ala: no będzie grubo...
Obiad gotowy jest na godzinę 12:30 i zwykle tak staramy się jeść.
Wiele dań ma bardzo polskie smaki, jak np. kapusta na słodko czy zupa jarzynowa.
Z popularniejszych zapychaczy stosowany jest przefantastyczny Wali, lokalny ryż kokosowy z drobnymi dodatkami i przyprawami, Ugali (twardo-sprężysta masa przypominająca w strukturze kaszę manną, trochę nijaką w smaku) - ordynarny zapychacz, wyjebiste frytki ze słodkich ziemniaków okraszone przyprawami oraz, nasze ulubione Chapati. Z tymi plackami, wielkości polskiego naleśnika, spotkaliśmy się po raz pierwszy w sierocińcu. Jedno ze zdjęc przedstawia trzy starsze dziewczyny, siedzące przy stole umorusane w mące - robiły właśnie Chapati. Tamtejsze placki były jednak smaczniejsze, gdyż smażone, czy może trafniej, pieczone były na specjalnej, wypukłej blasze. Tutaj smażone są jednak na patelni i w zależności, który z kucharzy je przyrządza, są odpowiednio tłuste lub mniej tłuste. Ola woli mniej, mi jednak bardziej przypadła wersja z większym połyskiem.
W konsystencji są dość twarde jak na placka, pszeniczno-ciemne, miejscowo mocniej przyrumnienione, lub lekko przypalone - co dodaje fantastycznego, ognistego posmaku. Same placki są neutralne, mączne, lekko słodkie. Doskonale nadają się do zup jarzynowych, gdzie należy je rozrywać rękoma na niewielkie cząstki wielkości kęsa [rwie się chapati na kawałeczki i wrzuca do zupy - co dzięki temu, że placki są smażone na margarynie, nadaje jej świetnego maślanego posmaku! (przyp. O.)]. Świetnie komponują się z warzywami, z wyżej wymienioną kapustką, itp.
Bardzo smaczną, regularną pozycją jest gotowana cukinia pocięta w talarki. Często z marchewka w wodnym sosie - ten widok zawsze cieszy.
Jako, że w przygotowanych daniach, rzadko można zastać coś mięsnego, jako uzupełnienie diety w proteiny przygotowywane jest np. Githeri. Są to różne typy fasol, ciecierzycy, kukurydzy i połączeń. Wygląda to przeważnie jak, pewnego rodzaju gulasz, czy coś na wzór. Z wyglądu mało zachęcające, ale przeważnie bardzo dobre [co zabawne na początku ten widok był mało zachęcający, ale teraz kiedy już znam ten smak spodobał mi się też wygląd. Pacjenci jedzą obiad koło 11.30-12.00, kiedy ja zazwyczaj przygotowuję wypisy. W momencie, gdy widzę, że na oddział wjeżdża wielki gar Githeri robię się nagle zadziwiająco głodna (przyp. O.)]. Mukimo, to inny przykład. Można w nim znaleźć słodkie ziemniaki, kukurydzę (ziarno kukurydzy jest 2-3x większe od europejskich standardów i zawsze niedogotowane - a może tak ma być?..) i Plantains. Jest to odmiana bananów, która jest zielona, skórkę należy obierać nożem, a w smaku nie mają nic wspólnego ze standardowym, żółtym bananem. Zastosowaniem bliżej mu do kartofla.
Bardzo miłym akcentem, ze strony kucharzy okazał się bezproblemowy stosunek do naszego wegetarianizmu. Przygotowują nam zawsze dodatkowo jajko (które tak, tak, słychać jak pieje 50m za oknem), jeśli w zestawie znajduje się jakieś mięso. To mega miłe [zazwyczaj też, kiedy do obiadu przygotowują zupę na mięsie obok stoi przygotowany drugi mały garnek z jarską wersją dla nas. Słodkie. (przyp. O.)].
Wspominając wcześniej o jogurcie i sałacie, w następstwie pojawienia się wolontariuszy.it, pojawiła się również i sałata(!). Ja osobiście, miłośnikiem sałaty nie jestem, ale ta zasmakowała mi bardzo. Ale jak te zielone liście uszczęsliwiły Olę - to możecie sobie tylko wyobrazić. Przez pierwsze dni, jedząc ją, milczała. Później łapiąc się na tym i śmiejąc sama z siebie, że smakuje jej ona tak bardzo, że odłącząła się na moment od rzeczywistości. Osobiście to potwierdzam.
Przy sałacie koniecznie trzeba wspomnieć o pomidorach. Zawsze przygotowane, umyte z boku na talerzu czekają na chętnych, jako uzupełnienie każdego posiłku. Przed okresem sałatowym, wkrajaliśmy pomidora do talerza, oblewając olejem i drobniutko soląc. Klasyk, ale jaki...
Dziś natomiast, klasyk pomidorowy mieszany jest z poszatkowanymi, delikatnymi liśćmi sałaty. Okraszany pieprzem czarnym, solą morską i dostojnie namaszczany olejem słonecznikowym po to (!), aby było zjawiskowo.
Często na stole pojawia się Sukuma Wiki - fantastyczny szpinak na ciepło o lekko słodkim, szczawiowym posmaku z delikatnym aromatem trawy. Naprawdę kozak!
Podobnie uwielbianą rzeczą jest fasola szparagowa - nieco cieńsza niż ta w Polsce. Przygotowywana jest w royco, bardzo charakterystycznej przyprawie, o mocno herbacianym smaku. Jednego dnia, któremuś z kucharzy, najwyraźniej, sypnęło się tego tyle, że nie mogliśmy jej zjeść. Smak herbaty był tak intensywny, że byliśmy w stanie uwierzyć, że była ona ugotowana w czaju. Z ciekawości zapytaliśmy kucharza czy to prawda. Miło uśmialiśmy się przy tej sytuacji, a do dziś dzień, royco jest stosowana w eleganckich, subtelnych dawkach.
Kolację jemy o 20:00. To następny, inny posiłek obiadowy - różnicy nie ma, tylko pora inna. Co również nas cieszy, gdyż jest to kolejna chwila kulinarnego uniesienia w ciągu dnia i ten sam dreszczyk emocji przy unoszeniu wiek naczyń kateringowych.
Jednym z ulubieńszych, tychże momentów jest odkrycie Samosas. Są to trójkątnego kształtu, smażone na głębokim oleju, specyficzne ciastka z wszelakim nadzieniem. Opisałbym je jako połączenie 20% polskiego pieroga (za ideę), 50% chińskiego spring rollsa (za ciasto i nadzienie), 10% curry (za smak), 10% coś innego i ostatnie 10% dla własnego bezpieczeństwa (jeśli ktoś się ze mną nie zgodzi) [ja z kolei uważam, że to skrzyżowanie wietnamskich sajgonek i indyjskich samosów, zresztą wydaje mi się, że są potomkami tych ostatnich (przyp. O)]. Mocny akcent indyjski bardzo nas cieszy, a to, że nasi ulubieni kucharze przygotowują nam wersje wegetariańskie, cieszy nas jeszcze bardziej, gdyż nadzienie ze słodkiej kapusty jest przefantastyczne. Rozpływa się w ustach [słodka kapusta plus chilli to fantastyczne połączenie! (przyp. O.)].
Absolutnym zwycięzcą w kategorii rozkurwiacza kulinarnego okazała się pasta z awokado sporządzona przez Olę. Parę dni temu trafiły na nasz stół idealnie dojrzałe, przewielkie, przefantastyczne awokado [zaczął się sezon i jestem w siódmym niebie! (przyp. O.)]. Takich w Europie nie ma! Moja przyszła żona, bez namysłu chwyciła za nóż, sprawnym ruchem rozkroiła owoc awokado, wyłyżeczkowała zawartość do talerza. Przyprawiła subtelnie solą, pieprzem, chilli, olejem i...
Radosława Z. nie było... Zajadając się małymi kęskami, z pośród mruczenia, niebyłem w stanie wydusić z siebie nic innego jak tylko mało eleganckie "o kurwa...".
To było wydarzenie na skalę światową o świeżo, zielono-żółtym kolorze. Absolutny mistrz. Byłem, krótko mówiąc, zadowolony(!).
Co niedziele, razem z Braćmi jemy wspólny posiłek u nich w jadalni (jest znacznie większa).
Omawiamy miniony tydzień, dyskutujemy o planach na przyszły itp. - przy czym żartów nie brakuje. Atmosfera jest miła.
Standardowo, na niedzielną kolację przygotowywana jest tradycyjna, włoska pizza z zupą groszkową - Ndengu. Pizza, na przemian jest na cienkim lub grubym cieście, raczej mało przyzdobiona dodatkami. Zazwyczaj jest to tylko przyprawiony, wyrazisty sos, trochę sera z kawałkami bakłażana [wyśmienita! (przyp. O.)]. Nazwałbym ją raczej pizzo-wypełniaczem, ale sprawne połączenie z pomidorami, sałatą lub innymi rzeczami dostępnymi na stole daje bardzo zadawalające rezultaty. Jest miło.
Ogółem, jedzenie jest arcydzielem w swojej prostocie, którą tak bardzo doceniamy (gdy niektórzy.it marudzą, że brakuje im np. parmezanu). Nieskomplikowane i genialne, nieprzesadzone, sprawnie wyważone, bardzo dobrze skomponowane, świetnie doprawione - smaczne.
Na koniec, koniecznie muszę napisać o wspomnianych już wcześniej owocach mango, bananach, papajach (te mamy na standardzie pod ręką) i innych.
W jadalni, zawsze z boku jest koszyk (lub dwa) wypełniony tymi właśnie owocami, skrupulatnie uzupełniany, aby zawsze było. Ciężko opisać doznania smakowe. Banany są przepyszne. Papaje rewelacyjne (czasami zdarzy się lekko śmierdzące, ale nadal dobre, i nie możemy dojść w czym rzecz [nie wiem dlaczego, ale kiedy papaja jest za bardzo dojrzała zaczyna niebezpiecznie przypominać zapachem treść żołądkową (przyp. O.]). Rewolucją, i tym samym bezprecedensowym faworytem owoców zostaje mango. To zjawisko, a nie owoc. Rzadko zdarza się dzień, w którym nie jemy choć jednego, tego rajskiego daru. Po zjedzeniu pierwszego mango w Afryce, po przebudzeniu się ze śpiączki smakowej, Ola z pełną powagą stwierdziła, że Ewka musiała połakomić się na ten właśnie owoc, a nie jakieś tam jabłko...
Nie sposób jest opisać smak, rewolucję aromatu, niesamowity kolor, tą sprężystą, mięsistą konsystencję... To zaledwie nic do wstępu, opisując ten owoc.
Niech Mango będzie z wami.